Sarmaci kontra cudzoziemszczyzna

Sarmaci kontra cudzoziemszczyzna

Stanisław August stał na czele stronnictwa reformatorskiego, mając przeciw sobie stronnictwo konserwatywne i sarmackie

220 lat temu zmarł wielki reformator i ostatni król Polski – Stanisław August Poniatowski. Nie pochowano go na Wawelu, chociaż spoczywa tam całkowicie bezużyteczny dla kraju Niemiec, któremu nic w życiu nie wyszło – August II Mocny. Podobnie rocznica śmierci króla Stanisława Augusta przeszła niezauważona. Natomiast Sejm RP postanowił, że obecny rok będzie poświęcony konfederacji barskiej (1768), bo wprawdzie była ideowo anachroniczna, wsteczna, feudalna i wroga modernizacji kraju, ale stawała w obronie wiary i miała charakter antyrosyjski. Polską do dzisiaj rządzi antymoskiewska i katolicka psychoza. Oświecenie, które było przełomem w dziejach świata, prawica uważa za podejrzane i pachnące ateizmem oraz komunizmem.

Spór ten można powiązać z konfliktem swojskości z cudzoziemszczyzną, odnotowanym w Polsce już za Juliana Ursyna Niemcewicza w wieku XVIII, ale i dzisiaj mającym się bardzo dobrze. Trwa podział na sarmacką Polskę zaścianka, ciemnogrodu, zacofania i anachronizmów oraz Polskę „nowoczesną” i okcydentalną. Pisano u nas o tym wiele. Na co dzień widzimy te podziały i kontrasty w prasie i polityce. W większości to stereotypy i kalki, a w każdym razie duże, zbyt duże uproszczenia.

A jak to się zaczęło? W 1764 r. na tron Rzeczypospolitej wstąpił Stanisław August Poniatowski, członek stronnictwa reformatorskiego, pragnącego znieść liberum veto, wzmocnić armię i zmodernizować Polskę na wzór angielski. Przeciwko sobie miał stronnictwo konserwatywne i sarmackie, stronnictwo późniejszych anachronicznych konfederatów radomskich i barskich. Swojego monarchę uważali oni niesłusznie za zdrajcę kraju i złotej wolności szlacheckiej, wroga Kościoła, sługusa Rosji. A jeszcze ważniejsze było to, że nie miał on żony, zdarzało mu się spać z różnymi kobietami i był ojcem nieślubnych dzieci. Wyobrażenia na temat króla wśród tradycjonalistycznej szlachty uległy diabolizacji i mitologizacji. Nieprawdziwie twierdzono więc, że król jest leniwy, rozpustny i lekkomyślny, że jest niedowiarkiem i bezbożnikiem. Nieproporcjonalną wagę przypisywano sprawom romansowym, które w tym czasie były powszechną przypadłością elit. W rzeczywistości król był niezmiernie i zdumiewająco pracowity, świetnie wykształcony, a światło w jego gabinecie paliło się do późna w nocy – czytał, dyktował listy.

Złota wolność

Najgorsze wrażenie na szlachcie robiło jednak przyjęcie przez władcę tronu od Rosjan, którzy dla poparcia jego kandydatury przysłali też swoje wojsko. Szlachcie nie podobało się również branie od Rosjan pieniędzy i poniżanie przez nich Stanisława. Pomiatali nim rosyjscy ambasadorowie: Nikołaj Repnin, Otto Magnus von Stackelberg i Osip Igelström. Popularnością wśród braci szlacheckiej zdecydowanie bardziej cieszyli się więc przebogaty idiota i alkoholik Karol Radziwiłł „Panie Kochanku” oraz najgorsi zdrajcy wśród magnatów, którzy bez wahania blokowali najbardziej pożyteczne reformy króla i obiecywali szlachcie zachowanie złotej wolności, a więc nierządu.

Władze konfederacji barskiej pozbawiły Poniatowskiego korony i skazały go na śmierć. Wroga wobec króla bywała także warszawska ulica. Oto jeden z paszkwilów zapowiadających uśmiercenie władcy.

Alboż ten bałwan, co lat trzydzieści
Kraj go swą karmą rozpycha
Podły z istoty, mądry z powieści,
Nie samąż zdradą oddycha?
Nie chciałże raczej ten dziad zbabiały
Chcąc tron swój własny zasłonić,
W czynach nikczemny, w słowach wspaniały,
Przedać Ojczyzny niż bronić.
Umie nieszczęsny zwodzić lud prawy;
To cała jego zaleta,
Iż godzien za swe Tytusa sprawy,
Kanonizacji… Kapeta.
(chodzi o ścięcie Ludwika XVI, które tu jest szyderczo określone jako kanonizacja – przyp. aut.).

Jako bohatera pozytywnego przeciwstawiano Stanisławowi Augustowi Tadeusza Kościuszkę. Im bardziej legenda Kościuszki rosła, tym gorzej oceniano ostatniego króla. „Ja wszakże nie podzielam tej opinii, a stoję po stronie Stanisława Augusta”, pisał przedwojenny historyk Adam Skałkowski. Odrzucił on negatywne oceny, nie opowiadając się za romantycznym i samobójczym programem insurekcji, ale wybierając bardziej realistyczny i pozytywistyczny program króla. W 1794 r. słaba Polska walczyła przeciw zjednoczonym siłom Rosji i Prus, więc została raz-dwa zgnieciona, a pomysły mas kosynierów i armii ludowej były zgoła fantastyczne i miały wpływ głównie na malarstwo batalistyczne. Nie chciała tego ani szlachta, ani chłopi.

W Warszawie insurekcyjnej wśród podburzanej gawiedzi ulicznej rosła nienawiść do króla, wszędzie widziano zdradę, podejrzewano go o kapitulacyjne knowania, pito na pohybel jemu i prymasowi. Ulica warszawska jakże niesprawiedliwie żądała krwi osoby, dzięki której zreformowano sytuację mieszczaństwa i która zawsze dążyła do poprawy sytuacji ludu. Widać to było przy wyjeździe króla na konny spacer, który wzięto za ucieczkę z Warszawy, co wzburzyło mieszkańców i przypominało sceny z rewolucyjnego Paryża. Kiedy król wracał wystraszony przez miasto, obok okrzyków na cześć władcy rozlegały się i pogróżki, i przekleństwa. „I już jeden mierzył dość blisko i pewnie by wystrzelił, gdyby mu Kicki (koniuszy) tuż przy boku króla jadący nie wytrącił silnie strzelby”. Od tego czasu król był w zamku więźniem, nawet spacery odbywał z asystą strażników municypalnych.

Zdrajca i słabeusz

Kiedy wznoszono szubienice dla biskupów zdrajców, rozgorączkowani cywile wręcz wpadli na królewskie pokoje, sprawdzić, czy król nie zbiegł. Dworzanie Poniatowskiego nie pokazywali się na mieście, bo byli atakowani i obrzucani wyzwiskami, a nawet – jak wspomina paź Sagatyński – grożono im stryczkiem. Z rynku i szynków słychać było ludową piosenkę: „My krakowiacy mamy guzy u pasa, powiesim sobie króla i prymasa”. Józef Wybicki po wizycie na zamku w drodze powrotnej ledwie przedarł się przez tłum, prawie okrzyknięty zdrajcą. Kiedy chciano rozpędzić ciżbę wojskiem, oficerowie wymawiali się, że nie są pewni, czy można liczyć na lojalność żołnierzy. Na koniec przestraszony jakobińskimi nastrojami król prosił Kościuszkę o ochronę.

Zarówno skrajnie negatywny, jak i skrajnie pozytywny wizerunek króla przetrwały do naszych czasów.

Wielkim wrogiem Poniatowskiego był znany XIX-wieczny historyk Tadeusz Korzon, który twierdził, że to „zdrajca, słabeusz”, a w końcu „zdeptany robak”. Tak to ostatecznie mądry i pracowity, lecz bezsilny, zmuszony ulegać i kluczyć król stał się kozłem ofiarnym szlacheckiej ciemnoty. Adam Skałkowski, lwowski historyk i uczeń Szymona Askenazego, pisał: „Sądy o naszym królu były przez kilka pokoleń pełne trucizny nienawiści. Obciążano go odpowiedzialnością za wszystkie nieszczęścia i winy narodu”. Skałkowski wbrew opinii ulicy uważał, że „mniejsza o to, że Poniatowski przy tej sposobności rosyjskimi pieniędzmi opędzał swoje potrzeby i starał się uregulować swoje długi. To jest szczegół przykry, ale bez istotnego znaczenia”.

Gdyby król siedział spokojnie na tronie, rozdawał starostwa i był bezwolną kukłą w rękach magnatów, nikt przeciw niemu by się nie zbuntował i uważany byłby za miłego, nieszkodliwego idiotę. Dopiero podjęte przez niego zabiegi o zmontowanie stronnictwa reform i rozpaczliwa walka o ratowanie ojczyzny w rozsądny, a nie histeryczny i samobójczy sposób wywołały opór i bunt konserwatywnej szlachty.

Po wojnie po stronie władcy wypowiadali się historycy Emanuel Rostworowski czy Jerzy Michalski. Ten ostatni oceniał, z czym całkowicie się zgadzam, że król nie był wcale bezwolnym narzędziem w rękach Katarzyny, jak chcieli jego wrogowie, że okazał się reformatorem cywilizacyjnym, społecznym i gospodarczym o wielkim rozmachu, któremu jednak przyszło pracować w niezwykle trudnych, niesprzyjających warunkach. Jeżeli coś zdziałał, to dzięki wybitnej inteligencji, pozwalającej mu, mimo słabej pozycji, bardzo zręcznie manewrować, zachować wpływy i prowadzić politykę. Doceniał moralność i wartości oraz honor i godność, a także konieczne formy, ale był pragmatykiem i w ostateczności liczył się z konkretnym efektem, godził się więc na poniżenia ze strony Rosji, bo liczył, że przełknięcie tej żaby się opłaci.

Fundamentalny był jego wkład w przygotowanie konstytucji majowej. Szlachta wrogo odnosiła się też do starań króla o poprawę sytuacji chłopów – w tym przypadku trzeba było przełamywać ogromne uprzedzenia. Tymczasem dzięki jego projektom zniesiono prawo pana do bezkarnego pozbawiania włościan życia. Michalski zwraca uwagę, że za wyjątkiem reformy z 1768 r. projekty poprawy położenia chłopów były torpedowane i myślący perspektywicznie monarcha był w tej kwestii zupełnie bezradny, a kodyfikacja Andrzeja Zamoyskiego, z którą wiązał duże nadzieje, została jednogłośnie odrzucona przez Sejm w 1780 r. Szlachta była oburzona zawartym w kodeksie Zamoyskiego żądaniem głosowania większościowego (z wykluczeniem liberum veto) nad sprawami skarbowymi, czyli dotyczącymi podatków, które miały znaczenie kluczowe. Konstytucja 3 maja obiecywała chłopom opiekę i respektowanie kontraktów. Król dbał nie tylko o edukację (Komisja Edukacji Narodowej), o sprawy zdrowotności i organizację służby zdrowia, o miasta (zrównanie mieszczan w prawach) i ich podniesienie cywilizacyjne i gospodarcze, ale też o przemysł i dlatego przezwano go „cycem” (perkalem) z powodu troski o manufaktury odzieżowe. Dawał przykład poddanym i naśladowali go magnaci, także w zakresie oczynszowania włościan.

Wielu obok wielkich czynów i reform widziało jednak grzechy całkiem dyskredytujące ostatniego króla. Władysław Konopczyński cenił dążenia reformatorskie Stanisława Augusta, ale widział również pierwiastki odnowy w konfederacji barskiej. Jak wiadomo, PRL była krajem odgórnej modernizacji, a do tego byliśmy zwasalizowani przez ZSRR, więc Poniatowski reformator, kluczący między potęgą imperatorowej a własnym zaściankiem i magnaterią, był tematem jakoś znanym i bardzo aktualnym. Oceniany był często całkiem nieźle, chociaż na pierwszy plan wysuwał się ludowy bohater w sukmanie, Tadeusz Kościuszko. Po 1989 r. sytuacja się odwróciła i wokół mało wojowniczego, za to prorosyjskiego Stanisława Augusta zapanowała atmosfera pesymizmu. Znamienne są bardzo skrajne i moim zdaniem dziecinne oceny Jarosława Marka Rymkiewicza.

Kontusz kontra frak

Już w XVIII w. powstał ten pierwotny model oceny ostatniego króla, przeciwstawiający swojskość cudzoziemszczyźnie, a pobożnych Sarmatów – bezbożnym Europejczykom. Oświeceniowy racjonalizm zaś – średniowiecznej ciemnocie i zabobonowi. Polski strój z kontuszem i czerwonymi butami oraz podgolone czupryny miały przeciw sobie fraki, pludry, francuskie pończoszki i peruczki. Język francuski oświeceniowców walczył z łaciną Sarmatów. Tak wyglądał stereotyp, rzeczywistość była inna i bardziej wielobarwna, zwolennicy stroju polskiego byli często po stronie reform i vice versa.

Ta opozycja widoczna była jeszcze u Emanuela Rostworowskiego, który pisał, że Stanisław był pod każdym względem zaprzeczeniem takich cech szlachecko-sarmackich jak rubaszność, krewkość i pańska fantazja, niedbalstwo, lenistwo i ciasnota umysłowa, nie mówiąc już o pijaństwie i obżarstwie. Jak uważał, młody Poniatowski wprawdzie zupełnie nie pił, za to dużo czytał. Na saską Polskę patrzył jakby z zewnątrz, jak cudzoziemiec. Jego obserwacje zapisane w pamiętniku szalenie przypominają satyryczny ton ówczesnych relacji obcych podróżników, zwiedzających egzotyczną Sarmację. Kiedy kandydował na posła z ziemi łomżyńskiej w 1752 r., opisywał szlachtę, której z wyraźnym obrzydzeniem „musiał nadskakiwać”: „Wprawdzie z urodzenia mogli się nazywać szlachtą posesjonatami, ale z których połowa zaledwie umiała czytać, a daleko większa część służyła dawniej lub pozostawała obecnie na usługach u tych samych magnatów, którzy ubiegali się o ich wota dla siebie albo swoich dzieci. Trzeba było przed sejmikiem kilka dni z rzędu rezonować od rana do nocy z tą ciżbą, podziwiać ich brednie, zachwycać się ich kiepskimi dowcipami, a nade wszystko ściskać ich brudne, zawszone osoby”.

Ten dwubiegunowy system pojęć: postęp-zacofanie był jednak pewnym uproszczeniem. Szlachta nie była aż tak znowu ciemna. Duże zmiany mentalności widoczne były już za panowania ostatniego króla. Totalne potępienie sarmatyzmu budowali często nasi wrogowie w celach propagandowych. Fryderyk II uważał, że konfederacją barską kieruje bogini głupoty, co podobało się francuskim dziennikarzom. Naród polski miał być jego zdaniem przesądny, nietolerancyjny, zacofany, barbarzyński i lekkomyślny. Podobna była opinia Józefa II i Katarzyny II i w tym duchu Berlin i Moskwa za pośrednictwem opłacanych francuskich filozofów urabiały opinię Zachodu. Caryca wspaniałomyślnie odkupiła od francuskiego filozofa bibliotekę, gdy znalazł się on w tarapatach finansowych, a król pruski karmił Woltera i dawał mu nocleg na swym dworze. Polskę więc krytykowano celowo, ale opinie zwykłych zachodnich turystów o nas również były dosyć marne i składały się na trwałe wyobrażenie zacofanej Europy Wschodniej, nieobecne w czasach Jagiellonów, kiedy byliśmy uznanym mocarstwem.

Reformy stanisławowskie nie podobały się pokoleniu doby saskiej, wychowanemu przez jezuitów, które wierzyło, że Polska nierządem stoi i może istnieć tylko dzięki słabości, bo bezsilna jest wygodna dla sąsiadów. No a przede wszystkim reformy Sejmu Wielkiego oznaczały budowę 100-tysięcznej armii, co budziło tradycyjny u szlachty lęk przed królewskim absolutyzmem i kosztowało. Tak oto Polska straciła niepodległość z niechęci szlachty do płacenia podatków, bo pieniędzy starczyło na żałosne 50 tys. wojska, gdy wkrótce potem, w 1812 r., Księstwo Warszawskie wystawiało z małego obszaru armię 100-tysięczną

Czekać na Napoleona

Zarzuty wobec Poniatowskiego z powodu kapitulacji w wojnie z Rosją w 1792 r. są nieuzasadnione. Wobec przytłaczającej przewagi rosyjskiej klęska była nieuchronna. Wojna polegała zresztą na ciągłym cofaniu się armii polskiej z chlubną pauzą niewielkiego zwycięstwa pod Zieleńcami i dyskusyjnego efektu pod Dubienką. Nawoływania do kontynuowania walki i potem wywołania powstania w 1794 r. były zdaniem króla szaleńcze. Skutkiem samobójczego powstania była utrata niepodległości w 1795 r. Adam Skałkowski orzekł, że należało „czekać na Napoleona”, czyli na jakąś okazję z zewnątrz. Podsycali natomiast nastroje powstańcze wszyscy nasi wrogowie i rzekomi przyjaciele. Francuzi – dla ratowania własnej skóry przez wybuch powstania na tyłach swojego frontu, Rosjanie – przez apetyt na nowe łupy. Stanisław August był przeciw insurekcji, bo była ona przedsięwzięciem beznadziejnym, zwłaszcza po bitwie pod Szczekocinami, gdzie skończyły się złudzenia o walce z jednym wrogiem i do akcji przeciw Polakom przyłączyły się Prusy.

Król szukał więc okazji do zawarcia pokoju, ale jego wpływ na wydarzenia był już ograniczony. Podczas marszu Antoniego Madalińskiego pisał do księcia Józefa, że należy trzymać z Rosjanami, i wzywał brygadę do podporządkowania się rozkazom. Kościuszkę określał jako rebelianta. Uniwersał z 2 kwietnia nakazywał buntownikom zatrzymanie się przed zgubą narodu, bo może przy zachowaniu cierpliwości kraj doczeka się jeszcze powrotu do dawnej świetności. Po wybuchu insurekcji warszawskiej Poniatowski w końcu zgłosił akces do powstania, aby uczestniczyć jakoś w decyzjach, a może też trochę w obawie przed losem Ludwika XVI. Ostrzegał przed powtarzaniem skrajności rewolucji francuskiej, przed łamaniem praw własności i odchodzeniem od wiary.

Dariusz Łukasiewicz jest profesorem Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk

Fot. Wikipedia

Wydanie: 42/2018

Kategorie: Historia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy