Belgrad jak Sarajewo

Belgrad jak Sarajewo

Kto zabił premiera Zorana Dzindzicia? Pół biedy, jeśli pospolici gangsterzy. Gorzej, jeśli serbscy nacjonaliści

Śmierć na Bałkanach w Europie źle się kojarzy. Co najmniej od 1914 r. i zabójstwa austriackiego arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Dlatego także teraz, kiedy w minioną środę, 12 marca, w środku dnia na ulicy Belgradu zastrzelono serbskiego premiera, Zorana Dzindzicia, uruchomiony został ciąg niedobrych skojarzeń. Polityczni mordercy w ostatnich latach wielokrotnie powstrzymywali Bałkany przed powrotem na drogę stabilizacji. Rytm zabójstw na zlecenie w bałkańskim kotle trudno porównać z jakimkolwiek innym przykładem. Tylko w ostatnich dwóch latach zabito w Serbii z powodów politycznych aż siedmiu ludzi mających wielkie wpływy na szczytach władzy. Teraz doszedł do tej listy Dzindzić. To przerażająca statystyka. A w zderzeniu ze świadomością, że przez całą minioną dekadę Bałkany były rejonem chaosu i politycznych turbulencji, zmuszająca do zadania pełnego niepokoju pytania, czy po raz kolejny w historii Europy właśnie z Serbii nie rozleje się

groźba wojny.

Pytanie nie jest bynajmniej bezzasadne. Nie trzeba przecież sięgać do 1914 r. i wybuchu pierwszej wojny światowej, żeby znaleźć takie przykłady. Z Serbii wylały się przecież próby zbrojnych inwazji na (ogłaszające niepodległość) Chorwację i Słowenię na samym początku lat 90. Belgrad podsycał koszmarny konflikt w Bośni, którego złowrogim symbolem pozostają do dziś masakry etniczne i Aleja Snajperów w Sarajewie. To poprzednie władze Serbii odpowiadają za etniczne czystki w Kosowie, co przerwała dopiero interwencja wojsk NATO.
Dzindzić dawał odrobinę nadziei, że uda się wyrwać Bałkany z tej koszmarnej spirali przemocy, chaosu i politycznego bezprawia. Był jednym z nielicznych serbskich polityków niekorzystających z protezy narodowego szowinizmu do budowania osobistej popularności. Od czasu objęcia, nieco ponad dwa lata temu, funkcji premiera próbował skierować swój kraj w stronę bardziej zachodnich standardów demokracji i polityki. W państwie dramatycznie zniszczonym przez obowiązującą w ciągu minionych dziesięciu lat gospodarkę wojenną realizował (powoli i z oporami, ale jednak) reformy rynkowe. Już miał efekty: od dwóch lat utrzymywał się wzrost PKB (2-3%). Jugosławia powróciła do międzynarodowych organizacji finansowych. Okiełznano inflację, która spadła ze 125% w 2000 r. do 15% pod koniec roku 2002. Przeciętna płaca wzrosła z 35-40 euro miesięcznie do 160 euro.
Już choćby to nie podobało się dotychczasowym władcom Serbii, których fortuny wyrosły na łamaniu praw gospodarczych w czasach Slobodana Miloszevicia, współpracy z kryminalnym podziemiem i czerpaniu nielegalnych zysków z przemytu. Jeszcze bardziej irytowała wpływowe grupy w serbskiej polityce orientacja Dzindzicia na Zachód i jego współpraca ze Stanami Zjednoczonymi. Zwłaszcza gotowość kierowanego przez niego rządu do wydawania Międzynarodowemu Trybunałowi w Hadze serbskich zbrodniarzy wojennych, najpierw samego Miloszevicia, a ostatnio zapowiedź przekazywania do Hagi innych oskarżonych, w tym byłych i obecnych szefów organizacji paramilitarnych i wyższych wojskowych.
W normalnym państwie takie

pomruki niezadowolenia

mogłyby nie mieć politycznego znaczenia. Serbia jednak nie jest normalnym krajem. Znaczna część społeczeństwa nie wyleczyła się jeszcze z choroby nacjonalizmu. Otoczenie Slobodana Miloszevicia straciło bezpośrednią władzę polityczną, ale zachowało ogromne wpływy w państwie. Wciąż posplatane są w Belgradzie legalne interesy gospodarcze z kryminalnym podziemiem.
Po zabójstwie Dzindzicia odezwały się zresztą głosy, że on sam odpowiadał za tę sytuację. Przez wiele miesięcy premier tolerował funkcjonowanie paramilitarnych grup przestępczych, w tym tzw. gangu Zemun, kierowanego przez byłego dowódcę policyjnej jednostki operacji specjalnych Czerwone Berety, Milorada Lukovicia – w zamian za to, że armia serbska i siły specjalne nie stanęły jesienią 2000 r. w obronie Slobodana Miloszevicia. Dopiero niedawno Dzindzić uznał, że rozpanoszona zorganizowana przestępczość musi być ukrócona, i wypowiedział otwartą wojnę kwitnącemu w Serbii przemytowi, głównie narkotyków, i handlowi kobietami.
Właśnie grupa Lukovicia wskazana została na razie jako

główny organizator

zabójstwa serbskiego premiera. Policja aresztowała już kilkadziesiąt osób powiązanych bezpośrednio lub pośrednio z gangiem Zemun. Trzy aresztowane osoby zażądały przyznania im statusu świadka koronnego, a ich zeznania dają podobno wystarczające dowody na to, że to Luković kazał zamordować Dzindzicia, a także był bezpośrednio zamieszany w lutową próbę zamachu na premiera na autostradzie belgradzkiej (ciężarowy tir próbował staranować auto Dzindzicia).
Kto jednak kryje się w tle tego zamachu? Strzały do Zorana Dzindzicia padły niedługo po tym, jak powiedział (jako pierwszy serbski polityk w historii), że być może trzeba będzie podzielić Kosowo na części serbską i albańską. Policja przesłuchiwała też dwóch byłych szefów służb bezpieczeństwa z czasów reżimu Miloszevicia – Jovicę Staniszicia i Franka Simatovicia, co może sugerować istnienie szerszego spisku. Gdyby gang Zemun był tylko współwinny zbrodni, a w istocie chodziło o powrót kraju na drogę skrajnego nacjonalizmu, byłaby to zła wiadomość dla Serbii. I dla całej Europy.


Zoran Dzindzić urodził się w 1952 r. Na początku lat 70. rozpoczął studia na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Belgradzkiego. W trakcie studiów został aresztowany i skazany na rok więzienia za próby utworzenia niezależnej organizacji studenckiej. Po ukończeniu studiów nie mógł nigdzie znaleźć pracy. W 1977 r. wyjechał z Jugosławii na studia doktoranckie do Niemiec. Do Belgradu wrócił po upadku muru berlińskiego.
W 1989 r. założył m.in. z późniejszym prezydentem Jugosławii, Vojislavem Kosztunicą, Partię Demokratyczną (w tym samym czasie rozpoczynał swoje 11-letnie rządy w Serbii Slobodan Miloszević).
Na przełomie lat 1996-1997, gdy Miloszević nie uznał zwycięstwa opozycji w wyborach lokalnych, Dzindzić i inni przywódcy opozycyjni, m.in. Vuk Draszković i Vesna Pesić, kierowali wielotysięcznymi protestami na ulicach Belgradu, które trwały 88 dni. W 1997 r. został pierwszym niekomunistycznym burmistrzem Belgradu.
Kiedy Miloszević nie uznał zwycięstwa opozycji w wyborach we wrześniu 2000 r., Dzindzić odgrywał kluczową rolę w organizowaniu ulicznych demonstracji. Po obaleniu Miloszevicia w październiku i zwycięstwie w wyborach parlamentarnych w grudniu 2000 r. Dzindzić został premierem Serbii.
Technokrata i liberał, był krytykowany przez serbskich nacjonalistów za wydanie Slobodana Miloszevicia Międzynarodowemu Trybunałowi w Hadze.

Wydanie: 12/2003

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy