Blogerzy wszystkich krajów, rozpraszajcie się!

Blogerzy wszystkich krajów, rozpraszajcie się!

Polscy blogerzy byli tylko darmowymi producentami tekstu tła dla kampanii reklamowych

Iskry jeszcze dogasają i płatki sadzy wirują w powietrzu po katastrofie, która obróciła w nicość miliony polskich blogów w pierwszym kwartale tego roku. Z końcem stycznia Onet, a z końcem marca Wirtualna Polska zlikwidowały swoje serwisy blogowe. Przyczyny – spadek zainteresowania i nieopłacalność, wywołane konkurencją globalnych mediów społecznościowych: Facebooka, YouTube’a i Twittera.

Kryzys

Nie wszyscy udali się potulnie na wirtualną emigrację. Agnieszka Ptaszyńska, autorka przewodników turystycznych, która na onetowym blogu zamieszczała zapiski z podróży, oskarża internetowych potentatów o „dziki kapitalizm” i brak troski o człowieka. Jej zdaniem informacja o likwidacji Blog.pl pojawiła się zbyt późno, a w nowym miejscu autorzy stracą lata, zanim wypracują wysoką pozycję w wyszukiwarce Google.

Socjolog Dagmara Sobczak w tekście „Kiedyś chcieliśmy zakładać blogi, dziś chcemy je zamykać” pisze o zmęczeniu nadmiarem bodźców płynących z mediów społecznościowych i coraz większym zainteresowaniu życiem offline. Komentarze pod jej artykułem dobrze oddają nastrój rezygnacji i przygnębienia polskich blogerów. Po latach włożonych w walkę o czytelnika zdali sobie oni sprawę, że popularność nie może być dla wszystkich, że byli tylko darmowymi producentami tekstu tła dla kampanii reklamowych.

Jedna z komentujących osób napisała o błędnym kole. Życie offline jest zdrowsze i coraz popularniejsze, ale zarazem oznacza, że mniej czasu spędzamy na wyszukiwaniu wartościowych treści. Dla nowych autorów, chcących opowiadać o swoich pasjach, szansa na znalezienie czytelników staje się coraz mniejsza.

W świecie medialnych gigantów

Opowiadanie o sobie światu lub nawet zarabianie na Facebooku czy YouTubie do niedawna wydawało się sensowną alternatywą dla zamierających blogowisk. Łatwa do stworzenia sieć kontaktów i sprawna wymiana informacji sprzyjały zwłaszcza małym biznesom.
Katarzyna Mortoń, choreografka i działaczka społeczna, przez 10 lat budowała sieć przyjaciół, krewnych, współpracowników, zapisywała bazę klientów. Zilustrowała swoje lekcje nagraniami muzycznymi w sposób, który złamał przepisy Facebooka w zakresie praw autorskich. Była ostrzegana, wreszcie jej konto zostało dożywotnio zlikwidowane. Nie wypiera się swojej winy, protestuje jednak przeciwko drastyczności kary, brakowi drogi odwołania i utracie danych. Jej zdaniem „w społeczeństwie, które zbudował Facebook, nie ma instytucji sądu, sprawiedliwości. Ty nie masz Rzecznika Praw Obywatelskich, a zasady są mało klarowne”.

Co gorsza, połączenie mediów społecznościowych ze sztuczną inteligencją umożliwia sterowanie zachowaniami użytkowników na ogromną, globalną skalę. François Chollet z Google’a ostrzega, że inteligentne programy rejestrują każdy nasz lajk, komentarz, kliknięty artykuł – i tworzą nasze profile psychologiczne. Takie profile są używane przez Facebooka czy YouTube’a do zwiększenia skuteczności reklam.

Niestety, okazało się, że mogą także być wykorzystywane do kierowania decyzjami wyborców i podważania demokracji (np. w ostatnich wyborach prezydenckich w USA i w referendum poprzedzającym brexit). Według Jarona Laniera, jednego z twórców internetu w latach 90., problemem jest obecna formuła komunikacji opłacanej przez reklamodawców. Jego zdaniem nie do przyjęcia jest model, w którym jeśli dwie osoby chcą porozmawiać – mogą to zrobić tylko wówczas, gdy zapłaci za to ktoś trzeci, chcący je zmanipulować.

Czy po aferze Cambridge Analytica i przesłuchaniach Marka Zuckerberga przed amerykańskim Kongresem coś się zmieni? Nie. Głośna na początku roku akcja #deletefacebook (usuń Facebooka) upadła. Już w marcu aktywność użytkowników w porównaniu z rokiem 2017 wzrosła o 13%.

Narodziny rozproszonego internetu

Czy w połowie 2018 r. istnieje jeszcze w internecie jakieś bezpieczne, przyjazne miejsce na pisanie bloga i budowanie społeczności w sieci?

Wielu polskich blogerów, których nie stać na opłacanie własnej strony, zaczęło korzystać z serwisów zagranicznych. Nie wiadomo jednak, jak długo jeszcze te serwisy wytrzymają konkurencję z mediami społecznościowymi. – Wiele osób zastanawia się teraz, gdzie prowadzić bloga – mówi programista Krzysztof Szumny. – Zła decyzja może skutkować takimi przygodami, jakie dotknęły użytkowników Blog.pl, tj. skasowaniem wszystkich blogów, prawie bez ostrzeżenia. Postawienie bloga pod własną domeną albo nawet na własnym serwerze daje większą swobodę i pewność, że nikt tych danych nie skasuje, ale generuje dodatkowe koszty.

Krzysztof Szumny (jako noisy2) organizuje polską społeczność na nowym typie blogowiska o nazwie Steemit, skąd żadnego bloga nie można usunąć, bo „wszystkie wpisy są na zawsze zapisywane w blokczejnie, dzięki czemu jest pewność, że nikt ich nigdy nie skasuje”.

Szczegóły techniczne blokczejna (ang. blockchain) są dość skomplikowane, ale główna idea – niezwykle prosta. Wpisy blogowe nie są rejestrowane w jednej, centralnej pamięci. Zamiast tego każdy wpis trafia na dziesiątki, a niekiedy setki komputerów na całym świecie. W ten sposób żadna pojedyncza osoba ani nawet państwo czy korporacja nie ma kontroli nad zgromadzonymi informacjami.
Tego rodzaju sieci rozproszone stają się coraz popularniejsze, gdyż mogą zabezpieczać nie tylko blogi, ale także transakcje bankowe, dane osobowe, rezerwacje hotelowe i wiele innych dziedzin.

Bitkojny dla nieinformatyków

Rozproszone blogowanie stało się tak popularną ideą, że na całym świecie liczba użytkowników Steemita przekroczyła niedawno okrągły milion. Autorów przyciąga nie tylko bezpieczeństwo blogów, ale również możliwość zarabiania. Blokczejn umożliwia bowiem produkcję wirtualnych pieniędzy, które dzięki inwestorom są wymienialne na realne dolary czy złotówki. Pieniądze te otrzymują autorzy najpopularniejszych artykułów.

Najbardziej znane wirtualne pieniądze – bitkojny (ang. bitcoin) – mogą zarabiać tylko informatycy, gdyż wymaga to ogromnej wiedzy technicznej. Na Steemicie natomiast piszą i zarabiają też artyści, historycy, a nawet filozofowie! Zamiarem twórcy tego blogowiska, analityka finansowego Neda Scotta, było bowiem stworzenie popularnego „bitkojna dla wszystkich”, nzwanego Steem. Aby zarobić, wystarczy coś ciekawego opublikować.

Wpływowy amerykański magazyn „Forbes” nazwał niedawno Steemita „gigantycznym biuletynem, gdzie wartościowe treści pozwalają blogerom zdobywać realne pieniądze”.

Blogowiska rozproszone po polsku

Polscy steemianie są prawdziwymi liderami w bardzo pomysłowym wykorzystywaniu tego nowego sposobu pisania w sieci. Grupa naszych blogerów postanowiła np. wykorzystać zarobione pieniądze na wsparcie ostatniej edycji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (zebrali prawie 700 zł). Z kolei Dawid Hallmann (hallmann) z rzeszowskiej Fundacji Tradycji uważa, że Steemit może być cennym źródłem finansowania działalności statutowej organizacji pozarządowych. Najbardziej niezwykłą akcję przeprowadził w minione Boże Narodzenie Paweł Stanowski (barbarossastudio). We współpracy z polskimi misjonarzami zebrał środki na sfinansowanie szkoły dziewczynce z Afryki.

Wraz z narodzinami rozproszonego internetu i blogowisk płacących nie udziałowcom korporacji, tylko autorom, sytuacja tych drugich radykalnie się zmieniła. Nikt nie jest w stanie usunąć ich wpisów ani nawet cenzurować. Mogą oni nie tylko zarabiać, ale i wspierać innych. Blogowanie stało się biznesem, a niekiedy nawet formą edukacji obywatelskiej.

Inwestorzy i autorzy mogą oczywiście odejść i za kilkanaście lat o rozproszonym internecie nikt już nie będzie pamiętał. Możliwe jednak, że mamy do czynienia z rewolucją technologiczną, z którą nawet Google, Facebook czy Apple wkrótce będą musiały się liczyć.

Dariusz Kot publikuje artykuły o religii i historii w krakowskim „Znaku”, na Steemicie prowadzi blog o religii i technologii

Wydanie: 30/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy