Ostatni skok Wieniawy

Ostatni skok Wieniawy

Gen. Wieniawa-Długoszowski uosabiał to, co w II RP było najlepsze, i to, co najgorsze

Dom przy Riverside Drive 3 w Nowym Jorku, gdzie od pewnego czasu Bolesław Wieniawa-Długoszowski mieszkał z żoną i córką, wyróżniał się renesansową architekturą i jasną elewacją. Wzrok przechodniów zatrzymywał się zwłaszcza na tarasie, ciągnącym się przez całą szerokość czwartego piętra. Często można było na nim zauważyć postawną sylwetkę Wieniawy, który lubił stamtąd oglądać panoramę miasta.

Rankiem 1 lipca 1942 r. także był na tarasie. Potem – jak zeznali świadkowie – wszedł na barierkę, uklęknął, przeżegnał się i wyskoczył. „Przypadkowa śmierć”, głosił akt zgonu. Także polski ambasador w USA Jan Ciechanowski, chcąc uniknąć sensacji, poinformował prasę, że śmierć spowodował „wypadek wywołany zawrotami głowy, na które cierpiał generał”. Jakby potwierdzając tę wersję wydarzeń, właścicielka domu upierała się: „Był w znakomitym humorze, miał zamiar wziąć kąpiel, szedł na taras zaczerpnąć świeżego powietrza…”.

Wątpliwości rozwiewał list pozostawiony w kieszeni piżamy Wieniawy: „Myśli plączą mi się po głowie i łamią jak zapałki lub słoma. Nie mogę spamiętać najprostszych nazw miejscowości, nazwisk ludzi oraz prostych wypadków z mego życia. Nie czuję się w tych warunkach na siłach reprezentować Rządu, gdyż miast pożytku mógłbym zaszkodzić sprawie…”.

Czy jednak wyłącznie problemy zdrowotne zaważyły na podjęciu decyzji o samobójstwie? Jak to się stało, że ten, który „zdawał się być życiem samym, samem urokiem dnia codziennego”, jak pisał o Wieniawie Jan Lechoń, rozstał się z życiem w tak dramatyczny sposób? Pytania dotyczące samobójstwa Wieniawy można mnożyć.

Ulubieniec Cezara

„Ulubieniec Cezara” – tak biografię Wieniawy-Długoszowskiego zatytułował Jacek M. Majchrowski. Tytuł nadzwyczaj trafny, zważywszy na stosunki między Wieniawą a Józefem Piłsudskim. Marszałek darzył swojego adiutanta wyraźną i niesłabnącą sympatią. Podczas gdy inni byli to awansowani, to degradowani, pozycja Wieniawy pozostawała niezachwiana, wsparta autorytetem Piłsudskiego. Kiedy w 1923 r. otrzymał nominację na przedstawiciela Szefa Sztabu Generalnego w MSZ, odrzucił ją, nie chcąc urazić odsuniętego od władzy marszałka. Po Warszawie krążyła opowieść – chętnie powtarzana zarówno przez przyjaciół, jak i wrogów – o kobiecie, która widząc Wieniawę spacerującego z Piłsudskim, miała spytać: „Kim jest ten stary pan, z którym idzie Wieniawa?”.

W tej opowieści musiało coś być, skoro nawet Julian Tuwim w wierszu „Wieniawa” pisał:

A wczoraj (nie wierzycie?
Pod chajrem! Bez przechwałek!)
Przychodzi do mnie skrycie
Po prostu – sam Marszałek.
I prosi o dyskrecję,
Bo ma intymną sprawę,
A wierzy w mą protekcję:
„Pan przecież zna Wieniawę!”.

„Kolory i fantazja, nałogi i fanfaronada, kontakty ze środowiskami artystycznymi Wieniawy utrwalały jego archetyp”, pisze Majchrowski. Chociaż więc wjazd na koniu do Adrii to tylko legenda, Bolesław Wieniawa-Długoszowski był jedną z najbarwniejszych postaci II RP, celebrytą sanacyjnej Polski. Znał wszystkich – polityków, wojskowych, artystów – i w każdej z tych grup czuł się znakomicie.

Tylko Wieniawa mógł napisać o pewnej kawiarni: „Tam zaprzyjaźniłem się z kosmicznie mistycznym Tadeuszem Micińskim, wielkim, lecz niezrozumiałym poetą. (…) Tam poznałem Stanisława Przybyszewskiego i Stanisława Wyspiańskiego (…), tam z Karolem Irzykowskim i Stanisławem Womelą wykłócaliśmy się o naturalizm w sztuce i o empiriokrytycyzm niemiecki Macha i Avenariusa”.

Nic dziwnego, że wielu wątpiło, czy tak wysoka pozycja Wieniawy była zasłużona. Zdaniem gen. Tadeusza Rozwadowskiego był „oficerem bezsprzecznie bardzo inteligentnym, lecz przez całą swą służbę zajmował się wyłącznie polityką, a nie wojskiem. (…) W kawalerii polskiej zupełnie nieznany jako oficer liniowy”. Generalicja spoza kręgu legionowego uważała Wieniawę raczej za celebrytę i bawidamka niż za materiał na dowódcę.

Nadużywał alkoholu, co nie pozostało niezauważone i przez przyjaciół, i przez przeciwników. „Wieniawa po prostu nie umiał nikomu odmówić wypicia z nim kieliszka, a że wszędzie spotykał kompanów… a że kompani wszyscy byli trunkowi…”, pisał płk Marian Romeyko, attaché wojskowy ambasady RP w Rzymie.

Przede wszystkim jednak krytycy zarzucali Wieniawie jego ślepe oddanie Piłsudskiemu, które przedkładał nad polityczne i wojskowe interesy państwa. W maju 1926 r. należał do ścisłego grona przygotowującego zamach. Wcześniej odwiedzał wojskowych i namawiał ich do buntu przeciwko rządowi. Mając do wyboru dochowanie wierności przysiędze wojskowej i lojalność wobec Piłsudskiego, wybrał to drugie.

Doszedłszy do władzy, Piłsudski odwdzięczył się Wieniawie, powierzając mu różne nieformalne misje zagraniczne. O ich powodzeniu lub porażce dowiadywał się jedynie marszałek, z pominięciem ministra spraw zagranicznych. Wieniawa był nawet typowany na szefa MSZ, ale wówczas po raz pierwszy odmówił Piłsudskiemu.

Ten spełniał również marzenia wojskowe Wieniawy. Mianował go dowódcą 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego, spadkobiercy tradycji 1. Pułku Ułanów Legionów Polskich. Funkcję tę Wieniawa łączył ze stanowiskiem I oficera sztabu w Generalnym Inspektoracie Sił Zbrojnych. Wkrótce przyszły kolejne awanse. W listopadzie 1930 r. objął dowództwo 1. Brygady Kawalerii. W styczniu 1932 r. został awansowany na generała brygady. Pięć lat później nadzorował Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Tuż przed rozstaniem z wojskiem w 1938 r. otrzymał awans na generała dywizji.

Po śmierci Piłsudskiego Wieniawa skoncentrował się na karierze dyplomatycznej. W czerwcu 1936 r. został ambasadorem w Rzymie. Podczas powitalnego spotkania z personelem placówki zapowiadał: „Moi państwo. Ludzie szanowani są dla swych zalet i cnót, a lubiani tylko dzięki wadom. Ja podobno w Warszawie byłem lubiany. Obawiam się jednak, że wy będziecie mnie tutaj szanowali”.

Wkrótce ambasador Wieniawa dał się poznać jako profesjonalny, skuteczny dyplomata. Przestał nawet nadużywać alkoholu, co jeszcze niedawno jego przyjaciele uważali za niemożliwe (attaché wojskowy w Rzymie otrzymał tajne zadanie pilnowania nowego szefa i chowania przed nim napojów wyskokowych).

Wieniawa robił, co mógł, aby odciągnąć Włochy od sojuszu z nazistowskimi Niemcami. Chociaż było to zadanie skazane na porażkę, udało mu się zdobyć we włoskim establishmencie znaczącą pozycję. Na potwierdzenie tego w sierpniu 1939 r. otrzymał misję pośrednika w rozmowach między politykami włoskimi a brytyjskimi na temat ewentualnego sojuszu wojskowego. Działał także na rzecz porozumienia włosko-węgiersko-polskiego, która to koncepcja pojawiła się wraz z zajęciem przez Polskę Zaolzia. Nie interesowały go kwestie moralne, uważał, że Rzeczpospolita odzyskała należne jej tereny. Był jednym z tych, którzy bezrefleksyjnie wierzyli w „mocarstwowość Polski”.

Klęska państwa, klęska osobista

Wybuch wojny przekreślił te plany. Zresztą warto odnotować, że właśnie ambasada w Rzymie jako pierwsza poinformowała Warszawę o wydaniu przez Hitlera rozkazu ataku na Polskę. W pierwszych dniach września Wieniawa liczył jeszcze na zwycięstwo. „Ambasador Polski jest smutny, ale nie przybity”, notował 6 września 1939 r. hrabia Galeazzo Ciano, włoski minister spraw zagranicznych.

Sytuacja Polski i Wieniawy skomplikowała się 17 września, po agresji Związku Radzieckiego. Na wieść o ucieczce polskich władz, zwłaszcza marsz. Rydza-Śmigłego, Wieniawa załamał się, nawet płakał. „Oznaczało to bowiem w praktyce zarówno klęskę kraju, klęskę ideologii Piłsudskiego, jak i klęskę osobistą Wieniawy”, podsumowuje Majchrowski. Przez wiele lat miał bezpośredni wpływ na kształt armii, a tu okazało się, że ten czas został zmarnowany. Zadziwiające, że Wieniawa, jeden z inteligentniejszych oficerów, tak łatwo uwierzył w propagandę „Polski mocarstwowej”. Tym boleśniej odczuł wrześniową klęskę.

Kolejne informacje z kraju tylko pogłębiły jego depresję. Działał, ale złe samopoczucie i problemy zdrowotne dawały mu się we znaki. Mimo wszystko udało mu się załatwić przejazd przez Włochy polskich żołnierzy internowanych w Rumunii, którzy – oficjalnie jako turyści – próbowali przedostać się do Francji. Z sukcesem sfinalizował również kontrakt na dostarczenie włoskich wodnopłatowców, zamówionych przez polską armię jeszcze przed wojną. Fakt, że władze w Rzymie przymykały na to wszystko oko, potwierdza umiejętności dyplomatyczne Wieniawy.

Niedoszły prezydent

25 września 1939 r. Wieniawa przybył do Paryża, gdzie spotkał się z ambasadorem Juliuszem Łukasiewiczem. Otrzymał od niego zalakowaną kopertę. Znajdowały się w niej osobisty list od prezydenta Ignacego Mościckiego oraz dekret – antydatowany na 17 września 1939 r. – powołujący Wieniawę na jego następcę na czas wojny. Do rumuńskiego miasta Bicaz, gdzie internowano Mościckiego, został wysłany telegram o treści: „Rodzina Koneckich w porządku”. Było to ustalone wcześniej hasło potwierdzające powołanie nowej głowy państwa.

Nie dane było jednak Wieniawie piastować najwyższego urzędu w państwie. Dzień przed jego przyjazdem do Paryża trafili tam bowiem gen. Władysław Sikorski i prof. Stanisław Stroński. Obaj należeli do głównych przeciwników sanacji, a co najważniejsze, cieszyli się uznaniem władz francuskich.

„Sikorski po otrzymaniu od Łukasiewicza wiadomości o desygnowaniu Wieniawy sprawia wrażenie zaskoczonego – relacjonował Romeyko. – Stwierdza, że nominacja ta jest katastrofą, albowiem ambasador Wieniawa jest alkoholikiem i nawet teraz, przybywając do Paryża, opuścił pociąg w stanie nietrzeźwym”. Sikorski kłamał, lecz robił to nader skutecznie.

Kampania oszczerstw przyniosła sukces. 26 września ambasador Łukasiewicz otrzymał notę od francuskiego wiceministra spraw zagranicznych, w której wybór Wieniawy uznano za „nieszczęśliwy”. Tego samego dnia premier Édouard Daladier stwierdził, że „następcą prezydenta RP ma zostać jakiś generał o nieznanym nazwisku, nałogowy alkoholik, który przyjechał do Paryża w stanie nietrzeźwym”, w związku z czym rząd francuski musi się temu przeciwstawić.

Dalsze losy nominacji prezydenckiej są znane. W wyniku nacisków władz francuskich na następcę Ignacego Mościckiego został wyznaczony Władysław Raczkiewicz, osoba luźno związana z sanacją. Premierem, do którego należała faktyczna władza, był gen. Władysław Sikorski. Polski ambasador w Bukareszcie Roger Raczyński komentował: „Nie chodziło mi o personalia, ale przede wszystkim o fakt, że z klęski naszej w polu unieśliśmy tylko i nade wszystko nasze imponderabilia, naszą państwowość, sojusze, konstytucje. A tymczasem nasz własny sojusznik potraktował jeden z naszych skarbów jak błahy, nic nieznaczący liczman…”.

Wieniawa wrócił do Rzymu, gdzie nadal próbował pomagać polskim uchodźcom. Jednak 10 czerwca 1940 r. Włochy wypowiedziały wojnę Anglii i Francji, w związku z czym ambasadę RP wraz z całym personelem ewakuowano. Były już ambasador próbował się dostać do francuskiego Angers, gdzie rezydowały polskie władze na uchodźstwie. Zanim tam dotarł, otrzymał od Sikorskiego depeszę, w której ten zwalniał go – wraz z całym zespołem – ze służby. Pojechał więc do Lizbony, skąd planował dalszą podróż do Stanów Zjednoczonych.

„Wieniawa sądził – pisze Majchrowski – że USA będą miejscem, gdzie ministrowi spraw zagranicznych będzie łatwiej nim dysponować. Jak bardzo się mylił, miało się niedługo okazać”. Polityk z takim doświadczeniem… Przed byłym już ambasadorem piętrzyły się trudności. Od prozaicznych, związanych z codzienną egzystencją – jako posiadacz wizy tranzytowej nie mógł legalnie podjąć pracy – po problemy natury politycznej. bo rząd Sikorskiego odgrywał się na nim „w sposób mściwy i grubiański”.

Nielegalny imigrant

Wieniawa – „ulubieniec Cezara”, celebryta II RP, generał, ambasador, nominowany na prezydenta Polski – stał się nielegalnym imigrantem. Udało mu się zdobyć pracę na czarno w polonijnym „Dzienniku Polskim”, gdzie został korektorem i redaktorem. W tajemnicy przed żoną i córką dorabiał także artystycznym introligatorstwem. Jego skromny dochód uzupełniały niewielkie honoraria za okolicznościowe przemówienia i odczyty dla polskiej emigracji.

Przywykły do blichtru i sławy Wieniawa nie radził sobie w trudnych warunkach. W sierpniu 1941 r. w liście do Henryka Rajchmana, piłsudczyka w niedoli, pisał: „Nie pozwolono mi w tych ciężkich czasach być żołnierzem. Uważałem się zawsze i uważam do końca za żołnierza… na terenie tutejszym pracy znaleźć dla siebie nie mogę i nie potrafię. Bliski jestem obłąkania”.

Mimo wszystko starał się o powrót – jeśli nie do polityki, to do wojska. W listach do Raczkiewicza i Sikorskiego pisał o potrzebie zgody narodowej, o stworzeniu silnej reprezentacji politycznej, zdolnej rozmawiać z mocarstwami: „Dążyć należy do zgody i szukać jej wszędzie i wszelkimi siłami, rezygnując z wszelkich partyjnych, koteryjnych czy osobistych spraw i animozji, które zresztą wobec dzisiejszej polskiej rzeczywistości są jedynie upiorami przeszłości”. Siebie widział w roli mediatora. Jego apele nie spotkały się jednak z większym odzewem. Nie tylko z woli Francuzów. Wieniawa nie do końca rozumiał, że był twarzą sanacji, sanacja zaś po klęsce wrześniowej musiała odejść, bo miała wiele na sumieniu. Co więcej, w odczuciu społecznym odpowiadała za nią.

Wbrew oczekiwaniom aktywność Wieniawy doprowadziła do jego izolacji. „Z czasem miał przeciw sobie w coraz większym stopniu wszystkich – zauważał Majchrowski – sikorszczycy nie uznali go nigdy za swojego, piłsudczycy uważali, że od nich odszedł”.

Placówka w Hawanie

Przebywający w USA Wieniawa otrzymał propozycję objęcia stanowiska posła RP na Kubie. Jak pisze Majchrowski, było to „złośliwie drugorzędne, nieliczące się i niewymagające żadnej pracy stanowisko”. Ku powszechnemu zaskoczeniu Wieniawa zgodził się, spragniony działania, zapewne także dowodów uznania. Za swoją decyzję zapłacił wysoką cenę – piłsudczycy zaczęli go uważać za zdrajcę marszałka.

Czy to oskarżenia ze strony niedawnych przyjaciół pchnęły go do samobójstwa? Z pewnością pogłębiły depresję, z którą zmagał się po klęsce wrześniowej. Już 29 sierpnia 1941 r. w liście do niezidentyfikowanego kolegi z Legionów pisał: „Muszę umrzeć. Na skutek wszystkich przejść, tragedii Polski, a zarazem tragicznej sytuacji osobistej, osłabienia pamięci, zupełnego psychicznego wyczerpania”.

Wieniawa zdawał sobie też sprawę z tego, że placówka na Kubie to okrutny żart Sikorskiego. Dla osoby z jego doświadczeniem i umiejętnościami, a przede wszystkim ambicjami, poselstwo w Hawanie niewiele się różniło od pracy na czarno w Nowym Jorku. A on przecież chciał wrócić do wojska. W końcu wciąż był „pierwszym kawalerzystą II RP”. „Bolek bardzo ciężko znosił wszystkie wiadomości z Polski, był osamotniony, nie chciał życia w »nowym pięknym świecie«, chciał zginąć na polu chwały”, powtarzała jego żona.

Samobójczy skok z tarasu zakończył losy jednej z barwniejszych, jeśli nie najbarwniejszej, postaci II RP. Żołnierz, celebryta, polityk, a na końcu samotny tułacz na wygnaniu – życie Wieniawy niemal symbolicznie splotło się z losem Polski. I sanacji. Skupiły się w nim ich zalety i wady.

Bibliografia:
A. Maciejewicz, M. Wodejko, Bolesław Ignacy Florentyn Wieniawa-Długoszowski, Warszawa 2011
B. Wieniawa-Długoszowski, Wymarsz i inne wspomnienia, Warszawa 1992
J.M. Majchrowski, Pierwszy ułan Drugiej Rzeczypospolitej, Warszawa 1993
J.M. Majchrowski, Ulubieniec Cezara. Bolesław Wieniawa-Długoszowski, Warszawa 1990

Fot. Wikipedia

Wydanie: 52/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. tak jest
    tak jest 29 grudnia, 2018, 20:22

    pasożyt z sanacji sie zabił, moze ofiar już nie miał, i musiałby pracą zarabiać na chleb, a to było nie do zniesienia.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy