Bohater i sprawca

Bohater i sprawca

Major Marek Miłosz rzeczywiście uratował życie premierowi. Ale wcześniej sam sprowokował wypadek helikoptera

Zarzut umyślnego sprowadzenia niebezpieczeństwa katastrofy przez naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu powietrznym i w efekcie nieumyślne spowodowanie katastrofy śmigłowca, zagrażającej życiu i zdrowiu wielu osób, postawiono mjr. Markowi Miłoszowi – oświadczył w minioną środę Dariusz Knapczyński, rzecznik Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. – Pilot, który 4 grudnia 2003 r. pilotował śmigłowiec Mi-8, z premierem rządu RP, Leszkiem Millerem, na pokładzie, nie włączył ręcznego trybu ogrzewania wlotów powietrza w silnikach, co spowodowało ich awarię, a w konsekwencji runięcie maszyny na ziemię.
To oświadczenie wywołało w ubiegłym tygodniu prawdziwą burzę. Media raz jeszcze przypomniały dramatyczne zdarzenia towarzyszące katastrofie rządowego śmigłowca, który spadł koło wsi Chojnów, zaledwie 14 km od lotniska na Okęciu. Kładąc przy tym nacisk na perfekcyjny manewr autorotacji (kontrolowanego spadania) w wykonaniu mjr. Miłosza, który znacznie zredukował energię zderzenia, ratując pasażerom życie. I dziś Miłoszowi grozi osiem lat więzienia! – stwierdzano z oburzeniem.
Wrzawy, wywołanej postawionym zarzutem, nie wyciszył nawet sam Marek Miłosz, przyznając się do winy. Czyżby zatem była ona uzasadniona? Mam co do tego poważne wątpliwości.

Lądowanie w rowie

Przekonanym o niewdzięczności wobec Marka Miłosza proponuję pewien eksperyment myślowy. Otóż wyobraźmy sobie kierowcę busa, który – jak setki razy wcześniej – usiadł za kółkiem i wyruszył w trasę. Zapomniał jednak włączyć funkcję ABS… I nagle, na łuku drogi, jego pojazd wpadł w poślizg. Dzięki wieloletniemu doświadczeniu kierowcy udało się nie uderzyć w drzewo i nie zderzyć z jadącym z naprzeciwka autem. Ceną było jednak twarde lądowanie w rowie, w wyniku którego poważne obrażenia odniosło kilku pasażerów. Na tyle poważne, że kierowcą zainteresował się prokurator… I postawił mu zarzut identyczny jak mjr. Miłoszowi, tyle że odnoszący się do ruchu drogowego.
Jestem przekonany, że większość trzeźwo myślących osób uznałaby postępowanie prokuratorskie za uzasadnione. Skąd więc taki raban wokół zarzutów ciążących na pilocie?
Problem polega na tym, iż media wykreowały Miłosza na bohatera, którym nigdy nie zostałby ów kierowca. Przyczynił się do tego dużo bardziej spektakularny – choć w gruncie rzeczy sprowadzający się do tego samego, czyli zagrożenia życia – charakter grudniowego wypadku. Istotne znaczenie miały też rzeczywiście mistrzowskie umiejętności majora. Lecz bodaj najważniejszy był fakt, iż wśród pasażerów śmigłowca znaleźli się premier rządu RP oraz szefowa jego gabinetu, Aleksandra Jakubowska.
Sprawca ich cudownego ocalenia nie mógł pozostać w cieniu – to zrozumiałe. Zapomniano tylko o jednym drobnym, lecz istotnym szczególe – że Miłosz rzeczywiście uratował życie kilkunastu osobom, ale wcześniej osobiście sprowokował zagrożenie…

Możliwe ułaskawienie

W całej tej medialnej wrzawie wokół mjr. Miłosza bodaj najrozsądniej zachował się premier Miller. Pytany przez dziennikarzy o swój stosunek do orzeczenia prokuratury, wymigał się, twierdząc, że nie jemu komentować działania wojskowych organów sprawiedliwości. Lecz zaraz kurtuazyjnie zapewnił, że nie utracił zaufania do majora i nadal chętnie będzie z nim podróżował. Wiedząc przy tym (w czym cały majstersztyk), że o takim scenariuszu nie może być mowy, bowiem Miłosz, dopóki ciążą na nim zarzuty, jest uziemiony.
Co dalej z oskarżonym pilotem? Jeśli ostatecznie dojdzie do procesu, jest mało prawdopodobne, by Miłosz otrzymał najwyższy z możliwych wymiarów kary – twierdzi poproszony przeze mnie o komentarz wojskowy prokurator z wieloletnim stażem. Jego zdaniem, należy się spodziewać niskiego (maksymalnie dwuletniego) wyroku w zawieszeniu. A nawet gdyby wojskowy sąd okazał się wyjątkowo pryncypialny, Miłosz z pewnością mógłby liczyć na przychylność zwierzchnika sił zbrojnych, a zarazem uzbrojonego w prawo do ułaskawień prezydenta.
– Cokolwiek by o Miłoszu mówić, jest bohaterem – uzasadnia mój rozmówca. – A tych lepiej do paki nie wsadzać. Chyba że ktoś koniecznie chce się narazić opinii publicznej.


Kim jest major Miłosz
Major Marek Miłosz w 1989 r. ukończył Szkołę Orląt w Dęblinie. Służbę odbywał w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego oraz w 37. Pułku Śmigłowców Transportowych z Leźnicy. Do 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego z Okęcia, zajmującego się wożeniem VIP-ów, trafił w 1998 r. W chwili wypadku był dowódcą eskadry śmigłowców.
W „36” służy elita polskiego lotnictwa – Miłosz, uchodzący za jednego z najlepszych, za sterami śmigłowców spędził ponad 3 tys. godzin, z czego 2750 właśnie w Mi-8.
– Marek ma ogromne doświadczenie, które potwierdził, lądując awaryjnie w Chojnowie. To bardzo trudny manewr, wymagający stalowych nerwów i mistrzowskiego opanowania sztuki pilotażu – przekonują koledzy Miłosza z jednostki. Ich zdaniem, o kwalifikacjach majora świadczy również to, że wybrano go do pilotowania śmigłowca, którym w 2002 r., podczas swojej pielgrzymki w Polsce, podróżował papież.

 

Wydanie: 12/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Marcin Kulpa

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy