Guzika nie oddamy

Guzika nie oddamy

Edward Rydz-Śmigły był uważany za wielkiego polityka, bo mówił to, co ludzie chcieli słyszeć. Tymczasem jego koncepcje obronne grzeszyły podstawowym błędem

Hasła: „Nie oddamy nawet guzika” oraz „Silni, zwarci, gotowi” miały przekonywać Polaków o sile militarnej II RP w obliczu nadchodzącej pod koniec lat 30. XX w. konfrontacji z Niemcami hitlerowskimi oraz mobilizować ich do wyrzeczeń i ofiarności na rzecz modernizacji sił zbrojnych. Aż do wybuchu wojny społeczeństwo polskie wierzyło w zapewnienia władz o sile swojego państwa oraz niezawodności jego sojuszy. Dlatego klęska wrześniowa była nieprawdopodobnym szokiem.

Stwierdzenie „Nie oddamy guzika” padło cztery lata przed wrześniem 1939 r. Wypowiedział je 6 sierpnia 1935 r. na XII Zjeździe Związku Legionistów Polskich Edward Rydz-Śmigły, wtedy jeszcze generał dywizji. W tamtym przemówieniu stwierdził m.in.: „Płonne są rachuby na słabość Polski jej wrogów. (…) Nie tylko nie damy całej Polski, ale nawet guzika”.

Wypowiedź ta została sprowokowana przez pojawiające się już wtedy sugestie niemieckie, że Polska powinna wyrazić zgodę na przeprowadzenie przez swoją część Pomorza eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Niemcy z Prusami Wschodnimi (tzw. polski korytarz). Cztery lata później te sugestie przekształciły się w otwarte żądania niemieckie.

Stanisław Cat-Mackiewicz w książce „O jedenastej – powiada aktor – sztuka jest skończona. Polityka Józefa Becka” (Londyn 1942) następująco skomentował słowa Śmigłego-Rydza: „Polacy są jak piękna kobieta kochająca się w durniach. Człowiek inteligentny jest u nas z reguły nielubiany i nie budzi zaufania. Natomiast iluż ludzi zupełnie niemądrych korzystało w Polsce z ogromnego autorytetu osobistego. (…) Rydz mówił: »nie oddamy nawet guzika«, mając na myśli Gdańsk, ale nie miał zielonego pojęcia o technice politycznej i dyplomatycznej, która by mogła nam Gdańsk zabezpieczyć. W tych sprawach Rydz był naiwny jak nowo narodzone dziecię lub cielę średniej wielkości. Nie lubił i nie dowierzał Niemcom, nie lubił i nie dowierzał Beckowi, o jakichś rozmowach z Rosjanami również nie chciał słyszeć. Był to więc system przepełniony najlepszymi życzeniami i uczuciami. Ponieważ mówił to, czego wszyscy chcieli, więc Polacy mieli do niego zaufanie jako do wielkiego polityka. Zjawisko stale dające się obserwować w naszym narodzie”.

Największe niebezpieczeństwo

W 1935 r. Edward Rydz-Śmigły był już generalnym inspektorem sił zbrojnych. Mianowany został na to stanowisko w nocy z 12 na 13 maja 1935 r., zaraz po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego. Buławę marszałkowską otrzymał od prezydenta Ignacego Mościckiego 10 listopada 1936 r. Jednocześnie – na podstawie sprzecznego z konstytucją okólnika premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego z 13 lipca 1936 r. – został uznany za drugą, po prezydencie, osobę w państwie.

Sam Józef Piłsudski nie cenił wysoko Rydza-Śmigłego. Tak pisał o swoim następcy: „Nie dałby sobie rady w obecnym czasie z rozkapryszonymi, przerośniętymi ambicjami generałami, nie jestem pewien jego zdolności operacyjnych w zakresie prac Naczelnego Wodza i umiejętności mierzenia sił nie czysto wojskowych, lecz całego państwa swego i nieprzyjacielskiego”.

Mając silną pozycję w państwie i obozie władzy, Rydz-Śmigły przyjął na siebie główną odpowiedzialność nie tylko za przygotowania obronne kraju, ale też za jego politykę. Zarówno Trzecia Rzesza, jak i ZSRR rozpoczęły przygotowania wojenne znacznie wcześniej niż Polska i prowadziły je o wiele skuteczniej. Nie było to winą Rydza-Śmigłego, ale jego poprzednika, który nie rozumiał konieczności modernizacji armii. Nie bez znaczenia były też ograniczone w tym zakresie możliwości ekonomiczne II RP. Spóźnione o wiele lat przygotowania obronne zostały jednak naznaczone błędami, za które odpowiedzialność ponosił już tylko sam marszałek Śmigły.

Na rok przed śmiercią – w kwietniu 1934 r. – Józef Piłsudski zwołał w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych naradę najwyższych dowódców. Wzięło w niej udział 15 generałów i czterech pułkowników. Piłsudski postawił im tylko jedno pytanie: które z państw jest bardziej niebezpieczne dla Polski – ZSRR czy Niemcy? Na odpowiedź wyrażoną na piśmie bez wzajemnej konsultacji i z uzasadnieniem dał im miesiąc. Tylko trzech zapytanych – wśród nich Rydz-Śmigły – wskazało na ZSRR, trzech nie miało wyrobionego zdania, a 13 stwierdziło, że największym zagrożeniem są hitlerowskie Niemcy.

Zgodnie z własnym przekonaniem, objąwszy po Piłsudskim władzę nad wojskiem, Rydz-Śmigły wydał w maju 1936 r. wytyczne do opracowania planu operacyjnego „Wschód”, czyli planu wojny obronnej z ZSRR. Projekt tego planu był gotowy w lutym 1939 r. Dopiero 4 marca 1939 r. szef Sztabu Głównego gen. Wacław Stachiewicz otrzymał od marszałka Śmigłego wytyczne do opracowania planu „Zachód”, czyli planu wojny obronnej z Niemcami. Zagrożenie ze strony Niemiec było już wtedy oczywiste – w październiku 1938 r. i styczniu 1939 r. Berlin oficjalnie wystąpił wobec Polski z żądaniami terytorialnymi, a 15 marca 1939 r. wojska hitlerowskie wkroczyły do Pragi. Plan „Zachód” ograniczono tylko do przygotowania pierwszej fazy działań wojennych na zachodzie kraju. Faz następnych nie opracowano nigdy.

Płk Tadeusz Szumowski, w latach 30. oficer Oddziału Operacyjnego Sztabu Głównego, skomentował to później następująco: „Gdy od 1935 r. niebezpieczeństwo ze strony Niemiec zaczęło wyraźnie narastać, Rydz-Śmigły – jako formalista – nie zdecydował się na odwrócenie kolejności opracowywania planów. (…) Mimo błyskawic anschlussu i Sudetów nie zwracał uwagi na czarną chmurę na zachodzie, lecz systematycznie, miarowo – powiedzielibyśmy wg harmonogramu – wykańczał do marca 1939 swój plan »Wschód«, chociaż politycznie stawał się on zupełnie nieaktualny. Nawiasem mówiąc, warto zaznaczyć, że w porównaniu do szybkości, z jaką Hitler opracowywał swoje plany, termin trzyletni na opracowanie jednego planu wydaje się co najmniej przesadny”.

Zdaniem płk. Szumowskiego rozkazy Rydza-Śmigłego dla wyższych dowódców wojskowych, wydane po ogłoszeniu 23 marca 1939 r. pierwszej mobilizacji alarmowej, nie podawały żadnych danych odnośnie przewidywanego zgrupowania wojsk niemieckich oraz kierunków ich natarcia. Rozkazy Rydza nie zawierały też żadnej oceny położenia własnego ani planu działania w następnej fazie wojny, kiedy do akcji miały wejść odwody Naczelnego Wodza.

W ocenie historyków wojskowości koncepcje obronne Rydza grzeszyły podstawowym błędem. Zamiast silnych skrzydeł w rejonie Śląska i Krakowa z jednej, a Prus Wschodnich z drugiej strony oraz słabego centrum, w Wielkopolsce zostały wystawione słabe skrzydła i bardzo silne centrum. Taka dyslokacja wojsk pozwoliła Niemcom z łatwością rozbić oba skrzydła i okrążyć główne siły polskie w kolanie Wisły. Wycofanie ich na czas było z góry skazane na niepowodzenie ze względu na prawie całkowity brak wojsk zmotoryzowanych po stronie polskiej.

Wskazania sojuszników

Polskie posunięcia obronne były dodatkowo paraliżowane przez działania sojuszników zachodnich. Kiedy w połowie sierpnia 1939 r. polscy saperzy zaminowali ważny strategicznie most w Tczewie, który powinien być wysadzony w powietrze w pierwszych minutach wojny, u marszałka Śmigłego natychmiast zjawił się ambasador brytyjski Howard Kennard, żądając odwołania rozkazu. „Gdyby przez przypadek most ten wyleciał w powietrze, razem z nim wyleciałby w powietrze i pokój Europy”, oświadczył Rydzowi mało uprzejmie ambasador Kennard.

Słowa Kennarda zdumiewają, ponieważ w tym samym czasie ambasador Francji Léon Noël powiadomił ministra Józefa Becka, że według informacji wywiadu francuskiego Hitler postanowił rozwiązać sprawę Gdańska jeszcze przed 1 września 1939 r. Natomiast ambasador Francji w Berlinie Robert Coulondre donosił o pełnej mobilizacji sił zbrojnych Trzeciej Rzeszy, której wojska lądowe osiągnęły stan 2 mln żołnierzy. Mimo to Francja i Wielka Brytania wymogły na władzach polskich odwołanie powszechnej mobilizacji, jaką te ogłosiły 29 sierpnia 1939 r. Ponowne ogłoszenie tej mobilizacji wieczorem 31 sierpnia 1939 r. spowodowało, że odbywała się ona już w warunkach chaosu wojennego, kiedy lotnictwo niemieckie bombardowało linie kolejowe i drogi.

Józef Piłsudski dał przed śmiercią kilka wytycznych w sprawie przygotowania się do nadchodzącej wojny światowej. Pierwsza z nich mówiła, że należy zrobić wszystko, żeby Polska weszła do wojny jako ostatnia. Druga, że nie należy opierać strategii bezpieczeństwa wyłącznie na sojuszu z mocarstwami zachodnimi. Józef Beck jako szef dyplomacji zrobił dokładnie odwrotnie. Pierwsze z zaleceń Piłsudskiego rozumiał jako tzw. politykę równowagi albo politykę balansowania pomiędzy Niemcami i ZSRR, która miała polegać na tym, żeby stosunki z jednym z tych sąsiadów nie były gorsze od stosunków z drugim z nich. Uzupełnieniem polityki równowagi miał być sojusz z Wielką Brytanią i Francją.

Ekipa Rydza-Śmigłego nie rozumiała, że obu tym państwom zależało nie na bezpieczeństwie i obronie Polski, ale na odsunięciu niebezpieczeństwa agresji niemieckiej od swoich granic i skierowaniu go w inną stronę. Temu służyły ich gwarancje sojusznicze dla Polski. Ponadto Londyn i Paryż nie były przygotowane do wojny. Wielka Brytania miała w Europie armię lądową słabszą od polskiej, ponieważ większość jej sił zbrojnych była rozrzucona w koloniach. Brytyjczycy imponowali tylko siłą floty morskiej, która jednakże Polsce w niczym pomóc nie mogła. Francja dysponowała armią porównywalną z niemiecką, jednak część jej także była rozproszona w koloniach. Poza tym Francuzi nie po to budowali nakładem ogromnych środków Linię Maginota, żeby poza nią wychodzić.

„Polityka równowagi” Józefa Becka wyczerpała swoje możliwości już jesienią 1938 r., kiedy po rozbiorze Czechosłowacji Hitler postawił żądania wobec Polski. W sytuacji presji niemieckiej na Polskę Wielka Brytania udzieliła Warszawie 31 marca 1939 r. jednostronnej gwarancji niepodległości, która jednak nie dotyczyła integralności terytorialnej. Jej konsekwencją było podpisanie 6 kwietnia 1939 r. w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaksa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich. Na zawarcie formalnego sojuszu z Polską Londyn zdecydował się jednak dopiero 25 sierpnia 1939 r. w obawie, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia 1939 r. paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec. Równie ostrożna była Francja, która 19 maja 1939 r. odnowiła konwencję wojskową do umowy sojuszniczej z Polską z 1921 r. Protokół polityczny do tej konwencji, nadający jej klauzulę ważności, Francja podpisała dopiero 4 września 1939 r. i to pod naciskiem brytyjskim.

Władze II RP nie rozumiały, że oba mocarstwa zachodnie po konferencji monachijskiej nadal prowadzą politykę appeasementu, a jej kolejną ofiarą po Czechosłowacji zostanie Polska. Dzwonkiem ostrzegawczym dla polityków sanacyjnych nie stały się ani trudności w wynegocjowaniu z zachodnimi sojusznikami konkretnych zobowiązań wojskowych na wypadek wybuchu wojny, ani jeszcze większe trudności w uzyskaniu od nich pożyczek na zakup uzbrojenia. Łudzono się gołosłownymi zapewnieniami, jak te, które złożył Rydzowi-Śmigłemu i Beckowi w lipcu 1939 r. szef sztabu brytyjskiego gen. Edmund Ironside. Zapewniał on wtedy swoich rozmówców, że „przyjdziemy do was przez Morze Czarne”. W Warszawie nie wiedziano jednak, że francuscy i brytyjscy sztabowcy już na początku maja 1939 r. wykluczyli możliwość udzielenia Polsce pomocy militarnej na wypadek zaatakowania jej przez Trzecią Rzeszę.

Te ustalenia zaowocowały najpierw pozorowaną ofensywą francuską na przedpolu Linii Zygfryda (7-12 września 1939 r.) – podjętą zamiast przyrzeczonej Polsce ofensywy częściowej – a następnie decyzją Międzysojuszniczej Najwyższej Rady Wojennej w Abbeville z 12 września o wstrzymaniu wszelkich działań ofensywnych na froncie zachodnim. W tym czasie marszałek Śmigły i jego otoczenie nadal liczyli, że zgodnie z umowami sojuszniczymi Francja podejmie ofensywę generalną 15. dnia po rozpoczęciu mobilizacji, czyli 17 września 1939 r. Jednak tego właśnie dnia Stalin – mając już pewność, że nie dojdzie do ofensywy generalnej na froncie zachodnim – przystąpił do realizacji zobowiązań wynikających z tajnego protokołu do paktu Ribbentrop-Mołotow. Treść owego protokołu była znana rządowi USA już 24 sierpnia 1939 r., a wkrótce potem też rządom brytyjskiemu i francuskiemu. Londyn i Paryż nie poinformowały jednak o tym polskiego sojusznika.

Ucieczka do Rumunii

Niemiecko-radziecki pakt o nieagresji z 23 sierpnia 1939 r. został zignorowany przez Warszawę, mimo że podpisujące go państwa nie miały wspólnej granicy. Mogły ją utworzyć tylko po rozbiorze Polski. Władze II RP w ogóle nie brały pod uwagę zagrożenia ze Wschodu, chociaż nawet „The Daily Telegraph” opisywał skalę mobilizacji Armii Czerwonej przy polskiej granicy wschodniej. Do świadomości marszałka Rydza-Śmigłego, prezydenta Mościckiego i ministra Becka po prostu nie docierała myśl o możliwości zawarcia antypolskiego porozumienia między Hitlerem a Stalinem.

Wbrew temu, co twierdzą współcześnie niektórzy prawicowi publicyści, alternatywą dla sojuszu z Wielką Brytanią i Francją przeciw Niemcom nie było spełnienie żądań niemieckich dotyczących Gdańska i korytarza oraz zawarcie sojuszu z Trzecią Rzeszą. Przyjęcie roli satelity Niemiec byłoby politycznym samobójstwem, najprostszą drogą do tego, by w 1945 r. zostać pozbawionym nie tylko ziem wschodnich, ale i zachodnich. Politycznie ryzykowny był również sojusz z ZSRR przeciw Niemcom, ponieważ mógł doprowadzić do przyjęcia w 1939 r. politycznego i terytorialnego status quo z 1945 r. Aczkolwiek możliwość takiego sojuszu rozważał całkiem poważnie ppłk Stefan Mossor (późniejszy generał). Reakcją jego zwierzchników było odsunięcie go w marcu 1939 r. od pracy sztabowej i planowania operacyjnego.

Władze II RP zupełnie nie wzięły pod uwagę możliwości sojuszu z Czechosłowacją w sytuacji zagrożenia tego państwa przez Niemcy w 1938 r. Kryzys sudecki i rozbiór Czechosłowacji w Monachium minister Beck wykorzystał natomiast do załatwienia z Pragą porachunków o Zaolzie z lat 1919-1920. Prezydent Czechosłowacji Edvard Beneš pisał później do gen. Władysława Sikorskiego, że „fakt, iż Polska uchyliła się od porozumienia z Czechosłowacją w 1938 r., które kilkakrotnie proponowałem, iż na swój rozpaczliwy list zamiast odpowiedzi płk Beck przysłał mi ultimatum i kilka dywizji na naszą granicę, zadecydowało o tym, że Czechosłowacja nie podjęła wojny z Niemcami”.

Polityków obozu rządzącego Polską ogarnęła na przełomie września i października 1938 r. idea przywrócenia Macierzy 120 tys. Polaków mieszkających na Zaolziu. Nie potrafili oni dostrzec tego, że aneksja Zaolzia przeprowadzona w momencie, kiedy Niemcy dokonywały rozbioru Czechosłowacji, była posunięciem fatalnym wizerunkowo i politycznie. Najwidoczniej nie rozumieli nie tylko politycznego i wojskowego znaczenia rozbioru Czechosłowacji przez Niemcy, ale nie przewidzieli także skutków całkowitej likwidacji tego państwa przez Hitlera w marcu 1939 r. oraz utworzenia proniemieckiego i faszyzującego państwa słowackiego. Rząd w Warszawie popełnił poważny błąd, domagając się w 1938 r. nie tylko aneksji Zaolzia, lecz także niewielkich części terytorium Słowacji (Ziemia Czadecka, Jaworzyna, część Orawy i Spiszu). Zrealizowanie tych żądań przyśpieszyło proces umacniania się wpływów niemieckich na Słowacji. W efekcie Słowacja udostępniła wojskom niemieckim 28 sierpnia 1939 r. swoje terytorium do ataku na Polskę od południa oraz sama wzięła udział w tej agresji.

Kompromitacją hasła „nie damy nawet guzika” było przygotowanie już w pierwszych dniach wojny planu ewakuacji władz państwowych i naczelnego dowództwa do Rumunii. Realizacja tego planu rozpoczęła się 4 września 1939 r. w wypadku prezydenta i rządu oraz 6 września w wypadku Naczelnego Wodza. Odtąd najwyższe władze II RP konsekwentnie zmierzały ku granicy południowo-wschodniej, przez Brześć, Kołomyję, Kosów i Kuty, tracąc łączność z walczącymi wojskami. Ewakuacja do Rumunii nastąpiła w nocy z 17 na 18 września 1939, niemal natychmiast po przekroczeniu granicy wschodniej przez Armię Czerwoną. Było to nawiązanie do precedensów Belgii i Serbii z I wojny światowej – przeniesienia władz państwowych na emigrację. Jednak sanacyjni przywódcy nie zdawali sobie sprawy, że klęska wrześniowa przesądziła o załamaniu się systemu ich rządów w Polsce. Przekonali się o tym boleśnie zaraz po znalezieniu się na terytorium rumuńskim, kiedy zostali internowani przez miejscowe władze na życzenie Francji, która nie chciała ich widzieć jako partnerów politycznych.

W czasie gdy naczelny wódz, prezydent i rząd zmierzali do granicy z Rumunią, nadal trwała w polskich mediach kłamliwa propaganda siły. „Polska Zachodnia” informowała 1 września 1939 r. o zajęciu Gdańska przez wojska polskie oraz zwycięskiej kontrofensywie polskiej na Pomorzu. Jakże ucieszyliby się z tego obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku i obrońcy Westerplatte, gdyby to była prawda. „Czas. 7 wieczór” opisał 5 września rzekomy nalot 30 polskich bombowców na Berlin. W rzeczywistości polskie lotnictwo we wrześniu 1939 r. przeprowadziło tylko dwa ataki na terytorium Niemiec: 2 września na fabrykę w Oławie (Ohlau) i 4 września na dworzec kolejowy w Białej Piskiej (Gehlenburg). Każdy z tych celów atakował pojedynczy samolot.

Tę samą informację o nalocie na Berlin powieliła 6 września lwowska „Chwila”, dodając jeszcze o przełamaniu przez wojska francuskie Linii Zygfryda w siedmiu punktach oraz ucieczce w popłochu wojsk niemieckich. Faktycznie ograniczona ofensywa francuska na froncie zachodnim zaczęła się dopiero następnego dnia. „Ilustrowany Kuryer Codzienny” donosił 10 września, że „za 4 dni padnie Linia Zygfryda, a wtedy błyskawiczna ofensywa zmiecie Niemców”. Faktycznie za dwa dni została wstrzymana ograniczona ofensywa wojsk francuskich na przedpolu Linii Zygfryda. „Wieczór Warszawski” informował 12 września, że Niemcy ustępują spod Warszawy. Akurat następnego dnia zamknęli wokół stolicy pierścień okrążenia.

„Express Poranny” informował 13 września – a więc na drugi dzień po tym, jak alianci zachodni zadecydowali, że nie udzielą Polsce pomocy – o rzekomym załamaniu ofensywy niemieckiej na Polskę, powstaniach w okupowanych przez Niemcy miastach oraz zwycięskich atakach sprzymierzonych na froncie zachodnim. „Ilustrowany Goniec Warszawski” z 17 września informował o polskim natarciu pod Kutnem i towarzyszących mu wielkich stratach wojsk niemieckich. Faktycznie natarcie to (tzw. bitwa nad Bzurą) rozpoczęło się 9 września i uległo załamaniu 13 września. Poza tym gazeta ta podała 17 września tak fantastyczne informacje, jak: „Polskie samoloty bombardują Berlin. Brawurowy nalot nocny”, „Nalot Anglików na Rzeszę. Ucieczka Niemców z Saary” oraz: „Mussolini zrywa z Hitlerem”.

Nie znajdziemy we wrześniowych gazetach żadnej wzmianki o ewakuacji i internowaniu władz II RP. Ta żenująca propaganda musiała jeszcze bardziej pogłębiać w społeczeństwie psychologiczny wymiar druzgocącej klęski, jaką Polska doznawała od pierwszych godzin wojny.

Trzy miesiące po klęsce wrześniowej marszałek Rydz-Śmigły napisał w swoim diariuszu: „Rozpoczynając wojnę, rozumiałem dobrze, że będzie ona z konieczności przegrana na froncie polskim, który uważałem za jeden z odcinków wielkiego frontu antyniemieckiego; zaczynając w niebywałych warunkach walkę – czułem się też jak dowódca odcinka, który ma być poświęcony, aby dać czas i możliwość organizacji i przygotowania innym”. Szkoda, że nie poinformował o tym wcześniej społeczeństwa polskiego, które było karmione niepoważną propagandą o sile militarnej państwa i pewności jego sojuszy, któremu ta propaganda czyniła nadzieje na rychłą defiladę zwycięstwa w Berlinie wraz z wojskami francuskimi i brytyjskimi.

Wydanie: 35/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy