Biedanauka, biedahumaniści

Biedanauka, biedahumaniści

Jeśli polityka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego się nie zmieni, z polskiej humanistyki niewiele zostanie

Dr hab. Nicole Dołowy-Rybińska – profesor Instytutu Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, kulturoznawczyni i socjolingwistka. Wiceprzewodnicząca Akademii Młodych Uczonych PAN. Zajmuje się językami i kulturami mniejszościowymi w Europie.

Po co nam właściwie humanistyka?
– Humanistyka ma odpowiedzieć na pytania o to, kim jesteśmy, w jaki sposób praktykujemy i tworzymy kulturę. Krótko mówiąc, na wszystkie pytania dotyczące naszego życia w jego wymiarze myślowym, kulturowym i społecznym. Myślę, że humanistyka też wychowuje i skłania do refleksji, która jest częścią naszego człowieczeństwa, naszej tożsamości. Dlatego nie możemy sobie pozwolić na ignorowanie tych pytań.

A czy obecny system umożliwia w ogóle zajmowanie się takimi pytaniami?
– Jest skonstruowany w taki sposób, żeby punktować to, co się opłaca finansowo, co przynosi wymierne zyski. Humanistykę – podobnie jak inne dziedziny nauk – traktuje się jak inwestycję, która ma się zwrócić. Tylko że to jest sprzeczne z jej misją. Humaniści są oceniani dokładnie według tych samych kryteriów, wedle których ocenia się dorobek w naukach ścisłych, bez uwzględnienia specyfiki naszych dyscyplin i przedmiotów badań. To jasne, że w takich warunkach zawsze będziemy w tyle za naukami ścisłymi i przyrodniczymi. Humanistyka nigdy nie będzie – i nie powinna musieć – przynosić korzyści materialnych. Tymczasem jesteśmy finansowani i oceniani na podstawie całkowicie źle dobranych kryteriów, które nijak się mają do tego, czym się zajmujemy. Taka marginalizacja humanistyki zaczęła się już dawno, jeszcze za minister Kudryckiej, a ostatnia reforma pogłębia zapaść, w której się znaleźliśmy.

Jakie są te kryteria?
– Jednym z nich jest źle pojęte umiędzynarodowienie badań. Przejawia się to np. w wymogu publikowania po angielsku i w czasopismach znajdujących się na odpowiednich listach. Publikacje w wybranych anglojęzycznych czasopismach, wydawanych przez wielkie korporacje, są znacznie wyżej punktowane niż publikacje w czasopismach polskojęzycznych bądź wydawanych lokalnie, niezależnie od ich jakości. Dla moich badań ma to szczególne znaczenie, bo zajmuję się językami mniejszościowymi Europy. Traktuję więc wygłoszenie referatu w języku górnołużyckim jako ważne, pod względem zarówno naukowym, jak i społecznym. Niestety, w kryteriach ministerialnych nie ma to większego znaczenia. Istotną częścią mojej pracy jest „oddawanie” wyników badań tym społecznościom, których one dotyczą. Jeśli robię badania na temat używania języka łużyckiego, to chcę, żeby ich wyniki dotarły do ludzi, którzy tym językiem się posługują. Moje badania mają też znaczenie uniwersalne. Analizuję np., co świadczy o tym, że pozycja języków jest silna, lub dlaczego słabnie. Może gdyby ministerstwo zwracało uwagę na wyniki badań naukowych, zauważono by, że odchodzenie od używania języka w twórczości (również naukowej) jest pierwszym stopniem do marginalizacji tego języka. Można więc powiedzieć, że języki państwowe, w tym polski, też stają się językami zagrożonymi, m.in. dzięki polityce naszego ministerstwa.

Jeden z historyków z Uniwersytetu Warszawskiego, organizatorów Nadzwyczajnego Kongresu Humanistyki Polskiej, który odbył się pod koniec stycznia w ramach sprzeciwu wobec rozporządzeń do najnowszej reformy, mówił, że nie ma sensu publikowanie prac o polskiej historii w języku angielskim, bo nie będzie miał ich kto czytać – prędzej czy później polska historia, zwłaszcza poszczególnych miast i regionów, zniknie z badań. Wydaje się, że można to przełożyć na resztę dyscyplin humanistycznych – kto będzie czytał anglojęzyczne prace o Mickiewiczu czy Kochanowskim?
– Żeby było jasne: nie jestem przeciwna publikowaniu po angielsku i uważam, że lokalna historia, twórczość i idee są interesujące poza granicami kraju, a jeśli nie są – może to być winą samej analizy. Nie jest prawdą, że polscy naukowcy ograniczają się do lokalnego kontekstu. Obracają się przecież także w środowiskach międzynarodowych, w których używa się zazwyczaj języka angielskiego. Z drugiej strony nie da się oderwać badań humanistycznych od kontekstu regionalnego. Na tym polega niezrozumienie przez rządzących, czym jest nasza praca.

W publikowaniu po angielsku w wybranych czasopismach nie chodzi przecież wyłącznie o język, czyli o przełożenie artykułu z polskiego na angielski. Tu chodzi o wyzbycie się naszej perspektywy badawczej, gdyż czasopisma, w których publikowanie jest cenione, narzucają konkretne wymagania dotyczące nie tylko przedmiotu badań, ale i tego, jak ma być prowadzona analiza, jakie dzieła mają być cytowane i jakie wnioski powinny być wyciągane. My zaś nie tylko piszemy po polsku, ale też nasze postrzeganie problemów i ich analiza mają oparcie w naszych doświadczeniach, lekturach, tradycji naukowej.

Niemcy, Francuzi czy Anglicy mają inną perspektywę, zakorzenioną w ich kontekście, i właśnie ta wielość punktów widzenia jest wartościowa. Dzięki temu, że myślimy po polsku i jesteśmy zakorzenieni w naszym, również bardzo złożonym kontekście, mamy szansę wnieść do międzynarodowej dyskusji coś nowego, coś konkurencyjnego. A ministerstwo zdaje się nam mówić, że istnieje jedna słuszna perspektywa. To perspektywa „świata zachodniego”, reprezentowanego przez wielkie korporacje, grantodawców i stojące za tym pieniądze. Tymczasem to te różne konteksty, z których wyrośliśmy, tworzą różnorodność świata, nie tylko językową, ale także punktów widzenia, bo to zawsze idzie w parze.

Nie ma więc podstaw założenie, że po polsku czy o Polsce pisze się tylko dla Polaków. Na przykład badania dotyczące Podhala mogą jednocześnie służyć mieszkańcom regionu, jak i wnosić wkład w rozwój światowej socjolingwistyki, kulturoznawstwa, literaturoznawstwa czy antropologii. Takie badania – w zależności od przyjętej metodologii – mogą pomóc odpowiedzieć na inne, bardziej uniwersalne pytania: o funkcjonowanie małych społeczności, zmiany ich kultury w związku z rozwojem turystyki, wygląd twórczości słownej w nieskodyfikowanym języku czy używanie języka w sytuacji wielojęzyczności. W tym m.in. ukryta jest wartość nauk humanistycznych; refleksja dotycząca specyficznych zagadnień w ich wymiarze lokalnym czy jednostkowym służy jednocześnie poszukiwaniu odpowiedzi na pytania uniwersalne. Oba te aspekty są ważne. Badania prowadzone w Polsce i tworzone tu prace naukowe są częścią dorobku światowego. Dowodzą tego przekłady prac polskich humanistów, napisanych po polsku, nad którymi przecież dyskutuje się w środowisku międzynarodowym.

Obecny rząd odmienia słowo naród przez wszystkie przypadki, ale polityka wobec polskiej humanistyki wydaje się ilustracją wielkiego zakompleksienia wobec Zachodu. Polscy humaniści mają pisać tak jak na Zachodzie, a więc też o tym, o czym piszą na Zachodzie. Wszystko, co poza mainstreamem, odpada. Ale może po prostu polscy humaniści są zaściankowi i niepostępowi?
– Nie dościgniemy tzw. Zachodu, udając, że nim jesteśmy. To, co może być konkurencyjne w pracach polskich badaczy, to właśnie ich lokalna perspektywa. „Ściganie się” nie jest więc konkursem, kto ile prac opublikuje w jednym typie czasopism, ale dotyczy tego, na ile istotne i oryginalne są nasze badania. A my tej oryginalności staramy się pozbyć.

Innym powodem, dla którego nie dościgniemy tzw. Zachodu, są bardzo ograniczone środki finansowe. Między finansowaniem badań naukowych tam i tu jest przepaść. Minister Gowin myli się, myśląc, że wystarczy wyśrubować i ustandaryzować wymagania stawiane polskim humanistom, żeby – bez zwiększenia środków – „podwyższyć” poziom polskiej humanistyki. Tymczasem – odnosząc się do miejsca mojej pracy – instytutom PAN nie starcza pieniędzy na prowadzenie działalności statutowej, finansowanie wyjazdów pracowników na konferencje, badań terenowych, dostępu do międzynarodowych baz czasopism, kwerend bibliotecznych czy wzbogacanie własnych zbiorów.

Wynika z tego, że wartościowy naukowiec to według ministerstwa taki, który publikuje po angielsku. Co jeszcze robi „dobry naukowiec”?
– Poza artykułami po angielsku punktowana jest liczba przyznanych grantów. Tylko znowu – żeby dostać grant, muszę udowodnić, że moje badania się opłacą. Nauki humanistyczne zawsze będą w konkursach grantowych na przegranej pozycji wobec nauk ścisłych i przyrodniczych. To, czym zajmuje się humanistyka, nigdy nie będzie generować takich zysków jak nauki ścisłe. A kryteria przyznawania grantów są takie same dla wszystkich typów dyscyplin. Czyli wracamy do podstawowego fałszywego założenia – że wszyscy mamy być jednakowi.

W Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk, gdzie pracuję, tworzone są np. atlasy językowe. To żmudna, wieloletnia praca, ale te atlasy będą służyły jako podstawa przyszłych badań i wiedzy o dokonujących się zmianach językowych. Za takie wieloletnie prace nie dostaje się jednak punktów ani „liczących się” grantów.

W jednym z instytutów Uniwersytetu Warszawskiego krąży gorzki dowcip: dawniej młody pracownik naukowy mógł 10 lat pisać monografię o Kancie, która – po 10 latach pracy – była coś warta. Dziś ten sam pracownik zostałby zwolniony po trzech latach, bo „nie ma wyników”.
– To nie dowcip, taka jest rzeczywistość. Stoimy dziś w rozkroku: z jednej strony, nie chcemy, żeby upadł nasz instytut, a ten bez „wyników” dostanie zmniejszoną dotację. Z drugiej, chcemy pracować nad zagadnieniami, które uważamy za ważne. Oczywiście nie jest tak, że nie możemy się dostosować do ministerialnych wymogów. Możemy, jednak dostosowanie się oznacza przynajmniej częściową rezygnację z tego, co stanowi wartość naszej pracy – z naszej perspektywy kulturowej, historycznej czy społecznej. A jeśli z tego zrezygnujemy, po co mamy uprawiać naukę?

Wychodzi więc na to, że młody humanista ma bardzo ograniczony wybór przedmiotu badań: może albo pozostać naukowcem, robiąc to, czego chce od niego ministerstwo, albo zostawić akademię.
– Większość z nas jednak stara się jakoś dostosowywać, od tego uzależnione jest przetrwanie nasze i naszych instytutów. Dlatego poza anglojęzycznymi artykułami w punktowanych czasopismach zajmujemy się tym, dla czego zostaliśmy naukowcami. Przy czym to, co my uważamy za najważniejsze, często nie jest przez ministerstwo postrzegane jako wartościowe.

Mam wrażenie, że ci, którzy mimo niskich zarobków i dewaloryzacji naszej pracy zostali w akademii, to ludzie, którzy bardzo chcą robić to, co robią. Wielu innych jednak odchodzi, bo taka praca to ciągłe wybory między utrzymaniem siebie i rodziny a uprawianiem nauki. Do tego dochodzi ogromne obciążenie pracą administracyjną, ciągłym rozliczaniem się, składaniem wniosków o granty, które przecież przyznawane są na określony czas. Wielu i wiele z nas wykonuje dodatkowe prace, ale często są one niskopłatne, np. korektorskie czy redaktorskie. Im bardziej jesteśmy obciążeni tym wszystkim, tym mniej czasu zostaje nam na to, co stanowi istotę naszej pracy.

Ile zarabia młody pracownik naukowy?
– Kiedy trafiłam do Instytutu Slawistyki PAN jako adiunktka, zaraz po doktoracie w 2010 r., zarabiałam ok. 1,8 tys. zł na rękę. Te wynagrodzenia są na tyle niskie, że wielu doktorów i doktorek wciąż korzysta ze wsparcia rodziców czy partnerów. Część osób wyjeżdża lub znajduje inną pracę. Dlatego tak ważne jest wprowadzenie stawek minimalnego wynagrodzenia dla pracowników naukowych instytutów PAN, na wzór tych gwarantowanych dla naszych kolegów i koleżanek pracujących na uniwersytetach. Wraz z tym zapisem muszą być zagwarantowane na to dodatkowe środki, bo obecnie ok. 90% dotacji dla instytutów humanistycznych PAN wydawanych jest na wynagrodzenia. Oznacza to, że podwyżki są niemożliwe. Z pozostałych 10% trzeba opłacić infrastrukturę, wyjazdy na konferencje, kwerendy itd. Tych środków jest tak mało, że nie starcza nam nie tylko na życie, ale też na prowadzenie działalności naukowej: dyrektorzy poszczególnych instytutów muszą często wybierać, kto pojedzie na konferencję, a kto nie.

Co grozi polskiej humanistyce?
– Mam nadzieję, że humanistyka nie zniknie całkiem z uniwersytetów i akademii. Jednak jeśli sensowność mierzona jest opłacalnością, rzeczywiście można zadać sobie pytanie, po co wkładać pieniądze w nauki, które nie generują żadnych zysków. To pytanie zresztą głośno zadają kolejni ministrowie. A od niego już tylko krok do konkluzji, że nauki humanistyczne są właściwie niepotrzebne i mogą być uprawiane w ramach hobby, a nie zawodu. Przy obecnej polityce naukowej dyscyplinom humanistycznym grozi przejście do szarej strefy. Dlatego – choć nie chcę wierzyć, że politycy mogliby być tak krótkowzroczni, żeby całkowicie zrezygnować z nauk humanistycznych – obawiam się, że mogą one być nadal marginalizowane i redukowane. A to byłoby wielką tragedią, nawet nie dla nas, humanistów i humanistek, ale dla całego społeczeństwa.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 30/2019

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 25 lipca, 2019, 20:07

    z polskiej humanistyki niewiele zostanie – a po co Polsce humanistyka, poszła fura niech idzie i koń. Przeciez Polska opanowana jest przez ludzi małych, głupich i pazernych, dla tych ciut ciut mądrzejszych została rola klakiera, a nawet przekonania gawiedzi ze ludzie ze świecznika to szlachetna rasa, Ci rozumiejący tragedie naszego kraju starają sie przeżyć w ukryciu lub już dawno wyjechali na wschód lub zachód. Bywają też szlachetnie naiwni, ale ci trafiają do wiezienia bez żadnego oskarżenia, o wyroku nie wspomnę, niektórzy mieli kontakt z seryjnym samobójca.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy