„Burza” Janusza Wiśniewskiego

„Burza” Janusza Wiśniewskiego

Niewiele tu z Szekspira zostało, aura czy rama raczej

Janusza Wiśniewskiego inscenizacja Szekspirowskiej „Burzy” może zaskakiwać. Niewiele tu z Szekspira zostało, aura czy rama raczej. Jesteśmy na rajskiej wyspie rozbitków, o czym mają przypominać gruchające gołębie, pozamykane w czterech, rozwieszonych po czterech stronach sceny, ogromnych klatkach. Ich niepokojący gulgot dialoguje w porę i nie w porę z sytuacjami scenicznymi, przydając psychodelicznej muzyce Jerzego Satanowskiego niezaplanowanych tonów. Czasem słychać też krótkotrwały trzepot skrzydeł, bo klatki, choć duże, na wielką swobodę uwięzionym ptakom nie pozwalają. Taki to raj, taka to wyspa szczęśliwa, na której lądują oprócz bohaterów Szekspirowskiej „Burzy” znani z teatru Wiśniewskiego bohaterowie, widma z walizkami, wózkami, przykurczami, znoszonymi kapotami, pamięcią o Kantorze i kabarecie metafizycznym. To właśnie te dziwadła najpierw zaludniają scenę-wyspę, po której obu stronach usadzono publiczność (kilka jej rzędów wybudowano na scenie, otaczając przestrzeń gry niemal amfiteatralnie). Wkraczają na scenę, melorecytując niegdysiejszy hymn krakowskiej Piwnicy pod Baranami, song Janusza Jęczmyka „Przychodzimy, odchodzimy”. Jak zjawy, duszyczki czyśćcowe.
Ale i potem Szekspira nie za wiele, już więcej z poematu Audena, nawiązującego do „Burzy”, „Morza i zwierciadła”, „Ziemi jałowej” Eliota czy „Doktora Faustusa” Manna. Tak naprawdę nie sposób odczytać „Burzy” bez poprzedniego dzieła Wiśniewskiego, czyli bez „Fausta”. To najwyraźniej akord drugi albo drugie starcie ze Złem. Z pierwszego człowiek, Poeta wyszedł pokonany przez Złego, ciała Fausta i Małgorzaty wylądowały w plastikowych workach. Chociaż pozostała nadzieja w miłości,

słodycz zwycięstwa smakował Mefisto.

Na zwycięstwo mogło zanosić się w „Burzy”. Oto bowiem Poeta, Czarodziej, Mag, Prospero wyrzeka się zemsty na swoich krzywdzicielach, postraszywszy ich tylko nieco, porzuca czarodziejski fach i abdykując, postanawia zażywać starości w spokoju. Piękna idea pogodzenia z losem, z naturalnym biegiem spraw, porzucenia marzeń o byciu demiurgiem, co tak bardzo podniecało Fausta i kiedyś Prospera. Pamiętamy to zakończenie „Burzy”: Prospero łamie swoją magiczną pałeczkę dyrygenta świata. Ale w tym spektaklu pożegnalna mowa Prospera (notabene z Audena) nie zamyka tej historii, bo oto nieoczekiwanie, po kilku jeszcze scenach ukazujących bolesne doświadczenia ludzkie, na scenę wkracza triumfująco Kaliban, Zło Wcielone, kiczowate jak w „Dzikości Serca” Davida Lyncha, przebrane w wężowy garniturek Nicolasa Cage’a, opierścienione i bezwzględne. Zły wjeżdża stylowym samochodem, pilnowany przez zamaskowanych gangsterów (na twarzach zwierzęce maski), potem smaży jajecznicę, którą omaszcza ciałem powalonego Poety. A więc i to starcie przegrane, starcie z tandetą, kiczem i przemocą.

Publiczność drętwieje zaskoczona.

A więc to tak? Kaliban-Mefisto króluje? Nie przypadkiem Złego w obu przedstawieniach gra ten sam aktor, Mirosław Kropielnicki. Podobnie jak Fausta i Prospera łączy osoba aktora, Mariusza Puchalskiego. Obaj zresztą grają wyśmienicie, to wielkie kreacje, których sile dorównują także znakomite role Antoniny Choroszy (Zasadnicze Medium Cierpiące), wystylizowany na postać z dramatu pasterskiego Ariel Łukasza Mazurka i cierpiący krwawe katusze Witold Dębicki jako Antonio. Zachwyca także dojrzałość postaci Alonza Aleksandra Machalicy, a w spektaklu, który oglądałem, fenomenalne nagłe zastępstwo w epizodzie Chirurga Spóźnionego Michała Grudzińskiego – jego niepokojący głos, ironiczny wzrok, chaplinowski ruch wprowadza do spektaklu

slapstikowe echo

(podobnie jak partnerującej mu Irenie Grzonce jako Akuszer Łaskawy-Łaskawym z wiecznie przyklejonym do wargi petem).
Oklaski odzywają się po długiej chwili ciszy. Widzowie już nie pamiętają zapowiedzi widziadeł z początku przedstawienia, z songu Jęczmyka: „Nam to nic przeczekamy / A jak skończy jak ucichnie / To wstaniemy otrzepiemy / Klapy nasze rączki nasze / Żeby śladu nie zostało / Od początku zbudujemy / Miasta nasze domy nasze / Sprzęty nasze lampy nasze / Żeby wiatr miał czym kołysać”.
To najwyraźniej zapowiedź części trzeciej, zaplanowanej „Arki”, widowiska na razie w budowie, międzynarodowego spektaklu, który ma przynieść ocalenie przed potopem. Może wtedy ktoś uwolni gołębie, to przecież gołąb przyniósł staremu Noe wiadomość, że wody ustępują.

„Burza” słowami Szekspira, Eliota, Audena, Psalmistów, inscenizacja Janusz Wiśniewski, tłumaczenie Stanisław Barańczak, Józef Paszkowski, Krzysztof Boczkowski i inni, muzyka Jerzy Satanowski, choreografia Emil Wesołowski, asystent scenografa, instalacje rzeźbiarskie Wawrzyniec Kozicki, spektakl w dniu 17 maja 2008, Teatr Nowy w Poznaniu

 

 

Wydanie: 23/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy