W Chinach, czyli nigdzie

W Chinach, czyli nigdzie

Bez uprzedzeń

Rozumiem katolickich rusofobów, gdy solidaryzują się z muzułmańską Czeczenią. Arcykatolicki król Ludwik XIV życzył sobie zwycięstwa Turków pod Wiedniem, gdzie ich pobił nasz król Sobieski. Interes polityczny, rzeczywisty czy urojony, wiele tłumaczy. Ale jaki interes realny czy idealny mają nasze partie opozycyjne w tym, aby pouczać Chińczyków, jak mają się rządzić? Wielka historia ustanawia pewne prawa natury moralnej. Człowiek dziki nie ma prawa pouczać człowieka półdzikiego, a półdziki nie może pouczać cywilizowanego. Gdy Polacy ubierali się w baranie skóry na gołe ciało, Chińczycy od dawna chodzili w jedwabiach. Dziś wszyscy ubierają się jednakowo, ale to, co mają pod czaszką, nie całkiem się wyrównało. Przykro mi to mówić, ale Polacy są jednym z najbardziej prostackich narodów Europy, Szujski nazwał to bezboleśnie naszą „młodszością cywilizacyjną”. Chińczycy reprezentują jedną z najstarszych cywilizacji. Polski poseł pouczający Chińczyków daje widok komiczny. Nie byłoby tu nic komicznego, gdyby Polska była mocarstwem. Siła ma swoje prawa, tak jak starszeństwo cywilizacyjne ma swoje. Gdy Amerykanie domagają się od dowolnego państwa przestrzegania praw człowieka, jest to zawsze poważna sprawa i poważnie wygląda. Oni mają odpowiedniej wielkości kij i marchewkę. I z zachodnimi Europejczykami także trzeba się liczyć. Francuzi, Niemcy, Anglicy mają marchewkę. A co Polska ma, że chce tamtych naśladować? Ani pietruszki, ani w co wdrobić. Opozycja sejmowa domaga się, by polski rząd wywarł presję na chiński rząd, aby ten pokazał aktualne zdjęcie chłopca nazwiskiem Gendun Czokja Nima czy jakoś tak. Dlaczego ten chłopiec jest taki ważny? Dlatego, że według religii tybetańskiej ma on być wcieleniem Panczenlamy. Nie pytajmy, dlaczego Panczenlama dla naszej opozycji jest taki ważny, bo tylko nowa niejasna kwestia się wyłoni i w końcu w głowie nam się od tego wszystkiego zakręci. Ja myślę, że chiński rząd może posłowi Walendziakowi pokazać jakieś aktualne zdjęcie, ale wówczas PiS i Platforma Obywatelska zażądają dowodów, że to właśnie ten, a nie inny chłopiec jest inkarnacją Panczenlamy. Niełatwo to udowodnić. Chińczycy z naszą „prawicą” nigdy nie wygrają, bo jej strategicznym sojusznikiem w Azji jest Tybet.
Poglądy posłów walczących z Chinami nie są mądre, ale one nie są także, ściśle biorąc, głupie. One są pijane. „Reformujemy państwo, wojny nowe zwodzim / Tych bijem wstępnym bojem, z tamtymi się godzim. / A butelka nieznacznie jakoś się wysusza”.
Idea praw człowieka jest środkiem (jednym z wielu) amerykańskiej polityki zagranicznej. Ten środek jest szlachetny, idea jest słuszna. Do państw słabych należy nie udawanie, że narzucają prawa człowieka innym, lecz podporządkowanie się im, zaprowadzenie tych praw u siebie. Jeżeli to zrobią, niczego więcej od nich wymagać nie można. Polska walcząca o sprawiedliwość w Chinach? To trochę za duży obowiązek, jak na jej siły. To nie jest temat do poważnej dyskusji. A nawet gdyby był, to w Polsce nie ma moralnych warunków do wszechstronnego rozważenia poważnych tematów. Panuje dyktatura ogólników i, moim zdaniem, ta dyktatura jest sprzeczna z prawami człowieka.
Poseł Wiesław Walendziak, który podobno jest inicjatorem strategicznego sojuszu polsko-tybetańskiego, wprowadza do sporu kryteria moralne. Jeśli ktoś, jak poseł SLD Jan Chaładaj, trochę Chiny zna, bo kiedyś próbował handlować z nimi, to „nie ma moralnego tytułu do wypowiadania się w sprawach stosunków polsko-chińskich”. Szczególne rozumienie moralności. Stosunki międzynarodowe mają pozostać domeną zastrzeżoną dla tych, którzy nie próbowali niczego za granicę wyeksportować. Jeżeli handlujecie z Niemcami, nie macie prawa wypowiadać się o stosunkach polsko-niemieckich. Wasze prawo do zajmowania stanowiska w sprawie stosunków polsko-francuskich unieważniło się w chwili, gdy wysłany przez was tir ze ślimakami przekroczył granicę francuską. Polityka międzynarodowa mocą tej logiki została zarezerwowana dla tych, co to „nie sieją i nie orzą”, niczego nie eksportują i nie importują, czyli dla cyganerii politycznej. Najwięcej moralnego prawa do decydowania o stosunkach państwa polskiego ze światem mają chłopcy, którzy wprost z domów studenckich przenieśli się do Sejmu i gmachów rządowych.
Ludzie z „Solidarności” w swoich nieprzeniknionych mózgach przechowują taką myśl: skoro Zachód pomagał polskiej opozycji, to my powinniśmy występować w obronie chińskich dysydentów. Są jak chłopcy, którzy kopiąc piłkę na podwórku, uważają w swoich rozradowanych główkach, że rozgrywają mundial. Co robią w polskiej polityce ludzie, którzy wielkości wyrażającej się liczbą, dajmy na to, 3 nie potrafią czasem odróżnić od wielkości wyrażającej się liczbą 300 tysięcy? Dużo pomogły opozycji w PRL protesty Urugwaju przeciw komunizmowi w Polsce (zakładam, że takie były)? A przecież Urugwaj pozostaje w lepszej proporcji w stosunku do Polski niż Polska w stosunku do Chin. Mówią o Chinach z uczuciami takiej jakości, jak gdyby mieszkali z nimi przez przepierzenie i mieli wspólną kuchnię. Oto rodzaj emocji, jaki opozycja wnosi do polskiej polityki zagranicznej. Dlaczego katolicki poseł Marek Jurek szuka sobie bliźnich do miłowania wśród chińskich dysydentów, a nie bliżej? Czy w Polsce nie ma ludzi bitych do nieprzytomności, mordowanych, dźganych nożami, duszonych, przypiekanych ogniem? Państwo jest odpowiedzialne nie tylko za to, co robi jego policja, ale również za to, czego ono nie robi dla bezpieczeństwa i spokoju obywateli. Można zmonopolizować całą władzę w jednej partii i to jest przypadek Chin. Ale można dać pełną wolność i przywileje politykom różnych partii i pozostawić ogół obywateli na łaskę bandytów, chuliganów i włamywaczy. To jest przypadek Polski. Na tym polega różnica.

 

Wydanie: 42/2002

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy