Blog

Powrót na stronę główną
Promocja

Jaki fluid do twarzy dla cery dojrzałej i czy warto zapłacić więcej? Sprawdź przed zakupem!

Artykuł sponsorowany W przypadku cery dojrzałej dobrze dobrany fluid do twarzy staje się inwestycją w zaawansowane składniki przeciwstarzeniowe i lekką, elastyczną formułę, która nie tworzy efektu maski. Cocolita podpowiada, który produkt wybrać i jak go nakładać krok po kroku, aby

Promocja

Płytki odpadają z krawędzi tarasu – przyczyna i trwałe rozwiązanie

Artykuł sponsorowany Niszczejący taras po zimie potrafi spędzić sen z powiek, zwłaszcza gdy dostrzegasz odspajające się kafelki przy zewnętrznej strefie. Najczęściej usterki pojawiają się właśnie na brzegach, gdzie okładzina jest najbardziej narażona na szkodliwe działanie

Promocja

Jak wybrać buty męskie, które pasują do każdej okazji i stylu

Artykuł sponsorowany Otwórz szafę i policz: ile par butów tam stoi, a ile z nich realnie zakładasz w ciągu miesiąca? U większości mężczyzn po trzydziestce odpowiedź brzmi podobnie – kilka par czeka na okazję, która nigdy nie nadchodzi, bo w praktyce

Andrzej Romanowski Felietony

Tryptyk chłopski. II. Kasprowicz

Na zakopiańskich Krupówkach ogromne plansze informują o setnej rocznicy śmierci Jana Kasprowicza. Do pobliskiego Muzeum Kornela Makuszyńskiego zaprasza wystawa kasprowiczowska, urządzona przez dr Kingę Nędzę-Sikoniowską. Rocznica właśnie minęła: 1 sierpnia.

W latach licealnych i studenckich był Kasprowicz mym ukochanym poetą. Zastanawiam się dziś dlaczego. Pierwszy impuls był oczywisty: moje pokolenie odkrywało Młodą Polskę, która nie cieszyła się wtedy uznaniem. Wystawiano już wprawdzie (zakazanego w czasach stalinowskich) Wyspiańskiego, publikowano Staffa (choć głównie późnego) i wydawano Żeromskiego (choć tylko takiego od „doli ludu”), lecz inni pisarze młodopolscy byli skazani na nieistnienie. Właśnie w tych latach zacząłem uświadamiać sobie tę lukę.

Szczególny kłopot miały zaś władze oświatowe z Kasprowiczem. Bo niby on nasz, skoro chłop, ale jakże mało postępowy! Chętnie przypominano jego utwory wczesne, naturalistyczne i antyklerykalne, co jednak było robić z ogromem późniejszego dorobku? Wszak była to poezja z gruntu religijna, posługująca się znakami zadomowionymi w tradycji katolickiej, wprawdzie „wadząca się z Bogiem”, lecz stale poszukująca Boga. Nie bardzo dawała się oswoić. Te dwa zagadnienia – Młoda Polska i religia – były wtedy dla mnie ważne.

Ale znaczenie miały też czynniki inne, zupełnie już osobiste. Od czwartego roku życia spędzałem wakacje pod Tatrami: w Białym Dunajcu i Poroninie. Te wsie kojarzyły się z Leninem: w pierwszej istniał Dom Lenina, w drugiej – Muzeum Lenina. Mama starała się nie zwracać uwagi na te obiekty, skoro jednak nie sposób było ich nie zauważać, zareagowała kiedyś sarknięciem: „Dlaczego tylko Lenin? Dlaczego nikt nie pamięta, że w Poroninie mieszkał też Kasprowicz?!”.

Wtedy to nazwisko usłyszałem po raz pierwszy. Toteż za którymś pobytem powędrowaliśmy z mamą starą drogą poronińską do kasprowiczowskiej Harendy. Z Białego Dunajca było to jednak daleko, pamiętam więc tyle, że strasznie bolały mnie nogi. Niemniej jednak Kasprowicz

a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Chrześniak

Chyba kończy się przygoda Władysława Teofila Bartoszewskiego w MSZ. Bo trudno przypuszczać, by minister Sikorski, gdy Sejm uchyli Bartoszewskiemu immunitet, trzymał go na stanowisku sekretarza stanu. W sprawie Andrzeja Szejny, który w MSZ był sekretarzem stanu z ramienia Nowej Lewicy, z odpowiednią decyzją nie zwlekał. Sprawa Władysława Teofila Bartoszewskiego jest znana, wiele razy opisana w mediach, ciągnie się od lat. Otóż dotyczy ona Andrzeja Ciechanowieckiego, zmarłego w 2015 r. wybitnego historyka sztuki i kolekcjonera, odznaczonego w 1998 r. Orderem

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Najlepsze lody na świecie

Coraz więcej mistrzowskich receptur wychodzi spod ręki Polaków

Trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, kto wymyślił lody. Na pewno było to w czasach zamierzchłych. Pierwsze wzmianki dotyczące mrożonych deserów pojawiły się już w V w. p.n.e.! Klimat w ówcześnie licznie zamieszkiwanych regionach globu – starożytnej Grecji czy dawnej Persji – sprzyjał kulinarnym eksperymentom. Dlatego tworzono tam produkty przypominające dzisiejsze lody.

Historycy są dość zgodni, że kilka wieków przed naszą erą nastąpiło tzw. rzymskie optimum klimatyczne, charakteryzujące się ciepłymi oraz stabilnymi warunkami pogodowymi. Średnie temperatury w rejonie basenu Morza Śródziemnego były wtedy o ok. 2 st. C wyższe niż w chłodniejszych stuleciach naszej ery.

Tego lata temperatura w wielu krajach Europy bije rekordy. Sezon na lody trwa tu już zatem od wielu tygodni i wszystko wskazuje na to, że upały wyjątkowo go wydłużą.

Popyt na lody, zarówno wśród mieszkańców Europy, jak i turystów, od Lizbony po Helsinki, jest w tym roku wyjątkowo duży. Cieszy to producentów tego deseru, którzy już dzisiaj liczą niespodziewanie wysokie zyski. Ochota na schłodzenie tym, co najbardziej jakościowe cieszy szczególnie właścicieli włoskich gelaterii – lodziarni o tradycjach sięgających kilku pokoleń. Tym bardziej że to właśnie włoskie lodziarnie w rankingu prestiżowego internetowego przewodnika kulinarno-turystycznego TasteAtlas położyły światową konkurencję na łopatki.

Poziomki, lawenda i amaretti

Portal TasteAtlas gromadzący co roku informacje o tradycyjnych potrawach, lokalnych produktach oraz sprawdzonych restauracjach z całego świata wybiera na podstawie analizy komentarzy i recenzji online 100 najlepszych lodziarni.

W tegorocznym rankingu Włochy miażdżą konkurencję, zajmując… 44 pierwszych miejsc! Pierwsza rzemieślnicza lodziarnia spoza Półwyspu Apenińskiego pojawia się w zestawieniu dopiero na 45. pozycji! Szczyt podium okupują dwa włoskie, bardzo „lodowe miasta” – Rzym i Florencja.

Tytuł najlepszej lodziarni na świecie według TasteAtlas przypadł Gelaterii Fatamorgana w Rzymie, która otrzymała w rankingu 69 pkt. Wyrobów zwycięskiej firmy skosztować możemy w aż dziewięciu lodziarniach w stolicy Włoch – pięć z nich zlokalizowanych jest w ścisłym centrum. Gelateria Fatamorgana reklamuje swoje wyroby jako naturalne, wytwarzane ręcznie w wysoce innowacyjnym procesie produkcji. Działa na rynku już od 23 lat.

Które smaki słynnych lodów najbardziej przypadły do gustu rzymskim specom kulinarnym i turystom? O triumfie Fatamorgany zadecydowały: lody z poziomek z miasteczka Nemi z lawendą, lody brzoskwiniowe z winem, lody o smaku słynnego tortu Sachera, miks: mięta, żen-szeń i mleko migdałowe,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

I nie wódź nas w nieskończoność

Od kilku lat biskupi mówią o powołaniu komisji ds. pedofilii, ale robią wszystko, by nie powstała

„Kiedy powstanie zapowiadana komisja do zbadania przypadków wykorzystywania seksualnego nieletnich przez osoby duchowne?”, zapytałem ks. Leszka Gęsiaka, rzecznika prasowego Konferencji Episkopatu Polski.

„Szanowny Panie Redaktorze, dziękujemy za przesłane pytanie. Niestety Ksiądz Rzecznik przebywa obecnie na urlopie. Z wyrazami szacunku”, odpisało biuro prasowe KEP. Oczywiste jest, że ks. Gęsiakowi należy się zasłużony odpoczynek, ale rzecznik Konferencji Episkopatu Polski ma przecież podwładnych – pracowników biura prasowego, które, jak napisano na stronie KEP, „kontaktuje się z mediami i prezentuje stanowisko zajmowane przez Konferencję Episkopatu Polski w sprawach ważnych dla życia Kościoła”. Biuro prasowe KEP podlega bezpośrednio sekretarzowi generalnemu, bp. Markowi Marczakowi, członkowi wąskiego grona prezydium KEP. Wystarczyło go zapytać.

Pracownicy biura prasowego mogli też zasięgnąć języka u abp. Tadeusza Wojdy, przewodniczącego KEP, jego zastępcy abp. Józefa Kupnego lub prymasa Polski Wojciecha Polaka. Raczej nie jest prawdopodobne, aby najbardziej decyzyjni hierarchowie Kościoła w Polsce byli jednocześnie na urlopach. Zdaje się jednak, że właśnie o to chodziło – tak mi odpowiedzieć, abym się odczepił i nie drążył niewygodnego tematu.

Kłamstwo ma krótkie nogi

Sprawa powołania rzeczonej komisji jest bowiem kompromitująca dla biskupów. W marcu 2023 r. po obradach KEP pasterze Kościoła poinformowali, że „w trosce o dobro ofiar” powstanie specjalna komisja ds. „zbadania problemu wykorzystania seksualnego małoletnich przez niektórych duchownych”.

W czerwcu 2023 r., podczas kolejnego zebrania KEP, w Lidzbarku Warmińskim, abp Wojciech Polak przedstawił wniosek, aby przyszła komisja miała charakter śledczy i zajęła się przypadkami pedofilii od 1945 r. do momentu jej powołania. „Nie da się zbadać tylko przeszłości, nie odnosząc się do teraźniejszości, ponieważ sprawy, które wydają się tylko historyczne, ostatecznie takimi nie są, gdyż często prowadzą do konieczności podjęcia działań dzisiaj”, mówił prymas Polski.

Wniosek został przedyskutowany, a potem przegłosowany przez biskupów. Przez następne miesiące hierarchowie zapewniali opinię publiczną, że prace nad utworzeniem komisji trwają, prowadzone są konsultacje, analizy i narady.

Jednak w marcu 2025 r. wyciekła do mediów opinia Rady Prawnej KEP (zasiada w niej 10 biskupów i kilkunastu księży konsultorów). W dokumencie zarekomendowano hierarchom złamanie złożonej publicznie obietnicy powołania komisji. Według członków Rady Prawnej KEP utworzenie komisji o uprawnieniach śledczych byłoby groźne m.in. dlatego, że przed jej oblicze byliby wzywani i przesłuchiwani nie tylko szeregowi księża, ale i biskupi. Działalność komisji przerodziłaby się w sąd nad „przełożonymi kościelnymi”, a w pracach

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Beethoven, gdyby żył w naszych czasach, słyszałby. To medycyna – mówi prof. Skarżyński

Prof. Henryk Skarżyński napisał libretto do musicalu. Opowiada o swoich pacjentach

Oto zuchwałość XXI w. 34 lata temu prof. Henryk Skarżyński dokonał pierwszej operacji wszczepienia osobie całkowicie niesłyszącej implantu ślimakowego. Było to wówczas wielkie wydarzenie, wielki przełom. Chodziło o to, by osoba z implantem mogła słyszeć dźwięki, idąc ulicą, i czuć się w miarę swobodnie. O tym, by mogła mówić, rozmawiać, można było wówczas jedynie pomarzyć.

Teraz osoby ze wszczepionym implantem grają i śpiewają. Postęp jest gigantyczny. „Pamiętam, ile emocji to wzbudzało, ile wysiłku kosztowało, by przekonać środowiska naukowe i decydentów, że osoba niesłysząca może odzyskać kontakt ze światem dźwięków – wspomina prof. Skarżyński. – Dziś robimy to u kilkumiesięcznych dzieci, dając im szansę na swobodny rozwój mowy i normalne życie. Stymulując mózg od wczesnych miesięcy, rozwijamy jego możliwości oraz zdolności. Nauka nie tylko nadąża za światem – ona go kształtuje”.

Od 2015 r. prof. Skarżyński organizuje w Kajetanach Międzynarodowy Festiwal Muzyczny „Ślimakowe Rytmy/Beats of Cochlea”, byśmy na własne oczy mogli się przekonać, co potrafi współczesna medycyna. I usłyszeć młodych ludzi śpiewających oraz grających Beethovena i Chopina.

W tym roku w lipcową sobotę finał festiwalu obfitował też w bonusy: film dokumentalny w reżyserii Miłki Skalskiej o tych, którym implant dał nowe życie, „Implant. Mój Przyjaciel Po Wsze Czasy”, i musical „Powrót Beethovena”, do którego libretto napisał… prof. Henryk Skarżyński.

Libretto? Jakim sposobem? Skąd u profesora taka pasja? Skąd wolny czas na jej rozwijanie? Henryk Skarżyński mówi o tym w filmie Miłki Skalskiej: „Kocham pracę, bez niej nie byłbym w stanie funkcjonować. Wyzwala we mnie nowe możliwości, marzenia, które albo spisuję w postaci jakiegoś wiersza czy jakiejś rymowanki, albo opisu jakiegoś wrażenia, i to zostawiam. Czasami nie wracam do tego przez lata, a czasami po paru miesiącach okazuje się, że to był fantastyczny pomysł i należy go rozwijać”.

Pasja profesora do sztuki, muzyki, do poezji to rzecz znana. Wiemy też, że po całym dniu ciężkiej pracy, wymagającej maksymalnego skupienia, mijają nieraz godziny, nim mózg się uspokoi i wyciszy. Taki jest „Powrót Beethovena” – musical, który powstał na podstawie półautobiograficznej książki profesora o tym samym tytule. To opowieść o jego pacjentach, o ich historiach. O rodzicach, którzy z obawami i nadzieją przyjechali z dziećmi do Kajetan. O małych pacjentach, dla których implant oznaczał przeniesienie w nową rzeczywistość – ze świata ciszy w świat dźwięków. O trudach rehabilitacji, zderzeniu z własnymi słabościami i nietolerancją otoczenia. I o Beethovenie, który – gdyby żył w naszych czasach – słyszałby.

„To cud”, mówi w „Powrocie Beethovena” mama małego chłopca,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Nauka Wywiady

Fascynują mnie mitochondria

Polski Nobel za wybitne osiągnięcia w dziedzinie biologii molekularnej i komórkowej

Prof. Agnieszka Chacińska – dyrektorka Międzynarodowego Instytutu Mechanizmów i Maszyn Molekularnych PAN (IMol PAN). Biolożka molekularna, zajmuje się biochemią komórek oraz molekularnymi aspektami biologii komórki, szczególnie biogenezą, transportem i degradacją białek mitochondrialnych oraz ich nieprawidłowym funkcjonowaniem prowadzącym do patologii. Członkini Europejskiej Organizacji Biologii Molekularnej Academia Europea, Niemieckiej Akademii Przyrodników Leopoldina.

Polska Akademia Nauk po raz pierwszy przyznała pani za wybitne osiągnięcia naukowe znaczącą nagrodę finansową w wysokości 400 tys. zł, którą nazywa siępolskim Noblem. Na co pójdą te pieniądze?
– Są do indywidualnego wykorzystania. W polskiej nauce często słyszy się narzekania na zarobki, więc taka nagroda daje po prostu większe możliwości i pozwala uniknąć presji finansowej. Bardzo się z niej cieszę. Dobrze, że i Polska ma taką nagrodę – na świecie jest bardzo dużo różnych nagród naukowych w różnych kategoriach. Liczę na to, że po tej pierwszej PAN będzie przyznawać regularnie kolejne zaszczytne wyróżnienia wraz z bardzo ładną, specjalnie zaprojektowaną statuetką.

Instytut IMol PAN ma charakter międzynarodowy. Czy znajduje to odzwierciedlenie w obsadzie pracowników?
– 50% zatrudnionych w PAN nie ma polskich paszportów. W naszej Radzie Naukowej działa m.in. amerykański biolog molekularny polskiego pochodzenia Victor Ambros, który stara się o polskie obywatelstwo. Razem z Garym Ruvkunem był współlaureatem Nagrody Nobla w dziedzinie fizjologii lub medycyny w 2024 r. W 2014 r. był jednym z laureatów Nagrody Wolfa w dziedzinie medycyny. Mamy wśród stuosobowej załogi osoby z ponad 20 krajów, nawet z Indii. Czują się u nas dobrze, robią doktoraty, prowadzą badania i zostają liderami grup. Instytut IMol PAN, dokonując rekrutacji nowej kadry, wybiera najlepszych naukowców na wszystkich poziomach, w tym zwłaszcza na poziomie liderów grup. Nasz rada jest bardzo zaangażowana w ten ostatni proces.

Współczesne prace badawcze w biotechnologii są bardzo kosztowne. Początkowo programy te realizowaliście w ramach Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. I były na to pieniądze.
– Wraz z koleżanką, a potem wicedyrektorką IMol zdobyłyśmy grant Fundacji na rzecz Nauki Polskiej w ramach programu Międzynarodowe Agendy Badawcze ze środków Unii Europejskiej. Dostałyśmy prawie 40 mln zł na utworzenie programu ReMedy (Regenerative Mechanisms for Health). Teraz w instytucie PAN kontynuujemy prace, przenieśliśmy część aparatury zakupionej z grantu i nadal uzupełniamy nasze wyposażenie. Ale to był początek. Teraz wszystkie badania w instytucie są prowadzone w ramach grantów polskich, głównie z Narodowego Centrum Nauki, i europejskich. Trzeba pamiętać, że subwencje państwowe na takie badania nie są i nie powinny być wystarczające. Granty jako konkursy – o ile procedura selekcji zwycięzców jest prawidłowa – działają dużo lepiej, bo podnoszą poziom nauki. Instytut musi więc zabiegać o finansowanie, zwłaszcza gdy jego celem jest rozszerzanie wiedzy, i na tak wczesnym etapie nie może zaoferować praktycznego, a tym bardziej rynkowego  spożytkowania swoich osiągnięć. Ale najcenniejsi w każdym instytucie naukowym są ludzie. Zdarzało się niekiedy, że obficie płynął strumień strukturalnych funduszy z UE, ośrodki akademickie kupowały sporo drogiej aparatury i… stała ona nawet nierozpakowana, bo zabrakło chęci i wiedzy, jak takie cacka właściwie spożytkować. W IMol PAN na czele grup badawczych stoją silne osobowości naukowe, mamy wystarczające oprzyrządowanie oraz mądrych i chętnych do pracy ludzi z całego świata.

Instytut ma ambicje wykorzystać najnowsze osiągnięcia nauk biologicznych w praktyce terapeutycznej. Obiektem waszego zainteresowania są mitochondria.
– IMol ma szersze zainteresowania naukowe. A mitochondria to obiekt zainteresowań kierowanej przeze mnie grupy naukowej. Śledzimy, co robi „maszyneria komórkowa”, na którą składają się także mitochondria, ważna część komórki, elektrownia całego organizmu, zwłaszcza mięśni i mózgu. Stąd żywe ciało czerpie swoją moc.

Choroby, proces starzenia i różne deficyty genetyczne odbierają nam część energii. Można temu przeciwdziałać?
– Nie wszystko da się naprawić i wyleczyć. Są wrodzone błędy w naszym kodzie genetycznym, z tym się rodzimy. Można jednak próbować ograniczyć dysfunkcje, opóźnić czy złagodzić symptomy. Nie bardzo jednak radzimy sobie z leczeniem chorób genetycznych. Zmiany w genomie, czyli kompletnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Andrzej Szahaj Felietony

Zdrowie bez zysku albo zysk bez zdrowia

To, że z polską ochroną zdrowia jest źle, wydaje się ewidentne. Ale mniej jasna jest przyczyna. Najczęściej mówi się o braku pieniędzy. Z pewnością to racja. W tym kontekście niedawne obniżenie składki zdrowotnej dla przedsiębiorców zakrawa na absurd. Co tu kryć, absurd zgodny z nastawieniem cechującym całą naszą klasę polityczną, która od początku transformacji dba przede wszystkim o interes przedsiębiorców, mając w nosie los pracowników najemnych, choć to oni de facto utrzymują całe państwo (vide system podatkowy).

Gdy jednak pominiemy sprawę finasowania, pozostaje pytanie o głębszą przyczynę kłopotów. Moim zdaniem wiąże się ona z polskim zaczadzeniem ideologią wolnorynkową. Towarzyszy nam ono od początku transformacji. Nie potrafimy się z niego otrząsnąć, choć wszystko wskazuje na to, że byłoby to z korzyścią dla ogółu. Teza moja jest następująca: wpuszczenie rozwiązań rynkowych do ochrony zdrowia przyczyniło się do jej fundamentalnych kłopotów. I nie idzie nawet o to, że obok systemu państwowej ochrony zdrowia mamy system prywatnej ochrony zdrowia, ale o to, że ów system państwowy działa jak prywatny. Logika i tu, i tam jest identyczna: walka o pieniądze i nastawienie na zysk. To jest skądinąd sedno neoliberalnej rewolucji, z jaką mamy do czynienia na świecie od początku lat 80. XX w.: spowodować, aby nawet te fragmenty praktyki społecznej, które z zasady nie nadają się do urynkowienia, zostały urynkowione. Dotyczy to przede wszystkim ochrony zdrowia, transportu publicznego i edukacji (jako dziekan wydziału nigdy nie rozumiałem, co to znaczy, że wydział ma wypracować zysk).

Wolny rynek sprawdza się tu i ówdzie (np. w handlu), ale nie wszędzie. Z pewnością nie tam, gdzie w grę wchodzą tzw. usługi publiczne. Jak bowiem wycenić ludzkie zdrowie? Jak wprowadzać zasadę rynkowej rywalizacji do świata usług publicznych, które domagają

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.