Biało-czerwona wbita w morze

Biało-czerwona wbita w morze

W walkach o Wał Pomorski i Kołobrzeg brało udział ponad 70 tys. polskich żołnierzy. Co piąty nie przeżył

Bitwa o Kołobrzeg trwała 11 dni i uznawana jest za największy regularny bój uliczny z udziałem polskich wojsk w czasie II wojny światowej. Walki, które trwały od 8 do 18 marca 1945 r., nie tylko miały kluczowe znaczenie dla całej ofensywy na Pomorzu Zachodnim, ale przede wszystkim dowiodły waleczności żołnierzy 1. Armii WP. Badacze dziejów polskiego oręża przyrównują operację kołobrzeską do bitwy nad Bzurą z września 1939 r. i Monte Cassino z maja 1944 r.

„Zdobycie Kołobrzegu było pierwszym wielkim samodzielnym zwycięstwem operacyjnym 1. Armii Wojska Polskiego. O sukcesie zadecydowało stale poprawiane w toku działań współdziałanie piechoty, artylerii, czołgów, saperów, chemików i lotnictwa. Podczas jedenastodniowej bitwy siły polskie stale narastały, dochodząc do 60% 1. Armii WP”, opowiadał Edward Kospath-Pawłowski, badacz dziejów wojskowości, autor książki „Kołobrzeg. 8-18 marca 1945”. Wielu historyków określa bitwę o nadmorską twierdzę mianem Monte Cassino frontu wschodniego. Porównanie słuszne, biorąc pod uwagę poświęcenie polskich żołnierzy, ich ofiarę krwi i natężenie walk, ale uwzględniając wpływ na kształt przyszłych granic, a tym samym na przyszłość całego państwa, bitwa o Kołobrzeg miała o wiele większe znaczenie.

Wróćmy jednak do pierwszych miesięcy roku 1945. W połowie stycznia żołnierze 1. Armii WP pod dowództwem gen. Stanisława Popławskiego (zastąpił on na tym stanowisku gen. Zygmunta Berlinga we wrześniu 1944 r.) po kilkugodzinnych walkach weszli do zrujnowanej polskiej stolicy. „Warszawa przedstawiała makabryczny widok. Wymarłe kompletnie, zburzone miasto, przysypane śniegiem. Gdzieniegdzie jakieś wybuchające pociski, miny, których Niemcy mnóstwo zostawili. Kikuty wypalonych domów, jakieś rumowiska, ale pierwsze wrażenie to był brak ludzi”, wspominał jeden z żołnierzy.

Styczniowa ofensywa

Z radością po wyzwoleniu Warszawy, lecz i z wściekłością zrodzoną na widok wymarłego miasta, polskie oddziały ruszyły dalej. Ofensywa posuwała się błyskawicznie – często w ciągu doby pokonywano nawet 70 km. Na początku lutego wojska 1. Frontu Białoruskiego rozpoczęły natarcie na twierdzę Kostrzyn, słusznie uznawaną za bramę na Berlin. Zdobycie fortu otwierało bowiem prostą drogę do niemieckiej stolicy, której przedmieścia znajdowały się zaledwie 60 km na zachód.

Jeszcze przed nadodrzańską potyczką, bo w ostatnich dniach stycznia, zaczęło się forsowanie Wału Pomorskiego – liczącego 230 km systemu bunkrów i umocnień polowych, rozciągającego się od Ustki nad Bałtykiem przez Słupsk, Szczecinek, Wałcz, aż do Santoka nad Notecią. W trwających niespełna dwa tygodnie walkach brało udział ponad 70 tys. polskich żołnierzy. Co piąty nie przeżył. „Usytuowanie bunkrów było takie, że aby je zdobyć, musieliśmy się wspinać pod górę, więc nasze kilkukrotne próby nie powiodły się, a sporo naszych poległo. Najbardziej przykry był moment, kiedy dostaliśmy dopełnienie, czyli uzupełnienie żołnierzy. To był ich chrzest bojowy, żołnierze nieprzygotowani, umiejętności niewielkie. To właśnie ci żołnierze najczęściej tam ginęli. Ci, którzy pochodzili z jednego miejsca, zbierali się razem i często razem ginęli”, wspominał uczestnik walk, Kazimierz Lachiewicz.

Krwawe walki o Wał Pomorski zwiastowały skalę trudności, z jakimi przyszło się mierzyć przy zdobywaniu kluczowej w tym rejonie Festung Kolberg, czyli twierdzy Kołobrzeg. O ile jednak z zewnątrz miasto sprawiało wrażenie niezwyciężonej fortecy, o tyle wewnątrz panował chaos. Od początku 1945 r. całe lokalne życie koncentrowało się wokół dworca kolejowego. Przybywali nań uciekinierzy z miejscowości, do których zbliżał się front, a jednocześnie próbowano za wszelką cenę dostać się do pociągów jadących na zachód. Po zatopieniu „Wilhelma Gustloffa” z ponad 6,5 tys. pasażerów nikt nie chciał uciekać drogą morską. Szacuje się, że na przełomie stycznia i lutego 1945 r. w Kołobrzegu przebywało od 50 tys. do 85 tys. uchodźców z okolicznych terenów, czyli znacznie więcej niż samych mieszkańców.

Nowy komendant miasta Fritz Fullriede, doświadczony i ceniony przez Hitlera weteran Afrika Korps, długo wahał się przed ogłoszeniem Kołobrzegu twierdzą. „Komendant twierdzy naciskał władze partyjne o decyzję jak najszybszej ewakuacji całej ludności cywilnej, by umożliwić najlepsze warunki do obrony miasta. Kreisleiter Gerriets zwlekał z decyzją o ewakuacji, nie mając odpowiedzi od Gauleitera Pomorza Schwede-Coburga. Mając tak dużą liczbę ludności cywilnej w mieście, Fullriede nie chciał ogłosić Kołobrzegu twierdzą – czytamy na stronie wirtualnego muzeum twierdzy Kołobrzeg. – W dowództwie niemieckim istniała reguła, iż komendanci twierdz składają specjalną przysięgę dotyczącą obrony twierdzy do ostatniego naboju i żołnierza. Pułkownik przysięgi takiej nie złożył, co za tym idzie Kołobrzeg formalnie nie został ogłoszony twierdzą… Decyzję o ewakuacji cywilów z Kołobrzegu Fullriede podjął sam”.

Przygotowując się do starcia, dowódca grupy niemieckiej armii „Wisła” zawiesił w czynnościach władze cywilne Kołobrzegu i przekazał kontrolę nad miastem SS-oberführerowi Heinzowi Bertlingowi. Razem z Fullriedem nadzorował on prace fortyfikacyjne, w tym utworzenie 16 nowych stanowisk dla ciężkich wyrzutni kalibru 280 mm. Do 1 marca Kołobrzeg został zaopatrzony w 85% amunicji do ciężkiej artylerii i dział przeciwlotniczych, moździerzy i broni piechoty. Dodatkowe 100 ton amunicji sprowadzono drogą morską. Do dyspozycji obrońców były ponadto pociąg pancerny oraz okręty wojenne stacjonujące w pobliżu portu.

Również załoga twierdzy była dość liczna, choć jedynie część miała doświadczenie w boju. Ze względu na znaczenie Kołobrzegu dla spowolnienia ofensywy skupiono w nim wszystkie pozostałe na Pomorzu Zachodnim oddziały, wzmocnione utworzonym z miejscowej i napływowej ludności Volkssturmem. W północno-wschodniej części miasta stacjonowały 3. batalion forteczny wraz z oddziałami 163. i 63. dywizji piechoty oraz 402. dywizji rezerwowej utworzonej z resztek 10. korpusu SS, rozbitego wcześniej w okolicach Świdwina. Na wschodzie twierdzy został zaś ulokowany pułk szkolny „Kolberg” – ok. 700 osób. Specjalna grupa SS, batalion karabinów maszynowych oraz szturmowa kompania alarmowa – niemal 2,2 tys. ludzi – broniły zachodnich i południowych umocnień miasta. Łącznie załoga twierdzy liczyła ok. 10 tys. żołnierzy.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 12/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Laski Diffusion/East News

Wydanie: 12/2020

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy