Bezwstyd

Bezwstyd

Zawsze porusza śmierć reżysera przed premierą jego filmu. „Powidoki” Andrzeja Wajdy nie przekonywały mnie na początku mimo świetnej pierwszej sceny. A jednak to film poruszający, chociaż nie bez wad. Jestem pełen podziwu dla Wajdy, że w tym wieku, siedząc na wózku inwalidzkim, nakręcił taki obraz – o heroizmie artysty okaleczonego, niszczonego przez opresyjne państwo. O malarzu Władysławie Strzemińskim można by zrobić jeszcze co najmniej dwa filmy, równie poruszające. Czemu Wajda nie zdecydował się na film o związku Strzemińskiego z Kobro? Nienawidzili się nie tylko pod koniec życia, podobno malarz chciał szczudłem zabić żonę, wybitną rzeźbiarkę. Wajda odpowiadał: „Aby pokazać tę parę w sposób przekonujący, musiałbym mieć Dostojewskiego za scenarzystę. Zrozumiałem, że aby zrobić rzecz prawdziwą, muszę ich rozdzielić. Zrobiłem więc film polityczny o artyście, który wchodzi w konflikt z władzą i płaci za to potworną cenę”.
Wątek osobisty. Moja mama w latach 40. mieszkała w Łodzi, malarz zaproponował jej, żeby była jego sekretarką. Nie zgodziła się, miał opinię erotomana. A przecież był bez ręki i nogi, bez jednego oka. Ciężko ranny w czasie I wojny światowej. Żołnierzowi z jego oddziału granat przypadkiem odbezpieczył się w ręku, rzucił go więc w panice i pocisk wpadł do okopu, gdzie był Strzemiński.

Wady filmu to pojawiająca się chwilami teatralność, nie najlepsze dialogi. To wina scenariusza. Czasami słabe są role drugoplanowe, stara choroba polskiego filmu, z którą często zmagają się młodzi reżyserzy. Dobra rola Lindy, świetna małej Zamachowskiej. Cieszę się, że ten ostatni film wyszedł Wajdzie, jakby mimo wszystko. Ale to „Ostatnia rodzina” powinna pojechać do Stanów. Też film o sztuce, też o malarzu, ale czysty, bez słabości.

Uderzające, że prezes i PiS nigdy się nie mylą. Jeśli coś im się nie udaje, winni są ich przeciwnicy polityczni. Taki stan umysłu zdarza się przy nienawistnych konfliktach małżeńskich. Jeśli będą sankcje Europy wobec Polski, to z powodu knucia opozycji. Jeśli budżet się rozsypie, winni są poprzednicy. I to odwieczne myślenie każdej autorytarnej władzy: skoro cel jest święty, wszystkie drogi, które do niego wiodą, nawet podłe, są święte. (Czasami tylko święty jest sam dyktator i jest celem samym w sobie). Wśród tłumu kłamstw pojawiło się nowe: gdy opozycja dojdzie do władzy, zabiorą ludziom 500+. Można się pocieszać, że jeśli chodzi o skalę manipulacji, w Stanach było jakoś podobnie, co Trumpowi dało wygraną. Kaczyński grozi tylko Polsce, Trump światu. Na pewno polska opozycja powinna wydać wspólne oświadczenie, że darowizny dla dzieci nie zabierze. Ale opozycja się kłóci. Jak nie myśleć o najgorszych wzorach z XVIII w.? „Targowica i zdrada!”, woła PiS. „To wy jesteście targowica i zdrajcy”, mówi druga strona. Już nie ma mocniejszych słów, w słowach doszliśmy do ściany. Czyli ja, który źle myślę i piszę o PiS, jestem zdrajcą. Tak nie nazywali mnie nawet śledczy bezpieki w latach 80.

Jerzy Stuhr pisze: „My jesteśmy z kultury wstydu. Nie robimy pewnych rzeczy, bo nie chcemy się potem za siebie wstydzić. A dla ludzi »dobrej zmiany« to żaden problem. (…) Każdą głupotę można u nas powiedzieć bez mrugnięcia powieką. Ta władza zaraziła nam Polskę bezwstydem”.
No właśnie: czy minister Waszczykowski, który stworzył nowe państwo, się wstydzi? Tłumaczył się, że był niewyspany. Mogę mu nawet uwierzyć. Ale przecież już wyspany gada głupstwa i robi głupstwa.

W „Plus Minus”, dodatku „Rzeczpospolitej”, do którego przez lata pisałem, ale w innym czasie, gdy jeszcze był wstyd, pewien profesor umieszcza duży tekst z pytaniem: „Czy ludzie niezrównoważeni psychicznie powinni być przyjmowani na wyższe uczelnie?”. Nie powinni, dochodzi do wniosku. Autor długo tłumaczy, dlaczego, i pisze: „Opowiadam się za potrzebą ograniczonej dyskryminacji”. To nie prymitywny wywód, autor jest dobrze wykształcony, tym bardziej poruszający jest taki postulat. Nie ma tu miejsca, by ten tekst cytować obszernie, a krótkie cytaty są zawsze jakoś nieuczciwe wobec autora, dlatego nie podaję nazwiska. Nie zawsze jestem zwolennikiem politycznej poprawności, w każdym razie jest pewne, że taki tekst nie mógłby się ukazać nigdzie w zachodniej Europie. Nie ma mowy. To kolejny znak, że już w niej nie jesteśmy. Rozumiem, że osoby z zaburzeniami psychicznymi bywają na wykładach kłopotliwe, ale jakie miary stosować w ich izolacji? Wedle takiego myślenia nie przyjęto by na studia, a jakby przyjęto, toby wyrzucono, kilku późniejszych laureatów Nagrody Nobla, na czele z genialnym matematykiem Johnem Nashem, chorym na schizofrenię. Czego nie wstyd mówić publicznie, nie wstyd też publicznie robić. Dokąd zmierzamy?

Wydanie: 4/2017

Kategorie: Felietony, Tomasz Jastrun

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy