Jak wydawałem Gombrowicza

Kiedy ukazały się pierwsze tomy, w księgarniach wybijano szyby

(fragmenty wspomnień)

Nie wystarczy wymądrzać się Gombrowiczem w najlepszych towarzystwach, świętować okrągłe rocznice ani chwalić się zażyłością z późną wdową po mistrzu. Trzeba po prostu Gombrowicza czytać i z nim samym, bez pośredników się spierać. Żeby zaś wielu mogło czytać, musi na rynku znaleźć się wiele egzemplarzy książki, i to książki w różny sposób oraz łatwo dostępnej.
I tutaj dochodzimy do sedna, o którym dzisiaj, w jubileuszowym zgiełku wstydliwie się milczy albo ucieka do krętactwa. Mianowicie – niezależnie od tego, co mówią różne sfrustrowane pięknoduchy o komunistycznych wiecznie złych zamiarach i podstępnych próbach zawłaszczenia wartości najświętszych – Gombrowicz był Polakom dostępny w setkach tysięcy egzemplarzy swoich książek już w drugiej połowie lat 80. – w czasie wielkiej zmiany, ale jeszcze w Polsce Ludowej. Wydawałem wtedy właśnie jego „Dzieła”, z „Dziennikiem” na czele, w nakładzie 170 tys. egzemplarzy każdego tomu. Można to sprawdzić na półkach inteligenckich domów w Polsce.
I jest zwykłym kłamstwem opowiadanie, że publikowane w moim WL „Dzieła” były ocenzurowane. Cenzurze – obejmującej

skreślenie kilkunastu linijek

na 100 tys. ogółem linijek „Dziennika” – podlegał tylko jego 20-tysięczny nakład w roku 1986. A już w 1988 r. (więc jeszcze za rządów Rakowskiego) cenzura zniknęła i 150-tysięczny dodruk „Dziennika” ukazał się bez jednego skreślenia.
Opowiedzmy zatem przygodę z wydaniem „Dzieł” Gombrowicza, pisarza publikowanego przecież w Polsce Ludowej po Październiku \’56 przez Czytelnika, PIW, Wydawnictwo Literackie, wystawianego na scenie jeszcze na początku lat 60. przez Jerzego Jarockiego, ale później objętego nieformalnym zakazem cenzury. Zakaz ten wydano pod wpływem ataków na Gombrowicza ze strony środowiska partyjnych twardogłowych po opublikowaniu zmanipulowanego z nim wywiadu Barbary Witek-Swinarskiej, przeprowadzonego w 1963 r. w Berlinie. Wściekłość wywoływało, mówiąc w skrócie, Gombrowiczowe rozumienie patriotyzmu (wyłożone najpierw w „Trans-Atlantyku”), doprowadzające środowiska partyzancko-ksenofobiczne do białej gorączki. To była oczywiście kulminacja, cała bowiem zawartość publikowanego w tych czasach w „Kulturze” paryskiej „Dziennika” drażniła i upokarzała środowiska skłaniające się ku stalinowskiemu populizmowi i ujawnionej w marcu 1968 r. antyinteligenckości.
Kiedy z początkiem 1971 r. zostałem szefem Wydawnictwa Literackiego, postanowiłem wejść mocnym uderzeniem na kulturalną giełdę i uczynić WL największym i najlepszym wydawnictwem humanistycznym w Polsce. Nikt mi tego nie kazał, nikt z ludzi władzy mnie do tego nie zachęcał. Dzisiejsi pismacy nie są w stanie uwierzyć, ile miałem jako wydawca swobody inicjatywy i decyzji, że nikt mi pomysłów wydawniczych nie dyktował ani nawet nie zatwierdzał, choć często oceniał i bez przerwy intrygował. Zatwierdzanie formalne inicjatyw wydawniczych w Naczelnym Zarządzie Wydawnictw Ministerstwa Kultury i Sztuki następowało bowiem niemal automatycznie – badano tam przede wszystkim, czy tytuł nie został zarezerwowany przez inne wydawnictwo. Oczywiście, podlegałem własnemu wyczuciu granic wolności, które wraz z wieloma innymi wydawcami chciałem poszerzać, a przede wszystkim za swoje inicjatywy, kontakty i decyzje ponosiłem pełną odpowiedzialność. Bez przerwy też moja pozycja była narażona na ataki ze strony twardogłowych (także w środowisku literackim) i na donosy bezpieki prowadzącej w środowisku twórczym swoją grę.
Inicjatywę w sprawie publikowania książek Gombrowicza podjąłem na początku 1973 r., po pierwszych sukcesach wydawniczych – tzn. ponownym wprowadzeniu na rynek książek Sławomira Mrożka (w ciągu prawie 20 lat wydałem około 1 mln egzemplarzy jego dzieł bez jednej ingerencji cenzuralnej), opublikowaniu w masowym nakładzie książki, która była

wówczas przepisywana ręcznie

w tysiącach egzemplarzy, a niedrukowana oficjalnie – „Trędowatej” Heleny Mniszkówny – i budzących ogromne zainteresowanie pierwszych tomów serii prozy iberoamerykańskiej.
U początku mojej inicjatywy w sprawie drukowania Gombrowicza (to: ja, mój, moja, moje nie wynika z wpływu Gombrowicza, lecz z faktu, że każda decyzja o publikacji książki w WL w czasie mojego dyrektorowania i redaktorowania naczelnego należała do mnie i ponosiłem za nią odpowiedzialność osobistą, natomiast ogromna większość inicjatyw i roboty edytorskiej na najwyższym poziomie była dziełem moich współpracowników, także pozawydawniczych) legła opinia Jana Błońskiego, podówczas docenta. I z nazwiskiem Jana Błońskiego związane jest najściślej wydanie „Dzieł” Gombrowicza w WL.
Zacząłem od notatki do ówczesnego kierownika polskiej polityki kulturalnej, Wincentego Kraśki, sekretarza KC PZPR, oraz Jerzego Kwiatka, kierownika Wydziału Kultury KC, z wnioskiem o konieczności wydawania Gombrowicza w Polsce. Kraśko upoważnił mnie do rozpoczęcia starań w tej dziedzinie, przede wszystkim do rozmów z wdową po zmarłym w 1969 r. pisarzu, ostrzegając przed kontaktami z paryską „Kulturą”, której Instytut Wydawniczy publikował właśnie całość dzieła Gombrowicza.
Na początku 1973 r. wystąpiłem też do Ministerstwa Kultury i Sztuki z formalną inicjatywą wydania całości dzieł Witolda Gombrowicza, opublikowanych za jego życia, tzn. wraz z „Dziennikiem”. Zatwierdzony wniosek na wybór dzieł Gombrowicza miał już od dawna PIW, ale nie miał zgody właściciela praw autorskich. O taką zgodę wystąpiłem do wdowy po Witoldzie, Rity Gombrowicz, w połowie 1974 r. Uzależniła ją od gwarancji wydania w Polsce integralnego tekstu „Dziennika” i uzyskania akceptacji Instytutu Literackiego w Paryżu, który dysponował wówczas prawami wydawania dzieł Gombrowicza w języku polskim.
W porozumieniu z wiceministrem kultury i sztuki, Aleksandrem Syczewskim, zaprosiłem Ritę Gombrowicz do Polski. Aleksander Syczewski na wiele lat stał się opiekunem inicjatywy wydawania Gombrowicza.
Na razie opór przeciw inicjatywie wydawania całości dzieł Gombrowicza na fali niewiary w taką możliwość przy wciąż dużych wpływach politycznych marcowego betonu wykazali niektórzy wydawcy, zwłaszcza zazdrosny o swą czołową pozycję PIW. Telefonowała do mnie z pretensjami w tej sprawie Zofia Bartoszewska, zastępca redaktora naczelnego PIW, oskarżając mnie niemal o szkodliwe awanturnictwo, a w prasie krytykowali mnie niektórzy, związani przyjaźnią z dyrektorem PIW, Andrzejem Wasilewskim, publicyści popierający starą PIW-owską ideę wydania dzieł wybranych, bez „Dziennika”.
Tak więc reakcją Rity Gombrowicz na moje propozycje był jej przyjazd, wraz z adwokatem, do Polski w ostatnich dniach grudnia 1974 r. Zaczęła, poza spotkaniem z rodziną Gombrowicza w Radomiu, od rozmów z przedstawicielami środowiska teatralnego, które – poinformowane o zgodzie, którą otrzymałem od władz na publikowanie dzieł Gombrowicza – wystąpiło ochoczo z licznymi propozycjami wystawień jego sztuk.
2 stycznia 1975 r. podjąłem Ritę Gombrowiczową i jej adwokata kolacją w Hotelu Francuskim w Krakowie. Towarzyszył mi Jan Błoński. Zacząłem od przedstawienia zamiarów publikacji całości dzieła Gombrowicza wydanego za jego życia – z „Dziennikiem” włącznie. Powiedziałem wprost, że w „Dzienniku”, i tylko w nim, będę zmuszony przez cenzurę

opuścić kilkanaście wierszy

druku, tych, których wydrukowanie byłoby uznane przez Związek Radziecki, bez żadnych żartów, za naruszenie porozumień politycznych. Chodzi o kilka zwrotów typu „sowiecki imperializm”, „dymy Oświęcimia i Kołymy”. Było takich określeń, użytych zresztą zawsze en passant, zaledwie kilka. Za sprawę znacznie poważniejszą uznałem fakt, że prawo polskie nie pozwala mi wchodzić w oficjalne porozumienie z Instytutem Literackim w Paryżu i wydrukować jego copyright w wydaniu krajowym.
Ku mojemu zaskoczeniu Rita Gombrowicz oświadczyła, że jako jedyna spadkobierczyni i właścicielka całości praw autorskich Gombrowicza może, ale dopiero od roku 1977, kiedy minie termin jej umowy z Instytutem Literackim na wydanie „Dzieł” Gombrowicza i do kiedy instytut rozprzeda drugi, dwutysięczny nakład, przekazać te prawa Wydawnictwu Literackiemu i ustalić copyright na swoje wyłącznie nazwisko. Odniosłem nawet wrażenie, że nie jest zadowolona z wysokości nakładu „Dzieł” i ze świadczeń materialnych ze strony instytutu, a zapowiedź realizowania przez WL honorariów niemal wyłącznie w złotówkach jej nie przeraża, poczuwa się bowiem do obowiązku opieki nad rodziną Gombrowicza w Polsce i do tego głównie potrzebuje pieniędzy.
Jej opór wywołała natomiast sprawa owych maleńkich skreśleń. Pryncypialnie nie mogła się zgodzić na żadne skreślenie, co rozumiałem doskonale, lecz argumentowała to następująco: jeśli się zgodzę na kilkanaście linijek, zgodzę się na zasadę, że pan może dowolnie ingerować w tekst. Nie pomogły moje deklaracje, że mam zwyczaj dotrzymywać słowa. Jej nieufność przeniosła się nawet na Jana Błońskiego, który mówił o zasadach wydania o wiele bliższego wydaniu naukowemu niż to paryskie.
Pod koniec kolacji, po krótkiej wymianie zdań ze swym adwokatem, Rita Gombrowiczowa wypowiedziała słowa historyczne, brzmiące mniej więcej tak: „Podpiszemy umowę na całość dziewięciu tomów „Dzieł” wydanych równocześnie (to konsumowało postulat, że zacząć trzeba od „Dziennika”) w nakładzie 5 tys. egzemplarzy, a potem będzie pan wydawał dalsze nakłady poszczególnych tytułów w kolejności, w jakiej pan zechce. Dam także Wydawnictwu Literackiemu prawa przygotowania pod nadzorem Jana Błońskiego naukowego wydania „Dzieł” Gombrowicza wraz z tekstami zostawionymi w rękopisach. Jeżeli pan dopuści do tych kilku skreśleń w „Dzienniku” (ale tylko tych kilku), uznam, że naruszył pan umowę, i zareaguję na to artykułem w „Kulturze” paryskiej. Ale pozwolę panu drukować dalej i zaakceptuję WL jako mojego wydawcę. A umowę podpiszemy u mnie, w Mediolanie, dokąd pana zapraszam jak najprędzej”. Adwokat Rity dodał jeszcze, że warunkiem bezwzględnym podpisania umowy jest klauzula rozstrzygania sporów przez sąd w siedzibie pozywającego.
Do Mediolanu pojechałem w maju tegoż 1975 r. i spędziłem cztery dni na spotkaniach i rozmowach z Ritą Gombrowiczową oraz jej adwokatem, najczęściej w jej mediolańskim mieszkaniu. Adwokat – Paolo Cazzani – okazał się dobrym sprzymierzeńcem w tych rozmowach, łączyły nas bowiem zainteresowania historią, zwłaszcza XX w., i lewicowoliberalne poglądy. Był on zresztą mocno zaprzyjaźniony z Ritą.
Uzyskałem od Rity Gombrowiczowej obietnicę, że w najbliższym czasie (domyślałem się, że po rozmowie z Giedroyciem) da mi odpowiedź, jak się spodziewa, pozytywną w sprawie propozycji, która mi przyszła do głowy w czasie naszych rozmów, abym w międzywydawniczej Bibliotece Klasyki Polskiej i Obcej mógł wydać utwory sceniczne Gombrowicza (z tekstami, oczywiście, integralnymi) w związku z tym, że zgodziła się na granie ich w Polsce.
Wyjaśniliśmy także sobie sprawę pogłosek, rozpowszechnianych w Polsce i w środowiskach emigracyjnych, że Witold Gombrowicz

w swoim testamencie zastrzegł,

żeby być wydawanym w Polsce tylko pod warunkiem uprzedniej publikacji „Dziennika”. Okazało się, że możemy mówić co najwyżej o testamencie moralnym. Testament formalny, sporządzony na dwa miesiące przed śmiercią Gombrowicza przed notariuszem w Vence, mówił bowiem w najkrótszych słowach, że jedyną spadkobierczynią Witolda jest jego żona Rita.
Testament ten otrzymałem wraz z przygotowanym przez adwokata w języku francuskim projektem tekstu umowy między Wydawnictwem Literackim a „Madame Rita Gombrowicz, heritiere unique de Witold Gombrowicz” o wyłącznych prawach Wydawnictwa Literackiego do publikowania „Dzieł kompletnych” w objętości około 120 arkuszy autorskich w nakładzie mniej więcej 5 tys. egzemplarzy.
Kiedy jednak na krótko już przed terminem mojego odlotu do Polski chciałem podpisać formalnie umowę, Rita Gombrowiczowa, argumentując, że przecież można umowę tę zrealizować dopiero po 1977 r., poprosiła mnie o pewną zwłokę i odwiozła na mediolańskie lotnisko. Tam przy ostatniej kawie zapytała, czy mogę zwrócić jej testament, który przyśle mi, tak jak to było zaznaczone w projekcie umowy, wraz z podpisanym oryginałem umowy. Zrozumiałem, że kontaktowała się z Paryżem i coś jest niedobrze. Podziękowałem za gościnę, pożegnałem się z posągowo piękną panią Gombrowiczową i od tej pory nie spotkałem jej więcej. Nawet w czasie jej triumfalnych pobytów w nowej Polsce. Nie jestem już wydawcą, a mnie interesowało tylko wydawanie Gombrowicza, nie zaś życie towarzyskie.
Przyszedł teraz czas dłuższego oczekiwania na pisemną odpowiedź pani Rity w sprawie parafowanej już przecież umowy. Łudziłem się, że opóźnianie zgody wynika tylko z pierwszego oświadczenia spadkobierczyni, że nie może udzielić mi praw wydawniczych na „Dzieła” przed rokiem 1977. Pisałem więc do niej listy w sprawie przyobiecanego wydania „Dramatów”. Przecież teatry w Polsce grały je już bez przeszkód i bez przeszkód porozumiewały się z właścicielką praw autorskich. O Gombrowiczu już, także bez przeszkód, pisali polscy krytycy i literaci. Niektórzy, jak Jarosław Iwaszkiewicz i niezmordowany entuzjasta Gombrowicza, Artur Sandauer, w rozmowach z kierownikami polityki kulturalnej podnosili sprawę konieczności wydawania Gombrowicza w kraju. Ale wdowa w kwestii druku jego książek w Polsce milczała uparcie.
I wreszcie, kilka miesięcy po wydarzeniach sierpnia 1980 r., Rita Gombrowiczowa odezwała się listownie i obiecała przysłać umowę przez siebie podpisaną. Znalazła się ona w Wydawnictwie Literackim dopiero w listopadzie 1981 r. Tymczasem ja już od września tego roku pracowałem w Warszawie, powołany w nowej sytuacji politycznej na I zastępcę przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji, prezesa Telewizji Polskiej. Umowa sporządzona w Paryżu była poszerzona o, wlepioną zresztą w ostatniej chwili, klauzulę, że zawiera się ją nie z Ritą Gombrowiczową jako jedyną spadkobierczynią, lecz z Instytutem Literackim jako właścicielem praw autorskich. Mój następca w WL, dyr. Ireneusz Maślarz, umowę tę, skądinąd słusznie, podpisał.
Równy miesiąc później przyszedł stan wojenny, nowy paroksyzm terroru twardogłowych, i o możliwości honorowania Instytutu Literackiego nie mogło być nawet mowy.
Kiedy w 1983 r. – jako bezrobotny od kilku miesięcy (nie nadawałem się bowiem w stanie wojennym do kierowania Telewizją Polską) – wróciłem do Wydawnictwa Literackiego, zacząłem znowu zabiegać o wydanie całości „Dzieł” Gombrowicza na podstawie tej umowy, którą przygotowaliśmy z Ritą Gombrowiczową i jej adwokatem w 1975 r. Gombrowiczowa tym razem już

odpowiadała na listy

i na różne nasze postulaty dotyczące sposobu wydania „Dzieł”, lecz przemilczała konsekwentnie – nie mówiąc ani tak, ani nie – sprawę Instytutu Literackiego.
Ale przecież, wznawiając korespondencję z Gombrowiczową, nie miałem na swoje propozycje i zamiary wydania „Dzieł” zgody nowych władz, lecz jedynie przyjacielskie poparcie prof. Hieronima Kubiaka, który w 1983 r. był jeszcze członkiem Biura Politycznego, choć już nie sekretarzem KC, a jego wpływy jako potępianego przez beton reformatora malały z każdym dniem. Na jego miejsce sekretarza KC przyszedł w 1982 r. działacz młodzieży wiejskiej, pupil gen. Czesława Kiszczaka, Waldemar Świrgoń. Zgodnie jednak z ówczesną polityką gen. Jaruzelskiego – nieoddawania pełnej przewagi twardogłowym i prosowieckim – Kubiak jako członek Biura Politycznego pozostawał formalnie przewodniczącym Komisji Kultury KC, której zresztą, do przyjścia Świrgonia, i ja byłem członkiem. I właśnie Kubiaka jako przewodniczącego Komisji Kultury KC poprosiłem o znalezienie poparcia dla wydania „Dzieł” Gombrowicza u samego gen. Jaruzelskiego. Okazja przyszła dopiero pod koniec 1984 r. Twardogłowi przypuścili wówczas ostatni szturm na politykę kulturalną, chcąc objąć pełnię inicjatywy za pomocą manipulacji Świrgoniem i bezpartyjnym ministrem, prof. Kazimierzem Żygulskim. Wojciech Jaruzelski zwołał więc do pałacu w Natolinie naradę wąskiego grona kierowników polityki kulturalnej: z jednej strony Kubiaka i Rakowskiego, z drugiej sekretarza KC Świrgonia i ministra Żygulskiego, a na referenta wyznaczył zastępcę szefa Głównego Zarządu Politycznego wojska ds. kultury, gen. Albina Żytę, znanego animatora festiwalu piosenki wojskowej w Kołobrzegu. I jak zwykle w owym okresie narada zakończyła się niczym, czyli przedłużeniem dotychczasowego pata w kierownictwie polityką kulturalną. Z jednym wyjątkiem: spośród kilkudziesięciu propozycji decyzji przygotowanych z biurokratyczną starannością przed naradą na piśmie Wojciech Jaruzelski podpisał tylko wniesioną przez Kubiaka inicjatywę wydania „Dzieł zebranych” (słowo zebranych dopisałem w ostatniej chwili, żeby zlikwidować możliwość różnych interpretacji) Witolda Gombrowicza.
Cały rok 1985 poświęciłem na pisanie projektów dotyczących sposobu wydania i sprzedaży „Dzieł”, uzgadnianie przedmowy od wydawcy, wysokości nakładu, ceny itp., wszyscy bowiem zdawali sobie sprawę z doniosłości tej inicjatywy wydawniczej, a równocześnie, nie wiedząc nawet o tym, że decyzja podjęta poufnie na najwyższym szczeblu jest naprawdę ostateczna, obawiali się odpowiedzialności.
Pozostało mi więc tylko

uzgodnić korektę umowy

z Ritą Gombrowiczową. Ta odpowiadała pozytywnie na wszystkie nasze propozycje, lecz konsekwentnie milczała w sprawie, aby copyright zapisać wyłącznie na nią, a nie na Instytut Literacki i w sprawie tych kilkunastu linijek wykropkowanych – ale przecież w obu sprawach mieliśmy dżentelmeńskie porozumienie z 1975 r. i na tym gruncie konsekwentnie i lojalnie stałem.
Aby nie pozwolić na żadne krętactwo władzy czy też kontrofensywę twardogłowych na decyzję o wydaniu „Dzieł”, opublikowałem w październiku 1985 r. wielki, na całą kolumnę wywiad pt. „Gra o Gombrowicza” w tygodniku „Kultura”, zapowiadający publikację w 1986 r.
W grudniu 1985 r. ukazał się w innej „Kulturze” – tym razem paryskiej – artykuł Konstantego A. Jeleńskiego pt. „PRL-owskie reguły ťGry o GombrowiczaŤ” będący, formalnie rzecz biorąc, odpowiedzią na wspomniany mój wywiad. Motto artykułu Jeleńskiego brzmiało: „JW Panu Gombrowiczowi świeczka i J.O. Władcom ogarek, czyli dzieło bez cenzury cudem okrojone, umowa dochowana i pogwałcona, tekst integralny, a przecież cząstkowy”. Z artykułu wynikało, że jestem krętacz albo jeszcze gorzej i nie dotrzymuję umowy, którą 13 listopada 1981 r. podpisałem. Umowa ta została przez Jeleńskiego przytoczona in extenso, choć w przekładzie z francuskiego jej wariantu. Najdziwniejsze było jednak to, że autor artykułu umieścił pod umową podpis Andrzej Kurz, podczas gdy pod polskim i francuskim oryginałem widniały podpis i pieczęć Ireneusza Maślarza, od września 1981 r. mojego następcy na fotelu dyrektora WL. K.A. Jeleński wspominał także, że pisze swój artykuł pod nieobecność Rity Gombrowiczowej w Paryżu, a więc tym lepiej rozumiałem, że jest to osobliwa i w gombrowiczowskim stylu dowcipna forma realizacji naszego z Ritą Gombrowiczową porozumienia z 1975 r. (K.A. Jeleński zresztą w 1987 r. w odpowiedzi na ankietę „Respubliki” Marcina Króla, co uważa za najważniejsze wydarzenie kulturalne w Polsce roku 1976, stwierdził jednoznacznie: opublikowanie pełnego wydania „Dzieł” Witolda Gombrowicza).
Po tym artykule już spokojny o losy wielkiej sprawy słałem telegram do Rity Gombrowiczowej, mówiący, że 20-tysięczny nakład dziewięciu tomów „Dzieł” Gombrowicza jest już na maszynach, a brak z jej strony odpowiedzi na telegram uznam za zgodę na taki kształt umowy, jaki ustaliliśmy wcześniej.
We wrześniu 1986 r. ukazał się dziewięciotomowy komplet „Dzieł” w twardej oprawie i rozpoczęło się

piekło na rynku

– kolejki i wybijanie szyb w księgarniach, telefony i listy do wydawnictwa, gwałtowny wzrost liczby moich przyjaciół i znajomych z prośbami o gratisy lub pomoc w kupnie kompletu. Przewidując to, przygotowałem się nieco i obok podwyższonej oficjalnie liczby gratisów odłożyłem około tysiąca egzemplarzy do rozdawnictwa na koszt firmy (dziś nazywałoby się to promocją). W porozumieniu z krakowskim Domem Książki kilka tysięcy egzemplarzy zostało rozprzedanych bibliotekom i uczelniom.
Stało się jednak rzeczą jasną dla wszystkich, że potrzebny jest nakład dziesięciokrotnie większy. Miałem zgodę Rity Gombrowiczowej na wznowienia poszczególnych tomów „Dzieł” w dowolnym nakładzie. Tak więc w 1987 r., zaczynając od „Ferdydurke”, postanowiłem rzucić na rynek wydania broszurowe dziewięciu tomów „Dzieł” w nakładzie wyjściowym 150 tys. egzemplarzy, kiedy w 1988 r. przyszła kolej na pozycję obok „Ferdydurke” najbardziej poszukiwaną, „Dziennik”, sytuacja polityczna w PRL była już zasadniczo różna od tej w 1986 r. Było bowiem rzeczą jasną, że Gorbaczow rezygnuje z „zewnętrznego imperium” ZSRR, a premierem polskiego rządu został Mieczysław Rakowski. Wśród wielu inicjatyw liberalizujących rządy, a politykę kulturalną w szczególności (ministrem kultury został w 1987 r. prof. Aleksander Krawczuk, a sekretarzem KC ds. kultury pod koniec 1988 r. prof. Marian Stępień), znalazła się uchwała Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, któremu przewodniczyłem, skierowana jako wniosek do Rady Państwa PRL, w sprawie zniesienia cenzury i ograniczeń w przywozie książek z zagranicy. W praktyce cenzura przestała obowiązywać i wkrótce zlikwidowano ją formalnie.
Jednak z początkiem 1988 r. wydrukowaliśmy już pierwszy, 70-tysięczny rzut drugiego wydania „Dziennika” z klisz wydania pierwszego, bez tych nieszczęsnych kilkunastu wierszy. Zanim jednak zaczęto je rozprowadzać do księgarń, przybiegła do mnie przedstawicielka redakcji klasyki – jedna zresztą z najlepszych redaktorek, jakie w życiu spotkałem, Teresa Podoska – i bardzo podniecona powiedziała: nie możemy wypuścić na rynek ocenzurowanego nakładu „Dziennika”. I wpadła nam do głowy idea zrealizowania pomysłu, który K.A. Jeleński przedstawił w omawianym wcześniej artykule w paryskiej „Kulturze”: dodać do każdego egzemplarza „Dziennika” kartkę z wydrukowanymi linijkami skreślonego w 1986 r. przez cenzurę tekstu z zaznaczeniem, w którym miejscu należy odpowiedni kawałek wlepić, aby dysponować tekstem integralnym. Tak też uczyniliśmy. A w następnym, 90-tysięcznym rzucie tegoż drugiego wydania tekst był już odpowiednio uzupełniony.
Tak więc już od 1988 r., czyli od czasów jeszcze Polski Ludowej, Wydawnictwo Literackie publikowało teksty Witolda Gombrowicza w setkach tysięcy egzemplarzy bez żadnego skreślenia. Wypada zakończyć to opowiadanie słowami nadziei, że kiedyś, może już niedługo, polityka kulturalna Polski Ludowej znajdzie obiektywny opis i analizę, a pewny siebie, choć słusznie zakompleksiony pismak nie będzie mógł opowiadać, że wydanie „Dzieł” Gombrowicza w Polsce Ludowej to żadna zasługa – wystarczała przecież zgoda wdowy po pisarzu.

Autor jest emerytowanym nauczycielem akademickim, długoletnim dyrektorem Wydawnictwa Literackiego

Wydanie: 52-53/2004

Kategorie: Historia
Tagi: Andrzej Kurz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy