Benefis ministra Geremka

“Show jednego człowieka”, tak oceniali konferencję “Ku wspólnocie demokracji”, zorganizowaną w Warszawie, doświadczeni dyplomaci. Wielkie zgromadzenie polityków i urzędników służby dyplomatycznej wypadło w ostatnim tygodniu urzędowania Bronisława Geremka jako ministra spraw zagranicznych. “Okazja do pożegnania i zarazem benefis”, określił ten przypadkowy zbieg okoliczności jeden z pracowników MSZ. Inni twierdzili jednak, że nawet gdyby nie było rozpadu koalicji AWS-UW, Geremek także zadbałby, by to on był główną – obok idei demokracji, oczywiście – postacią warszawskiej imprezy.
Wysiłki organizatorów, by tak się stało, dostrzegały także osoby nie znające osobowości b. szefa MSZ, przekonanego, że bez niego polityka zagraniczna skazana jest na porażkę. Nawet zagraniczni dziennikarze pytali, dlaczego podczas inauguracji konferencji w Sejmie jej uczestników nie witał prezydent Aleksander Kwaśniewski, który jedynie obserwował, jak na mównicy bryluje min. Geremek. Nie wszystkich przekonywały informacje, że na takie wystąpienie “zabrakło czasu”.
W kuluarach szeptano także, że na zapleczu konferencji toczą się targi, który kraj jest “demokratyczny”, a który nie jest. Część uczestników spotkania miała za złe Polakom, że przyjęli tutaj “amerykańskie standardy”. Gdyby wierzyć konferencyjnym plotkom, wśród 133 zaproszeń wysłanych do państw członkowskich ONZ (których w sumie jest już około 200) w pewnym momencie nie miało być np. Tunezji, bo według standardów USA za mało tam demokracji. Jako sygnał amerykańskiej dominacji nad imprezą potraktowano także zorganizowanie przez (finansowaną głównie przez Amerykanów) Fundację Batorego równoległej konferencji “nierządowej”, której uczestnicy już bez dyplomatycznej ostrożności używali sobie nie tylko na “Czarnych Piotrusiach”, czyli np. nieobecnych w Warszawie Chinach, Iranie (gdzie odbyły się ostatnio wybory parlamentarne), Iraku czy Białorusi, ale także na Rosji, zwłaszcza w kontekście Czeczenii. Znalazła się na tym spotkaniu także Madeleine Albright, amerykańska sekretarz stanu, jedyna osoba, którą min. Geremek – jak żartowano na boku – w miarę spokojnie akceptował przed kamerami TV.
Różne kraje w rozmaity sposób demonstrowały swoje wątpliwości co do charakteru spotkania. Wiele państw (wbrew gromkim informacjom prasowym o 100 ministrach w Warszawie) przysłało delegacje nie na szczeblu ministerialnym, lecz niższym. Wielu szefów dyplomacji pojawiło się w stolicy Polski tylko na chwilę. Rosję reprezentował jedynie ambasador Siergiej Riazow. Nie przyjechali, mimo wysiłków naszego MSZ, tacy zaproszeni goście jak Vaclav Havel i Nelson Mandela. Ostatniego dnia przedstawiciel Francji publicznie odżegnał się od pomysłu tworzenia “klubu krajów demokratycznych” i skrytykował traktowanie demokracji jako nowej religii (w kuluarach mówiono o sprzeciwie wobec “amerykańskiego dyktanda”). Tylko rozpaczliwe zabiegi naszych dyplomatów sprawiły, że Francuzi nie zagłosowali przeciw deklaracji, a po prostu nie odezwali się ani słowem, co pozwoliło twierdzić organizatorom spotkania, że deklaracja została przyjęta przez aklamację.
Gdyby po spotkaniu pozostał tylko ten jeden dyplomatyczny zgrzyt, nie byłoby jednak problemu. Gorzej, że w wielu opiniach uznano warszawską konferencję za potwierdzenie od dawna formułowanych obaw, że Polska jest “koniem trojańskim USA w Europie”. W “The New York Times”, jako pokłosie konferencji, ukazał się np. artykuł o “rozdarciu Polski pomiędzy lojalnością wobec Ameryki a naszymi aspiracjami do członkostwa w Unii Europejskiej”.
Obserwatorzy zastanawiają się, czy to jedynie przez przypadek w tym samym czasie co benefis min. Geremka odbyło się w Berlinie spotkanie prezydenta Jacques’a Chiraca z Gerhardem Schroederem, na którym obaj politycy odżegnali się od wyznaczania daty poszerzenia UE m.in. o Polskę. W ONZ żartuje się natomiast, że polsko-amerykańska propozycja powołania w ramach Narodów Zjednoczonych wspomnianego już tu “klubu państw demokratycznych” nie dość, że dzieli na lepszych i gorszych członków Organizacji, której dewizą ma być uniwersalizm, to na dodatek w samej tylko grupie stałych członków Rady Bezpieczeństwa buduje od razu aż trzy obozy: “demokratów” chętnych do członkostwa, czyli USA i Wielką Brytanię, “demokratów” z wątpliwościami wobec tej idei, czyli Francję i Rosję, oraz – wyrzucone poza nawias “przyzwoitych państw” – Chiny.

Wydanie: 27/2000

Kategorie: Wydarzenia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy