Bezsensowna polityka fiskalna

Bezsensowna polityka fiskalna

Wicepremier Gilowska wymyśliła ekonomiczne perpetuum mobile!

Strajki personelu publicznej ochrony zdrowia dowodzą, że przeforsowana przez rząd obniżka składki rentowej nie ma większego sensu społecznego. Publiczne pieniądze lekką ręką rozdawane na lewo i prawo lepiej było przeznaczyć na płace lekarzy i pielęgniarek. Co gorsza, polityka p. Gilowskiej nie ma żadnego sensu ekonomicznego.
1) Finanse publiczne są – pomimo imponującego wzrostu gospodarczego – głęboko niezbilansowane. Niższe wpływy budżetowe (z tytułu niższych składek) oznaczają pogłębienie deficytu w najbliższej przyszłości. W dalszej perspektywie – przy obniżeniu się tempa wzrostu gospodarczego – systematyczny uszczerbek dochodów budżetu będzie skutkować kryzysem finansów publicznych (tak jak w przypadku sytuacji „wypracowanej” swego czasu przez rząd p. Buzka).
2) Niższe składki mają – zdaniem rządu – zwiększyć płace, popyt, zatrudnienie – i jeszcze bardziej przyspieszyć wzrost gospodarczy. Co więcej, owo przyspieszenie wzrostu ma zrekompensować budżetowi uszczerbek wywołany spadkiem składki rentowej. Eureka! Wicepremier Gilowska wymyśliła ekonomiczne perpetuum mobile! Niższe dochody to niższy deficyt! Tego nikt jeszcze nigdy i nigdzie nie wypróbował – ze skutkiem pozytywnym!
3) Aktualnym problemem firm nie jest niski popyt, lecz coraz częstsze braki rąk do pracy. Firmy nie są w stanie zwiększyć zatrudnienia, tak jakby tego chciały – i to mimo oferowania coraz wyższych płac. Poziom zatrudnienia jest obecnie limitowany poziomem podaży pracy – a nie popytu na pracę. Pytanie: w jaki to sposób obniżka składki ma spowodować zwiększenie zatrudnienia, tj. podaży pracy?
4) Tegoroczna obniżka składki nie zmniejsza wcale kosztów pracy ponoszonych przez pracodawców. Zmniejsza ona tylko quasi-podatek obciążający dochody osób zatrudnionych. Nie może więc promować wyższego zatrudnienia nawet tam, gdzie owe koszty istotnie ograniczają zatrudnienie.
5) Popytu konsumpcyjnego – napędzanego m.in. przez i tak szybko rosnące płace – nie ma teraz po co jeszcze bardziej podsycać. Bo skończy się to niechybnie „przegrzaniem koniuktury” – wyższą inflacją i/lub nadmiernym deficytem w handlu zagranicznym. Reakcje NBP (kierowanego wszak przez prezesa bliskiego rządowi) wyraźnie sygnalizują zamiar „schładzania” gospodarki przy użyciu wyższych stóp procentowych. To może być wstępem do kolejnej recesji. Za sztucznie podsycany bum gospodarka zapłaci wtedy spowolnieniem, falą bankructw, rosnącym bezrobociem itp. Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć, że Polska przeżyła już raz taki sam cykl: „schładzanie” koniunktury przez NBP w latach 1999-2000 (wieńczące festiwal reform rządu AWS-UW) wydatnie przyczyniło się do stagnacji w smutnych latach 2001-2002.
6) Rząd planuje obniżyć, od przyszłego roku, także składkę rentową obciążającą pracodawców. Gwarantuje to dalszy uszczerbek dochodów budżetu. Owszem, obniży to koszty pracy – oraz zyskowność firm. Zyskowność jest jednak obecnie i tak rekordowa. Wcale nie ogranicza ona ani inwestycji, ani zatrudnienia.
7) Z obniżaniem „obciążeń” biznesu nie należy w ogóle przesadzać. Niskie podatki nie gwarantują wcale dynamizmu gospodarczego – a wysokie go nie wykluczają. Przykładowo, w świetnych dla Polski latach 1995-1997 zyski były opodatkowane stawką ponadczeterdziestoprocentową (obecnie 19%). Warto też wspomnieć, że jeszcze niższa stawka obowiązuje (już od wielu lat) na Węgrzech. Wzrost gospodarczy w tym kraju jest jednak od dawna anemiczny. Za to deficyt budżetowy – wręcz gigantyczny.

Autor pracuje w Wiedeńskim Instytucie Międzynarodowych Porównań Gospodarczych (WIIW)

 

Wydanie: 33/2007

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy