Bunt na Platformie?

Bunt na Platformie?

Kto chciał wyciąć Płażyńskiego?

Kilka dni przed prawyborczym show Platformy Obywatelskiej na sopockim molo szeptano, że „mogą być niespodzianki”, ale żaden z liderów PO nie traktował serio owych „życzliwych” informacji. Zakulisowe podchody traktowano jako demokratyczny kaprys i przywilej. Donald Tusk promieniał spokojem i energią, a ludzie z najbliższego otoczenia Macieja Płażyńskiego uważali, że jakieś ruchy w terenie czy nawet w Gdańsku nie są żadnym zagrożeniem dla liderów..
– Prawybory na Pomorzu odbywały się w trzech miastach: Malborku, Starogardzie Gdańskim i Sopocie. Liderzy byli wszędzie. Na „terenowe” spotkania przyszło kilkaset osób, na sopockie molo przybyły dwa, trzy tysiące osób – twierdzi Jacek Merkel, lokalny pełnomocnik PO.
Oficjalna kolejność na listach po pomorskich prawyborach nikogo nie zaskoczyła. W okręgu gdańskim zwyciężył Maciej Płażyński (1356 głosów) przed Aleksandrem Hallem (1000 głosów) i Januszem Lewandowskim (915 głosów). Od czwartego miejsca pojawiły się nowe twarze. Nie znalazł się na gdańskiej liście poseł Jerzy Borowczak – stoczniowiec, legenda gdańskiego, sierpniowego strajku.
W Gdyni bezapelacyjnie zwyciężył Donald Tusk (1725 głosów). Drugi był poseł Jerzy Budnik (905 głosów). Na ostatnim, 14. miejscu w gdyńskim okręgu znalazł się Arkadiusz Rybicki – obecny wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, który ostatnio zabiegał, by tablicę ze sklejki z 21 postulatami z Sierpnia ’80 (osobiste rękodzieło Arkadiusza Rybickiego) UNESCO zakwalifikowało jako polskie „dziedzictwo kulturowe” na równi z pismami Kopernika i dziełami Chopina.
Tadeusz Aziewicz, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, także „nie załapał” się na gdyńską listę PO. Pomorze zapomniało już o tym polityku.

Manipulacja…
spółdzielcza?
Trzy dni po prawyborach na Pomorzu „Głos Wybrzeża” opublikował tekst o „Spółdzielni Obywatelskiej”, czyli piątce lokalnych, ambitnych aktywistów PO, którzy postanowili zadbać o siebie i wziąć swój los w swoje ręce. Janusz Lewandowski nie ma wątpliwości, że sojusz „piątki” był czytelny. Sprawdził się i zaowocował w Malborku i Starogardzie. Tam na piątym miejscu znalazł się lider, Maciej Płażyński, a na dalszych miejscach listy Janusz Lewandowski i Aleksander Hall. Wszyscy trzej politycy swoje ostateczne notowania w Pomorskiem zawdzięczają głosom oddanym tylko w Sopocie.
W terenie zwyciężyli: Leszek Czarnobaj – starosta Kwidzyna, Zenon Odya – prezydent Tczewa, Grażyna Paturalska – współwłaścicielka firmy Pakmet ze Starogardu Gdańskiego, Jarosław Gorecki – dyrektor ZUS-u w Gdańsku i Józef Tymiec – pełnomocnik PO w pow. malborskim. Za inicjatora „piątki” dość powszechnie uważa się Jarosława Goreckiego. Sam zainteresowany zaprzecza. Uważa, że na swój „terenowy” sukces zapracował, bo wysłał ogółem cztery tysiące ulotek. – Wywodzi się z Ruchu STU. Poza tym żona dyrektora gdańskiego ZUS-u była szefową kampanii prezydenckiej Olechowskiego na Pomorzu, a teraz prowadzi firmę ochroniarską – przypominają koledzy Goreckiego.
Grażyna Paturalska – bizneswoman, laureatka wielu nagród, kobieta sukcesu – źle znosi lokalne ograniczenia. Tuż za nią w prawyborach pomorskich uplasował się Zenon Odya. Zaprzecza, że „uczestniczył w jakiejś spółdzielni”, ale uważa, że jakiś sojusz mógł stworzyć się mimo woli, bo w terenie ludzie wiedzą, co to lokalny patriotyzm. – Płażyńskiemu nikt nie może zagrozić w Pomorskiem, to oczywiste, ale Płażyński i Tusk nie muszą zwyciężać w każdej miejscowości – mówi Odya. Nie ukrywa, że ma rodzinę w Malborku, a przyjaciół w Starogardzie.
– Mam dość tych „pięknisiów” z ulotek, którzy wchodzą na mój adres mailowy. Za odbiór ich wyborczych ofert muszę płacić – mówi student z Politechniki Gdańskiej. Irytacji nie ukrywali również ci, którzy tuż przed prawyborami w Sopocie dostawali przesyłki pocztowe, za które musieli sami płacić po 2 zł 40 gr. W liście były fotooferty kandydatów.

Tasowanie
– Układy i frakcje w polityce nie są niczym nowym – mówi Tadeusz Gleinert (PO), gdański samorządowiec i wiceprezes Zarządu Głównego Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. – Często ludzie z terenu wycinają w wyborach „tych z centrali”. Chcą udowodnić swoją siłę.
Jacek Merkel uważa, że określenie pomorskich prawyborów jako „terenowej, lokalnej manipulacji” jest na wyrost. – Prawybory są po to, by się organizować i nie ma w tym nic nadzwyczajnego – dodaje.
„Spółdzielnia”, zdaniem wtajemniczonych, koncentrowała głosy na swojej „piątce” – osobach, które wszyscy znają. – Tczew dogadał się ze Starogardem, a Malbork z Kwidzynem. To jest możliwe, bo tak się tworzą lokalne więzi i wspólnoty – kalkuluje Józef Tymiec, pełnomocnik PO w pow. malborskim.
W Malborku i Starogardzie zadziwia jedynie popularność dyrektora gdańskiego ZUS-u, Jarosława Goreckiego, z którym w tych miejscowościach przegrał poseł Aleksander Hall.
– Gorecki gorączkowo szuka miejsca, bo mu się pali pod stołkiem – mówią radni z AWS-u w Gdańsku. – Kto go będzie chciał po wyborach wrześniowych? Tych zagrożonych w Pomorskiem nie brakuje. Część weszła na Platformę jak Włodzimierz Machczyński, dyrektor Portu Lotniczego w Gdańsku, który niedawno przez trzy dni był niechcianym dyrektorem Lotniska Okęcie w Warszawie. Nie chcieli go związkowcy. Machczyński jest zawzięty. Musi się urządzić i bez ogródek ogłasza, że posłowanie mu się należy. Wyborcy w Pomorskiem mają inne zdanie. Gadżety rozdawane na sopockim molo już ich nie biorą. Prezydent kurortu, Jacek Karnowski (Platforma-SKL), uznał, że akcja terenowej „Spółdzielni”, w której skreślono Płażyńskiego, była dowodem niedojrzałości politycznej.

 


dziennikarka „Głosu Wybrzeża”

Wydanie: 24/2001

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy