Niesłuszni bohaterowie

Niesłuszni bohaterowie

Dwa tysiące mieszkańców Poznania razem z żołnierzami Armii Radzieckiej szturmowało niemieckie pozycje w 1945 r.

W historii wyzwolenia Polski w 1945 r. jest mało znany epizod z okresu walk o twierdzę Poznań z lutego 1945 r. W szturmie twierdzy wzięli udział mieszkańcy Poznania, częściowo zwerbowani przez wojska radzieckie toczące boje o Poznań, a po części z ochotniczego zaciągu. Było to wydarzenie niemające odpowiednika na innych terenach wyzwalanej Polski.
14 stycznia 1945 r. ruszył 1. Front Ukraiński, a dwa dni później 1. Front Białoruski, rozpoczynając ofensywę styczniową. Błyskawiczne i zmasowane natarcie wojsk radzieckich spowodowało, że pierwsze oddziały pancerne dotarły pod Poznań już 22 stycznia. Byli to słynni „katukowcy”, czyli czołgiści z 1. armii pancernej gwardii pod dowództwem gen. Michaiła Katukowa (1900-1976, od 1959 r. – marszałek), którzy pod Poznaniem, po kilkudniowym morderczym pościgu za wojskami hitlerowskimi, przeprowadzili manewr oskrzydlający, połączony z forsowaniem Warty, który przeszedł już do kanonów sztuki wojennej. Początkowo dowództwo radzieckie planowało zająć Poznań z marszu, jednak został on przez Niemców zamieniony w bastion, oparty na systemie 18 XIX-wiecznych fortów okalających miasto wraz z położoną na Wzgórzu Winiarskim, prawie w samym centrum Poznania Cytadelą – ogromną pruską twierdzą, która miała zatrzymać Rosjan na przedpolu Berlina. Do szturmu Poznania wydzielono 29. korpus 8. armii gwardyjskiej oraz część 91. korpusu 69. armii. Należy też zaznaczyć, że Rosjanie

zrezygnowali z masowego ostrzału

artyleryjskiego Poznania. Bitwą o Poznań dowodził gen. Wasilij Czujkow (1900-1982, od 1955 r. marszałek), dowódca 8. armii gwardii, zwycięzca spod Stalingradu, uważany za specjalistę od walk w mieście. Szturm Poznania rozpoczął się od strony południowej 26 stycznia. Nie ma tu miejsca na omawianie całej, miesięcznej bitwy o Poznań. Do dnia 15 lutego wojska Czujkowa wyzwoliły Śródmieście. Do zdobycia pozostała tylko Cytadela, XIX-wieczna twierdza, otoczona głęboką fosą, mająca raweliny, kaponiery i reduty, o grubości murów dochodzących do 2,5 m. Tam schroniło się hitlerowskie zgrupowanie liczące około 12 tys. żołnierzy. Ponieważ część wojsk radzieckich kontynuowała rajd w kierunku Odry, do zdobywania Poznania przeznaczono nieliczne siły – do samego szturmu Cytadeli szykowano tylko 8 tys. żołnierzy radzieckich. Pierwsze ataki na twierdzę nie przyniosły rezultatu, a szeregi wojsk szturmujących zostały mocno przetrzebione. W tej sytuacji dowództwo radzieckie wyraziło zgodę na werbunek i mobilizację polskiej ludności cywilnej do pomocy w walkach. W tym momencie zaczyna się historia poznaniaków szturmujących Cytadelę Poznańską, którzy nazwani zostali „cytadelowcami”. Werbunek cywilów rozpoczął się wieczorem 20 lutego. Była to sytuacja niemająca odpowiednika na terenie wyzwalanej Polski i stanowi wyjątkowe wydarzenie historyczne. Odpierając często pojawiające się obrazoburcze tezy o przymusowym werbunku przez „pijanych Sowietów”, którzy pod groźbą broni wyciągali ludzi z piwnic i domów, należy powiedzieć, na co mało kto zwraca uwagę, że werbunek ten miał podstawy prawne. Była to umowa pomiędzy Naczelnym Dowództwem ZSRR a PKWN z lipca 1944 r., podtrzymana w styczniu 1945 r., po powstaniu Rządu Tymczasowego RP. Na tej podstawie wydano obwieszczenie „Do ludności wyzwolonych terenów Polski. O porządku przeprowadzania mobilizacji”, w którym była mowa o możliwości werbunku polskich obywateli przez dowództwo Armii Czerwonej. Pomijając jednak legalizację prawną werbunku poznaniaków, trzeba powiedzieć, że w wielu przypadkach był to zaciąg ochotniczy, o czym świadczą liczne relacje, wydane w 1948 r. oraz przechowywane w zbiorach byłego Wojskowego Instytutu Historycznego. Warunki tego werbunku – brak ewidencji meldunkowej czy chociażby ciemności, w których pogrążone było zniszczone miasto – sprawiały, że poboru można było bardzo łatwo uniknąć. Brak spójnej i wiarygodnej rejestracji uniemożliwiał np. ściganie ewentualnych „dezerterów” z przymusowego zaciągu. Członkowie już sformowanych grup szturmowych mieli nieograniczone możliwości ucieczki czy ukrycia się, a jednak udało się pozyskać prawie 2 tys. mężczyzn. Odnotowano przypadki, w których zwalniano do domów osoby twierdzące, że są chore lub niezdolne do walki. Tym samym zastanawiające są i nie do przyjęcia dla mnie podejmowane przez niektórych historyków czy publicystów próby zdezawuowania

i pomniejszenia roli cytadelowców

tylko dlatego, że walczyli u boku Armii Radzieckiej, która według nich nie wyzwoliła przecież Poznania, lecz „zniewoliła” – żeby było ciekawiej – przy udziale Polaków. Poznaniacy biorący udział w szturmie Cytadeli w dniach 21-23 lutego 1945 r. zasilili przede wszystkim oddziały saperskie i inżynieryjne, ale brali też udział w walkach – zarówno na stokach budowli, jak i w jej wnętrzu. Należy na marginesie zaznaczyć, że Cytadela Poznańska położona była na wzgórzu, otoczona fosą o głębokości 6 m, której ściany były murami fortecznymi naszpikowanymi gniazdami karabinów maszynowych. Atak prowadzony był więc pod górę, na wąskim odcinku obłożonym huraganowym ogniem hitlerowskiej artylerii, broni maszynowej i moździerzy. To właśnie cytadelowcy zbudowali most przez fosę, który umożliwił wdarcie się do wnętrza twierdzy, spuszczali się po linach do wnętrza fosy pod ogniem karabinowym, likwidowali gniazda strzeleckie. Polacy w szturmie Cytadeli dokonywali na polu walki rzeczy wręcz nieprawdopodobnych, przy czym większość z nich nie miała przeszkolenia wojskowego, trzymała w ręku broń po raz pierwszy w życiu. Polacy – według relacji – wzbudzali swoją odwagą podziw czy nawet osłupienie wśród żołnierzy radzieckich, którzy mieli za sobą chociażby Stalingrad. Gen. Czujkow, obserwujący przez lunetę walki o Cytadelę, miał zrugać jednego ze swoich podwładnych za to, że elitarne jednostki radzieckich gwardzistów poubierał w cywilne rzeczy. Wielkie było jego zdumienie, gdy uświadomiono mu, że to nie byli jego gwardziści, ale poznaniacy. Ich waleczność zadziwiła generała. Szturm zakończył się o godz. 6 rano 23 lutego 1945 r. W walkach o Cytadelę – według drobiazgowych ustaleń doc. dr. Mariana Olszewskiego – zginęły lub zmarły z ran 94 osoby. Najmłodszy nie miał nawet 17 lat. Rannych zostało prawie 300 ludzi – wielu bardzo ciężko, m.in. poparzonych, gdyż Niemcy oblewali atakujących żrącymi płynami, sami też Polacy i Rosjanie wlewali do kazamat ropę i benzynę, którą następnie podpalali. Po walkach zniszczoną Cytadelę rozebrano, a na jej miejscu założono 100-hektarowy park, zachowując jednak resztki murów i budowli fortecznych. Na południowym stoku parku, gdzie miał miejsce szturm, jest skromny cmentarz poległych cytadelowców, zaraz obok kwater prawie 6 tys. żołnierzy Armii Radzieckiej poległych o wyzwolenie Poznania i Wielkopolski.
„Cytadelowcami” nazwano tylko osoby uczestniczące 21-23 lutego 1945 r. w szturmie Cytadeli, ale należy też pamiętać o ludziach, którzy zaciągnęli się w szeregi Armii Czerwonej jeszcze podczas bitwy o miasto, walczyli z bronią, pełnili funkcje przewodników, tłumaczy, łączników lub działali w służbie sanitarnej. Wielu spośród nich zginęło.
W szturmie Cytadeli wzięło udział około 2 tys. Polaków. Jest to najbardziej

wiarygodna i racjonalna liczba

ustalona przez doc. dr. Mariana Olszewskiego. Pojawiają się również liczby z pogranicza fantastyki, sięgające 4,5 tys. cytadelowców, niemające jednak racjonalnych podstaw. Nie wiadomo też, na jakiej podstawie weszła do historii tematu informacja, że w walkach o Cytadelę brał udział jakiś samodzielny oddział Armii Krajowej pod dowództwem przedwojennego oficera Wojska Polskiego. O ile oficer ów faktycznie zginął na stokach Cytadeli, o tyle trudno sobie wyobrazić, że pomiędzy trzema radzieckimi pułkami szturmującymi na odcinku niecałych 500 m operował – za „przyzwoleniem” Rosjan naturalnie – samodzielny oddział AK. W rozszerzonej wersji tejże historii oddziały AK miały też patrolować ulice Poznania podczas bitwy i brać udział w walkach ulicznych. Natomiast w 2006 r. pojawił się w lokalnej prasie człowiek, który twierdził, że w 1945 r., jako 16-latek, od samego początku bitwy o Poznań stworzył z kolegami oddział likwidujący Niemców podpalających budynki w mieście, który to oddział działał aż do wyzwolenia miasta. Nie wiem też, jak skomentować toczącą się swego czasu na łamach prasy „polemikę” dotyczącą udziału poznaniaków w wyzwalaniu miasta, ale po stronie Wehrmachtu (sic!). Patrząc na powyższe historie, można odnieść wrażenie, że zaprawione w walkach ulicznych radzieckie pułki Czujkowa niepotrzebnie zamarudziły tyle czasu w stolicy Wielkopolski, skoro Poznań wyzwalała AK wsparta komandami nastolatków likwidujących oddziały niemieckie, w których ochotniczo walczyli mieszkańcy Poznania. Pewnie dlatego Czujkowowi odebrano na początku lat 90. ubiegłego wieku patronat jednej z poznańskich ulic, a jego pomnik porasta mchem.
W tym roku, 23 lutego, minęła 62. rocznica wyzwolenia Poznania i bohaterskiego czynu cytadelowców, którzy są w Poznaniu jakby w cieniu, są skromni, nie epatują swoimi czynami, we wspomnieniach przeważają ich opinie sprowadzające się do zdań: „Trzeba było pomóc, to poszliśmy”. Tych, którzy próbują zdezawuować zasadność i sens udziału cytadelowców, zapraszam na Cytadelę, nad sześciometrową fosę forteczną, którą pod huraganowym ogniem na wprost, musieli pokonywać poznaniacy. Oponenci, historycy „nowej idei”, z wrażenia mogą się zadławić śliną, którą z lubością opluwają własną historię w imię dziwacznie rozumianej poprawności historycznej, nakazującej „prostować” i negować wszystko, co ma związek z działaniami Armii Radzieckiej i wyzwoleniem Polski w 1945 r. Tylko czekać, aż związek hybrydowych jakichś kombatantów czegoś tam z Krakowa (tych od lustracji psa Szarika) wystąpi o zdegradowanie cytadelowców i odebranie im uprawnień inwalidzkich oraz kombatanckich, jedynie dlatego, że ośmielili się po pięcioletniej okupacji hitlerowskiej stanąć do walki o wyzwolenie własnego miasta, bo mieli po prostu pecha, że zrobili to ramię w ramię z Armią Czerwoną. A przecież mogli przeleżeć wyzwolenie (czytaj „zniewolenie”) na styropianie i mieliby dziś kombatancki spokój.
*
Artykuł dedykuję doc. dr. Marianowi Olszewskiemu, którego naukowe badania polskich strat z okresu walk o Poznań w 1945 r. do dziś w sposób niekwestionowany funkcjonują w literaturze przedmiotu.

Autor jest doktorem historii, ostatnio opublikował „Rozstrzelano moje serce w Poznaniu”. Poznański Czerwiec 1956 r. – straty osobowe i ich analiza.

 

Wydanie: 10/2007

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy