Szymonie, Mazel Tov

Szymonie, Mazel Tov

Młodość nie ma nic wspólnego z wiekiem. A kto nie wierzy, może spojrzeć na Szymona Szurmieja. Króla kultury żydowskiej w Polsce. Wielkiego optymistę i realistę. Te dwie dusze zbiegły się, jak mówi Szewach Weiss, u Szymona zgodnie i harmonijnie. Dając światu osobowość niezwykle barwną. Ma więc rację Daniel Olbrychski, głosząc, że gdyby tak się stało, że Szymon Szurmiej by się nie narodził, należałoby go wymyślić. I chronić bardziej niż żubra. Chronić, bo jest zjawiskiem unikatowym i niepodrabialnym. Jedną nogą i częścią duszy jest w świecie Chagalla, a drugą tu i teraz. Z nami, widzami i kompanami rozlicznych imprez i pomysłów, które ciągle wyfruwają z jego aktorsko-reżyserskiej i dyrektorskiej głowy. Człowiek z temperamentem młodzieniaszka i mądrością rabina. Z niezwykłym talentem. Także komicznym, który jest wielkim, bo rzadkim darem.
Nie pamiętam takiej sytuacji, by Jubilat nie potrafił rozbawić nawet największego ponuraka. Na urodzinowy benefis Jubilat świętujący 90-lecie dokładnie w dzień urodzin, czyli 18 czerwca, zaprosił do Teatru Żydowskiego przyjaciół i tych, których darzy sympatią. Było co wspominać. Życiorys Szurmieja jest tak barwny, że nie da się go opisać bez głębszej zadumy nad losem, który go prowadził i przez katastrofy, i przez triumfy. Ten syn Rebeki Bitterman z pobożnej rodziny żydowskiej i Polaka Jana Szurmieja, syna młynarza, dostał po rodzicach geny, które obficie sypnęły talentami artystycznymi. Od małego, już w rodzinnym Łucku umiał wzruszać i umiał bawić. Co potem bardzo mu się przydało na zsyłce w Kazachstanie, gdzie z pracy tragarza wyrwał się do „koncertnoj brygady” jeżdżącej po aulach i miasteczkach. Przeżył i po wojnie trafił do Wrocławia, a w 1958 r. do Teatru Żydowskiego w Warszawie, który 10 lat później przejął po wymuszonym wyjeździe Idy Kamińskiej. Sam nie wyjechał, bo jako człowiek lewicy uważał, że nie idee się kompromitują, lecz mali ludzie. I miał rację, że nie oddał pola marcowym harcownikom. Teatr trwał i trwa. Odmienił repertuar i stworzył przy warszawskim pl. Grzybowskim ważną instytucję kulturalną. Wspólnotę, która w Nim łączy sarmackiego Stańczyka z Herszelem z Ostropola. Ta opinia Ryszarda Marka Grońskiego jest bardzo cenna.
Śmiech nie wymaga tłumaczy. Słuchając Szymona Szurmieja, śmiejmy się. Ale nie tylko. Szymon wzrusza i wymusza myślenie. Mazel Tov, Szanowny Jubilacie.

Wydanie: 26/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy