Wpisy od Wojciech Kuczok

Powrót na stronę główną
Felietony Wojciech Kuczok

Wigilia z duchami

Co to właściwie jest ten świąteczny nastrój? U mnie od wielu lat to raczej rozstrój, tłumy w sklepach, nawet po bułę i masło trzeba odstać swoje i słuchać świątecznych evergreenów w każdym radiowęźle. A nawet jak akurat żaden głośnik nie bombarduje, to ludzie sami z siebie biorą się do nucenia świeckich kolęd. Aż mi się marzy jakieś Radio Szatan, które pod koniec adwentu ucieszy uszy jakąkolwiek odmianą. Nie musi to być od razu death metal, wystarczy Mozartowskie requiem albo preludium Deszczowe – cokolwiek w tonacji molowej, a jeśli z tekstem, to smutnym. Wypada się cieszyć, bo czyjś bóg się rodzi, za parę miesięcy trzeba będzie się umartwiać, bo mu się zemrze – a ja nie jestem skory do emocji na zawołanie.

Kiedy przestałem czuć coś w rodzaju nastroju świąt? Bodaj 27 lat temu w przeddzień Wigilii stopniał cały śnieg w Szczyrku, w samą Wigilię lało jak z cebra, dla mnie to był jakiś zwiastun końca świata, rzecz niepojęta klimatycznie, złowroga anomalia. Albowiem święta zawsze wcześniej były białe, po wyjściu z pensjonatu po prostu zapinałem narty i śmigałem na nich pod wyciąg, w dolinie chodniki wyglądały jak tunele wydrążone w śniegu, zaspy sięgały ponad głowami wierzchu płotów. Pamiętam, jak rottweilery strzegące na co dzień pracownic pobliskiego burdelu (usytuował się naprzeciw pensjonatu prowadzonego przez siostrę) przebiegały nad płotem i hulały samopas, ja zaś w butach narciarskich i kombinezonie, uzbrojony w kijki i tak czułem się nieswojo, kiedy bydlaki nadbiegały, żeby mnie obwąchać. Te nagłe święta brązowo-zgniłozielono-szare, mokre, nawet nie odwilżowe, ale jesienne po prostu, przeraziły nas wszystkich.

Ojciec głowił się, co też bóg chce nam przez to powiedzieć,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

2024 – rok progresywny?

Ostatni rok kadry narodowej raczej wzmocnił nasze kompleksy. Jesteśmy słabi, więc liczymy na uśmiech losu, ale kiepskiej grze nie pomoże dobre losowanie

Finlandia, Litwa, Malta i ktoś bardzo mocny na H: mogło być znacznie gorzej, a i tak po losowaniu eliminacji do amerykańskich Mistrzostw Świata 2024 ponad 70% kibiców uważa, że na mundial nie pojedziemy. Mam jednak przeczucie, graniczące z pewnością, że przed losowaniem nastroje były podobne.

Ostatni rok kadry narodowej raczej wzmocnił nasze kompleksy. Jesteśmy słabi, więc liczymy na uśmiech losu, ale kiepskiej grze nie pomoże dobre losowanie. Nasze największe sukcesy odnosiliśmy, kiedy nam sierotka z koszyka wyciągała same potęgi. Kadra Górskiego, żeby znaleźć się na mundialu, musiała wygrać z Anglią; żeby wyjść z grupy, musiała pokonać Argentynę i Włochy, a w meczu o medal załatwiła Brazylię. Były więc czasy, gdy chętnie laliśmy każdego, kto się nawinął, losowanie traktując jako ciekawostkę, a nie pomoc z zaświatów.

Rozmiary katastrofy

Teraz opinie są zgodne i niewesołe: o bezpośrednim awansie możemy zapomnieć, ale do baraży prawdopodobnie trafimy, bo drużyna narodowa pod wodzą selekcjonera Probierza odzyskała przewidywalność. Mierząc się z Holandią, a tym bardziej z Hiszpanią, nie zaskoczy nas na plus, za to w spotkaniach z pozostałymi rywalami, nawet jeśli rozczaruje grą, powinna zdobyć komplet punktów. Trudno do tych opinii się nie przychylić, choć do meczów z rywalem na H został nam prawie rok – w tym rola Probierza, żeby znalazł do tej pory sensownych obrońców, bo z tyłu gorzej już być nie może. O rozmiarach katastrofy w obronie narodowej niech świadczą chwilowe podniety fachowców – ostatnio podpowiadają Probierzowi np. Przemysława Wiśniewskiego ze Spezii. Regularnie gra, a nuż w kadrze odpali. Owszem, geny ma solidne: ojciec, zanim stał się postrachem ulic (aktualnie dozór policyjny i siedem zarzutów za gangsterkę), na przełomie stuleci skutecznie odstraszał napastników na boiskach ekstraklasowych. Syn recenzje też zbiera niezłe, ale to wciąż poziom drugiej ligi włoskiej, a gość ma 26 lat, więc czasu na wybicie się wyżej było całkiem sporo. Z taką obroną długo nie pociągniemy.

Za wszelką cenę trzeba odbudować i ustabilizować Jakuba Kiwiora. Za sprawą kontuzji kolegów tłucze się w najlepszej lidze świata częściej, niż mu się to należy. Premiership go przerasta, ale doświadczenie zebrane w pojedynkach z Haalandem, Salahem i spółką powinno zaprocentować w nieco mniej wymagającej lidze. Kiwior chciałby do Napoli i to jest kierunek doskonały, bo we Włoszech gra się na znacznie mniejszej intensywności. Kiwior tam się ogarnie, może polideruje defensywie i zbuduje sobie taką markę jak niegdyś Glik w Torino. Bo „drugiego Glika” z jego najlepszych lat właśnie szukamy – szeryfa, który potrafi przywrócić porządek w polu karnym.

Na razie działają tam sami zastępcy, zajęci głównie zrzucaniem z siebie odpowiedzialności.

Nasza defensywa jest przepuszczalna jak płaskowyż krasowy, wszystko przez nią przecieka, a dziur w niej jak w raju dla speleologów. Jan Bednarek miewa dobre momenty, ale w Southampton przywykł do bezradności – ta drużyna zbiera ciężkie baty co tydzień, już pół roku przed końcem rozgrywek wiadomo, że spadnie z hukiem z angielskiej ekstraklasy, to fatalnie działa na morale. Kamil Piątkowski wpadł nam w oko dzięki cudownej bramce ze Szkotami, wcześniej też pokazał, że ogranie w Lidze Mistrzów procentuje – jemu się trafiają momenty kiepskie, kiksy i chwile paniczne, ale na co dzień nie schodzi poniżej poziomu wymaganej solidności. Z boku obrony nie mamy nikogo, kto mógłby usprawiedliwić notoryczny brak powołań dla Matty’ego Casha. Prywatne animozje Probierza są znacznie mniej szkodliwe w przypadku obsady bramki – ignorowanie wyszczekanego Kamila Grabary nie powoduje deficytów, bo Łukasz Skorupski i Marcin Bułka dają wystarczającą jakość, ale z Cashem nasz selekcjoner

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Zegar apokalipsy

„Nie bój się, to samo się czyta”, powiadają ludzie, polecając znajomym grube książki, czemu nie mogłem się nadziwić, bo dla mnie czytanie jest przyjemnością, a nie zmaganiem umysłowym. Samo się nie czyta, jak samo grzmi i samo się błyska, no chyba że chodzi o tę przypadłość adehadowców, która i mnie czasem doskwiera, mianowicie czytanie bezmyślne, a raczej czytanie w trakcie myślenia o czymś zupełnie innym. Skłonność do rozproszeń sprawiała bowiem niejednokroć, że oczami wodziłem za tekstem przez wiele stron, nim się spostrzegłem, że myśl za wzrokiem nie podąża, przez co musiałem wrócić do poprzedniego rozdziału niczym zagubiony turysta do ostatniego widzianego znaku na skale. Chodziłoby zatem o rodzaj zatracenia w lekturze tak intensywnego, że czytelnik nie myśli o tym, że czyta, tak jak nie myśli o tym, że oddycha. Czyli o proces obopólnego pochłaniania – łakomie pochłaniam książkę, która mnie pochłania bez reszty.

Nie jest to specjalnie możliwe w przypadku prozy wysokoartystycznej czy mowy wiązanej, kiedy raczej rozkoszujemy się nie fabułą, ale językiem, pomysłami składniowymi i czym tam jeszcze – taką literaturę dawkujemy sobie jak panaceum na kolokwialność. Zdarza się jednak, że książka pisana „stylem zerowym”, zwłaszcza w przypadku literatury faktu, frapuje samą treścią, czyta się zaiste sama, ba, czasem nawet wbrew woli czytelnika.

Taką książką, której wolałbym nigdy nie przeczytać, ale od której oderwać się nie mogłem, jest omawiana już na łamach „Przeglądu” przez Romana Kurkiewicza „Wojna nuklearna” Annie Jacobsen. Amerykańska gwiazda dziennikarstwa śledczego na podstawie rozmów z wieloma specjalistami od wyścigu zbrojeń, emerytowanymi wojskowymi i politykami, kreśli podtytułowy „możliwy scenariusz” zagłady

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Pożegnania i pocieszenia

Lucjan Brychczy mógł zostać legendą Ruchu Chorzów, bo jak większość górnośląskich dzieciaków marzył o karierze w szeregach Niebieskich

Umarł Lucjan Brychczy. Powiedzieć na Żylecie, że „Kici” był hanysem, to jakby przypomnieć na antenie Radia Maryja, że Jezus był Żydem. A jednak Brychczy – ikona warszawskiej Legii, człowiek, który przy Łazienkowskiej spędził jako piłkarz i trener 70 lat – urodził się na Fryncicie, w Nowym Bytomiu, dzisiaj dzielnicy Rudy Śląskiej, a przed plebiscytem przyzakładowej kolonii Friedenshütte, i pośród familoków się wychował. Brychczy mógł zostać legendą Ruchu Chorzów, bo jak większość górnośląskich dzieciaków marzył w czasach powojennych o karierze w szeregach Niebieskich, ale kiedy przyszedł na testy przy Cichej, zabrakło butów w jego rozmiarze. Urażony nie biegał zbyt zgrabnie w za dużych korkach, więc go odesłano. O losie garbaty, który tak sobie zakpiłeś! To najbardziej parszywy przypadek spośród tych, które wpłynęły na losy śląskiego futbolu – zamiast u boku Gerarda Cieślika „Kici” zadebiutował w Ekstraklasie na stadionie przy Cichej w drużynie przeciwnej, bo pierwszy mecz w barwach Legii zagrał właśnie z Ruchem w Chorzowie jesienią 1954 r. A potem poszło jak w bajce – rekordowe 182 gole ligowe dla CWKS, takoż rekordowe 452 mecze w barwach Wojskowych i pół wieku na ławce trenerskiej.

Powiedzieć, że Legia pogrążyła się w żałobie, to nic nie powiedzieć – niewielu już zostało wśród żywych kibiców, którzy pamiętaliby Legię bez Brychczego. „Kici” przy Łazienkowskiej był zawsze, jego odejście to dla Legionistów koniec epoki, a nawet koniec świata. Przydomek otrzymał z uwagi na nikczemny wzrost – 166 cm – od trenera Jánosa Steinera. „Kicsi” po węgiersku znaczy „mały”, co nie przeszkodziło mu zostać wielkim piłkarzem. Także ze względu na jego długowieczność – w czasach gdy piłkarze po trzydziestce wieszali już buty na kołku, on strzelał hat tricka w Pucharze Europy – wiosną 1970 r., jako napastnik 36-letni!

Żeby jednak nie ulec zanadto zmartwieniom, skierujmy uwagę tam, gdzie futbolowi szowiniści nie kierują jej na co dzień. Mamy bowiem w FC Barcelona oprócz Roberta Lewandowskiego jeszcze jedną gwiazdę piłkarską, która regularnie strzela gole. Ewa Pajor, nasza najlepsza napastniczka, od tej jesieni lukratywnie (jak na warunki futbolu kobiecego) zakontraktowana przy Camp Nou, odpłaca się golami i bajecznie wysokimi notami (za hat tricka w derbach z Españolem dostała dziesiątkę). Kapitanuje też naszej kadrze narodowej, którą właśnie powiodła do historycznego sukcesu – nasze orlice przebrnęły dwuetapowe baraże i awansowały do przyszłorocznych mistrzostw Europy. Po wyeliminowaniu Rumunek Polki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Lekcja żywego języka

W kwestii mowy śląskiej wolę mieć wątpliwości niż rację. Są tacy, dla których śląszczyzna jest sprawą polityczną i nie podlega dyskusji jej status jako języka, podobnie jak kwestia śląskiej narodowości. Znam wśród nich tyluż prawdziwych śląskich patriotów, co silesialanserów, moszczących się na mile widzianym w mediach miejscu „etatowego” górnośląskiego radykała. Sam dwukrotnie podawałem w spisie powszechnym narodowość śląską, ale czyniłem to bardziej z przekory niż z powinności wobec heimatu. Jestem wysoce zdystansowany do podobnych formularzy, dlatego jako wyznanie wpisałem pastafarianizm, choć do Kościoła Latającego Potwora Spaghetti mam stosunek równie chłodny jak do wszystkich innych religii. Dla mnie śląski może pozostać etnolektem albo stać się regionalnym językiem, szkoda go strzępić, mam na to wywalone, a szarpanina polityczna potrafi wszystko oszpecić. Godołech na placu za bajtla, pisałem śląskie dialogi w powieści o Śląsku 20 lat temu, 10 lat temu robiłem za małpę, godając na żądanie warszawskich teściów (wstydu nie ma, z miłości robiłem rzeczy znacznie gorsze) – ale kiedy wydzwaniali do mnie dziennikarze z pytaniem o stanowisko w sprawie śląskiego języka, odpowiadałem, że moje opinie są zbyt miękkie, aby mogły ich zainteresować, niech dzwonią do Twardocha.

Tymczasem do kin trafił fantastyczny film o trzech takich, co przedawkowali mowę ojczystą. Oglądałem północnoirlandzki „Kneecap” raczej jako widowiskowy autobiopic raperskiego tercetu niż podręcznik bojownika o ustawowe uznanie języka, ale przyszło mi do głowy, że całą tę awanturę mielibyśmy dawno za sobą, gdyby Paktofonika rapowała po ślunsku. Leszek Dawid, filmując historię katowickiego tria, ubiegł o 12 lat Richa Peppiatta w filmowej lekcji żywego języka.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Wesele i pogrzeb

Choćbyśmy mieli w składzie największego piłkarza, nie zmieni to naszej parszywej doli, możemy za to się pocieszać jego trofeami zagranicznymi

Wejście do „klubu 100” w Lidze Mistrzów po Cristianie Ronaldzie i Leo Messim to wyczyn, o którym należałoby napisać bez względu na pochodzenie napastnika. A że dokonał tego Polak, sprawa wymaga rozkładówki, wersalików, fanfar i czego tam jeszcze – Robert Lewandowski już dawno zbudował swoją legendę jednego z najlepszych piłkarzy w historii futbolu, teraz trwają prace wykończeniowe.

Gdyby ktoś na chwilę zapomniał, że ma szczęście żyć w erze polskiego mistrza, kolejne liczby wyrwą go z otępienia. Przyzwyczailiśmy się do tego, że Robert nieustannie „coś tam” strzela w najważniejszych rozgrywkach, ale od czasu do czasu te gole sumują się w liczby przełomowe, legendarne, piszą na naszych oczach historię, do której będziemy rzewnie tęsknić za parę lat. O jego rekordach bundesligowych nigdy nie przestanie być głośno: pięć goli w dziewięć minut przeciw Wolfsburgowi zdobytych w roli rezerwowego złamało system, 41 goli w jednym sezonie (na pobicie tego wyczynu stale zasadza się Harry Kane, nie życzę powodzenia), 312 goli na niemieckich boiskach (najskuteczniejszy obcokrajowiec w historii Bundesligi). W każdym kraju, w którym przyszło mu grać, zdobywał wszystko: koronę króla strzelców i tytuł mistrzowski, w reprezentacji Polski, choć często obwiniany o niepowodzenia drużyny, a nawet pomawiany o „niepatriotyczny” brak zaangażowania, też pozostanie rekordzistą wszech czasów (na razie 84 gole w 156 meczach).

To wszystko są liczby z kosmosu, jakby sobie chłopak z kampinoskiej wioski wybrał tryb kariery w piłkarskiej grze komputerowej i do znudzenia ładował gole, ustawiając przeciwników na poziom amatorski – dzieciaki tak mają, że nigdy się nie nudzą zwycięstwami. I teraz ten chłopak wskoczył na podium, i to tak, że się Ziemia zatrzęsła i wszystkie media globu wymieniają obok siebie trzy nazwiska geniuszy sportu: Ronaldo, Messi, Lewandowski.

W ostatniej kolejce Champions League, najbardziej prestiżowych rozgrywek na świecie, Lewy trafił po raz 100. i 101. I będzie trafiał nadal, w przeciwieństwie do Argentyńczyka (129 bramek, obecnie aktywna emerytura na Florydzie) i Portugalczyka (150 goli, teraz trafia dla saudyjskich szejków).

Upłyną lata, zanim kolejni realni kandydaci do przekroczenia liczby 100 goli w Lidze Mistrzów zdołają choćby się zbliżyć do Roberta. Kylian Mbappé przeżywa w Madrycie zdumiewający kryzys, ostatnio nie udało mu się wykorzystać jedenastki. Manchester City cierpi katusze po kontuzji Rodriego, zespół nie wygrał sześciu kolejnych spotkań, więc i Haaland ma mniej okazji do cieszynek. Na razie Lewandowski ma więcej goli w Champions League niż obaj ci młodzieńcy razem wzięci. Urodził się nam przed 36 laty na Mazowszu napastnik doskonały, drugiego takiego już nie dożyjemy. I to jest wiadomość tyleż radosna, co druzgocąca dla polskich kibiców, bo nasza kadra nawet z jednym z gigantów futbolu w składzie nie osiągnęła nic. Jej sufitem okazały się ćwierćfinał mistrzostw Europy oraz wyjście z mundialowej grupy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Na co kicham

Wieść niesie, że każdy mężczyzna wielokrotnie w życiu umiera na katar, ja się z tym zasadniczo zgadzam. Umiem sobie radzić z dolegliwościami większych znacznie rozmiarów, próg bólu chyba też mi się przesunął w górę po rozmaitych przypadkach (pierwsze miejsce na podium: zmiażdżenie palca w górskim wypadku, drugie miejsce: zdejmowanie foliowego opatrunku ze stopy obdartej ze skóry i martwicy, trzecie miejsce: punkcja krwiaka w kolanie), ale katar mnie demoluje i rozbija jak nic innego.

Chusteczek nie wystarcza, wysmarkane rolki papieru toaletowego walają się wszędzie wokół, leje się z nosa i oczu, sił nie ma, jest wstyd i upokorzenie, bo to tylko katar, siostra ma raka i nie narzeka, ludzie cierpią od wojny. Męski katar listopadowy, ogólnie znana depresja nosogardzieli, sezonówka, kilkudniówka, leży się i się nie chce, a wróble ćwierkają, żeby choć je wziąć w garść, jeśli siebie się nie może. Nie mam apetytu, bo się wstydu najadłem, smaku nie czuję, bo wszystko cieknie z nosa, z pyska. Piję wodę, piszę na leżąco, aplikuję sobie w ramach psychoterapii opowieści o prawdziwym cierpieniu.

Na pierwszy rzut załzawionych oczu rozsławiony już spektakl Mateusza Pakuły „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Teren budowy, wstęp wzbroniony

Gramy na miarę naszych możliwości. Jesteśmy mierni, w porywach przeciętni i nie da się tego zmienić

„Teren budowy, wstęp wzbroniony” – taką tabliczką proponuję odstraszać wszystkich chętnych do oglądania piłkarskiej reprezentacji Polski. To wedle myśli trenera Michała Probierza, który zagadnięty bezpośrednio po historycznym spuszczeniu nas do Dywizji B Ligi Narodów, bez śladu smutku czy choćby delikatnej konfuzji, orzekł, że „drużyna jest w budowie”, czym z góry zamknął pole do krytyki.

Na przedmeczowych konferencjach spięty, drażliwy, kontrujący każde pytanie jak atak na swoje ego, nieco nawet gburowaty, po sportowej klęsce, którą podpisał własnym nazwiskiem, nagle odpowiadał płynnie, wyluzowany i cierpliwy.

Napięcie zeszło.

Stało się, a zarazem nic się nie stało. Przegraliśmy ze Szkocją w doliczonym czasie, a dwa miesiące temu w takich samych okolicznościach z nią wygraliśmy.

Raz na wozie, raz pod wozem. Selekcjoner się nie tłumaczył. Kanoniczny truizm o drużynie w budowie (po roku pracy nie wypada już mówić o przebudowie) załatwił sprawę, potem jeszcze coach bez najmniejszych wątpliwości orzekł, że cień myśli o dymisji nie przemknął mu nawet przez głowę, bo „idziemy w dobrym kierunku”. Wyglądał na faceta, którego odwagę wspiera przekonanie o własnej nietykalności. Gadał swoje, ale ja słyszałem jego głos wewnętrzny, pozwolę więc sobie to moje urojenie słuchowe na prawach licentia poetica przedstawić: „Czego ode mnie chcecie?! Liga Narodów się nie liczy, przynajmniej uchroniliśmy się przed jakimiś pojebanymi barażami na wiosnę.

Będę ciągnął ten wózek przez eliminacje mundialu i nadal zarabiał miesięcznie więcej niż wy przez cały rok. Kulesza to mój ziom, wprowadziłem mu Białystok do Europy, kiedy tam się jeszcze żubry na boisku pasły. Poza tym mam ważny kontrakt, więc jestem nie do ruszenia. A teraz cześć i czołem, muszę jeszcze powiedzieć chłopakom w szatni, żeby się nie przejmowali, i idę pierdolnąć whisky”.

A tak już całkiem serio: Michał Probierz nie jest winny temu, że w Polsce rodzi się radykalnie mniej zdolnych piłkarzy niż w Portugalii, nieco mniej niż w Chorwacji i mniej więcej tyle samo co w Szkocji.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Do schronu

I znowu powrót pod ziemię – odświeżający, bo tak już mam, że mój strach zostaje na powierzchni. Zresztą w dobie eskalacji nuklearnych lęków instynkt każdego ciągnie do schronów atomowych; zaraz się okaże, że grotołazi, powszechnie wykpiwani jako mroczni dziwacy, są bezcenni ze swoją rozległą znajomością podziemnej topografii – w razie czego będą najlepiej wiedzieli, gdzie się schować. Preppersi betonują ciasne ziemianki na czas apokalipsy, a ja w razie czego wolę, jak to niegdyś napisał wieszcz prawicy, „zamieszkać w katedrze”. W dodatku za darmo, tymczasem budowa przydomowego schronu o komforcie więziennej celi bez okien kosztuje setki tysięcy złotych. Rynek bunkrowy już hula, trudno się dziwić, groźba zagłady jest ostatnim argumentem Putina, nader często używanym.

Tymczasem, wciąż niepogrzebani, z grupą speleoprzyjaciół grzebiemy w bebechach ziemi dla przyjemności. Zakończyliśmy właśnie sezon na Muránskiej Planinie, bo po opadach śniegu nawet terenówką nie da się wjechać na ten dziki płaskowyż.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Sport

Na Szkotów bez Lewego

Lewandowski może jeszcze sprawić psikusa i odebrać za rok to, co mu się należało w 2020. Anulowanie wtedy Złotej Piłki było historycznym przekrętem, psiakrew, antypolskim!

Biję się w piersi nabrzmiałe od piwnych estrogenów. Przed miesiącem, przy okazji bojów naszej reprezentacji na Stadionie Narodowym, napisałem, że to dla nas mecze zupełnie bezstresowe, bo i tak do utrzymania się w elicie piłkarskiej Ligi Narodów wystarczy nam poradzić sobie ze Szkocją.

Otóż nie wystarczy – ta wstrętna UEFA postanowiła utrudnić nam sprawę zmianami regulaminowymi. Przedostatnie miejsce w tabeli daje prawo gry w wiosennych barażach z wylosowanym wiceliderem jednej z niższych grup.

Piszę te słowa, nie wiedząc, jak zakończyła się nasza podróż do Portugalii, porażki z góry nie zakładam, ale podejrzewam, że limit naszego fuksa na sto lat do przodu wyczerpał Jacek Krzynówek 8 września 2007 r., kiedy w ostatnich chwilach meczu oddał strzał rozpaczy, a piłka odbiła się od słupka i pleców bramkarza Ricardo.

Łatwo zatem nie będzie, zwłaszcza że Michał Probierz to jeden z tych trenerów, którzy lubią odpuszczać. Odpuszczamy puchary, aby skupić się na lidze. Odpuszczamy Ligę Narodów, aby skupić się na eliminacjach mundialu (może lepiej od razu odpuścić mecze, aby skupić się na treningach?). Jeśli jedne rozgrywki mają być poligonem doświadczalnym dla drugich, to chciałoby się w końcu zobaczyć, żeśmy coś wyćwiczyli, oprócz negatywnej selekcji kolejnych niespełnionych kandydatów.

Gramy dziś zatem ze Szkocją, wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że nie o pietruszkę to granie. Ale cóż ja w czwartek mogę wiedzieć o piątku? Piszę po omacku, przeto łacniej mi będzie oddać się wspomnieniom, niż przewidywać przyszłość.

Mam córkę w Szkocji, jej brat pożytkuje ADHD

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.