Chusta dla Allaha

Chusta dla Allaha

Kraj kontrastów

W Iranie byłem podczas obchodów rocznicy rewolucji. Poszedłem na jedną z demonstracji. Stanąłem między zielonymi flagami islamu, szmacianym Obamą i wypisanymi ręcznie na tekturze hasłami „USA down!” „Israel down!”. Nie pasowałem tu chyba, bo zaraz ktoś mnie zaczepił: – Ty skąd? – Z USA – odpowiedziałem. – Witamy w Iranie – zakrzyknął z uśmiechem. Żadnej wrogości, raczej porozumiewawcze mrugnięcie okiem aktora świadomego faktu, że dobrze gra swoją rolę.

Iran to kraj kontrastów. Oficjalna ideologia nijak ma się do rzeczywistości. Ustalone reguły, choć formalnie sztywne i bezwzględnie egzekwowane, na każdym kroku są naciągane, modyfikowane i przekraczane. – Testowanie władzy zaczęło się w 1997 r., gdy prezydentem został Chatami, uchodzący wtedy za reformatora – opowiada Pasha. – I choć Chatami zawiódł oczekiwania, dał jednak ludziom nadzieję, że coś można zmienić, nie rezygnując z panującego systemu. To miała być taka nasza wersja chińskiego kapitalizmu bez rezygnacji z socjalizmu.

Eksperyment faktycznie nie do końca się udał. Choć Chatami sprawował swój urząd przez dwie kadencje, przy Chameneim przeciwnym jakiemukolwiek zbliżeniu z Zachodem i poluzowaniu norm społecznych, tylko w niewielkim stopniu zrealizował swój program wyborczy. Rozbudzone nadzieje przytłumił kolejny prezydent – Ahmedineżad – znany ze swej wojowniczej retoryki. Jego następca – obecny prezydent Hasan Rouhani, zwany „uśmiechniętym ajatollahem” – przywrócił nadzieję na złagodzenie kursu. – Prezydent w Iranie to tylko wysoki urzędnik – tłumaczy Pasha. – To przedstawiciel obozu władzy, a nie rywal. Wybiera się go spośród kandydatów zaakceptowanych przez Najwyższego Przywódcę – tu nie ma ludzi przypadkowych, a i wynik wyborów jest często z góry przesądzony. To demokracja sterowana. I to bardzo.

Porozumienie nie dla wszystkich

Zawarte w połowie lipca porozumienie Iranu z Zachodem w sprawie programu atomowego z jednej strony ma stanowić gwarancję, że irański program nuklearny będzie miał charakter cywilny, w zamian za co zostaną zniesione międzynarodowe sankcje gospodarcze. Z drugiej jednak strony to kłopot dla wszystkich. Dla Zachodu, bo legitymizuje irańskie władze, nie tak dawno jeszcze zaliczane do „osi zła”. I dla Iranu, bo oznacza zdradę ideałów, swoisty pakt z diabłem. Nie darmo już kilka dni po uroczystości Najwyższy Przywódca oświadczył, że umowa nie zmienia stosunku Iranu do USA, którym Teheran wciąż „będzie się przeciwstawiał”. Zapowiedział też dalsze wspieranie „uciskanych” – jak się wyraził – Palestyńczyków, Jemeńczyków i Bahrajńczyków. To jasny sygnał dla Arabii Saudyjskiej i Izraela, że walka o wpływy będzie trwać. Więcej: wzmocniony miliardami dolarów, do tej pory w wyniku sankcji zamrożonymi na zagranicznych kontach, wzmocniony wreszcie baryłkami ropy, których sprzedaż została uwolniona, i realnym wpływem na politykę OPEC, staje się Iran na powrót światowym graczem. I to paradoksalnie z poparciem Zachodu, który ma dość irańskiego nuklearnego problemu. To nie kto inny, a prezydent Obama stwierdził, że porozumienie „pod żadnym względem” nie podważa roli Iranu w regionie.

Rzecz w tym, czy Zachód nie kupił kota w worku. Cena, jaką Teheran zapłacił, nie wydaje się wygórowana. Iran zgodził się zrezygnować z dążeń do zbudowania broni atomowej, ale zastrzegł sobie prawo do wspierania programu nuklearnego dla celów pokojowych. Nadal więc będzie posiadać wirówki do wzbogacania uranu, choć zamiast prawie 19 tys. zostanie mu ich 6 tys. Iran zgodził się też na międzynarodowe kontrole swoich instalacji.

Międzynarodowe porozumienie w ogóle nie dotyczy istoty irańskiego systemu politycznego. Jest zatem – wbrew spontanicznej (?) radości zwykłych Irańczyków na ulicach – zupełnie dla nich bez znaczenia. Nie osłabia władzy Strażników Rewolucji, nie zmienia drakońskiego prawa. Co więcej, dzięki zaproszeniu irańskich władz na światowe salony zdobędą one słuszne przekonanie, że ich wewnętrzna polityka jest akceptowana i nie stanowi przeszkody dla normalizacji międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych.

Największy krzyk przeciw porozumieniu podniósł Tel Awiw. Premier Benjamin Netanjahu nazwał go „tragiczną pomyłką”. Iran po zmianie prezydenta przyjął co prawda bardziej koncyliacyjny ton, ale wciąż nie ukrywa, że to Izrael jest jego głównym wrogiem. Oficjalnie wspiera też Hezbollah i Palestyńczyków. Rzecz jednak w czym innym. Agresywna polityka (i retoryka) Netanjahu, wywołująca irytację w Waszyngtonie i innych zachodnich stolicach, doprowadziła dziś do tego, że jego głos nie jest słuchany z należytą uwagą. Nieszczęściem Tel Awiwu jest więc to, że nawet jeśli Netanjahu ma rację, mówiąc o strategicznym błędzie Zachodu, to nikt nie traktuje jego opinii poważnie.

Małżeństwo na godzinę

Po początkowej euforii na ulice irańskich miast wrócił spokój. Państwo – jak i wcześniej – stara się wszystko kontrolować. W rzekomo wolnorynkowym kraju ceny nie są jednak przypadkowe. – To mój hotel – opowiada Pasha. – Ale ceny dostaję z urzędu.

Zależą od standardu, lokalizacji, wyposażenia pokoju, od tego, czy hotel ma parking, a nawet od tego, czy gość jest Irańczykiem, czy cudzoziemcem. Władza chce wiedzieć wszystko i o wszystkim. Tuż po rewolucji nowy rząd postanowił spisać obywateli: gdzie kto mieszka, z kim oraz czym się zajmuje. A że chętnych do podawania tych informacji nie było, władze obiecały pomoc materialną zależną od liczby lokatorów. I tak wiedza o wszystkich ludziach nielegalnie, bez meldunku zajmujących mieszkania czy poszukiwanych trafiła do państwowych rejestrów.

Mimo ogromnej inwigilacji konserwatywnego Iranu rządzonego przez duchownych nie ominęły plagi współczesnego świata. Narkomania, prostytucja i alkoholizm są tam tak samo obecne jak w „zepsutych” krajach tego świata. Różnią się tylko tym, że są mniej widoczne. Wschodni Iran – od Zahedanu po Maszhad – to zagłębie narkotykowe. Oprócz własnej produkcji szeroką rzeką płynie tu opiumowy przemyt z sąsiednich Pakistanu i Afganistanu. Nie brakuje też alkoholu – Irańczycy uwielbiają słone orzeszki z piwem. Niezależne źródła szacują, że tylko w zeszłym roku przeszmuglowano do kraju prawie 3 mln litrów złotego trunku.

– A prostytucja w Iranie jest na przykład legalna – zaskakuje mnie Pasha. – Nazywa się to sigheh – tymczasowe małżeństwo.

Oficjalnie za seks pozamałżeński można dostać 100 batów, a żonatym i mężatkom grozi nawet ukamienowanie. Duchowni wymyślili więc „małżeństwa tymczasowe” – mogą trwać godzinę albo i 10 lat. Takich „małżeństw” nigdzie się nie rejestruje, nie musi więc o nich wiedzieć prawowity małżonek. W każdej chwili mogą być też zerwane.

Organizacje pozarządowe szacują, że tylko w Teheranie jest 300 tys. prostytutek. Po czym je poznać, skoro wszystkie kobiety noszą chusty i hidżaby? – Po tym, że kręcą się bez celu wzdłuż głównych dróg – śmieje się Pasha. Ot, kod dla wtajemniczonych. Tak samo jak wiedza o tym, gdzie dostać alkohol czy narkotyki. – Życie nie znosi próżni – potwierdza socjolog Moghaddam. – Nawet jeśli władzę w nim sprawują duchowni.

Porozumienie z Zachodem niczego tu nie zmienia.

Foto: Marek Berowski

Strony: 1 2

Wydanie: 31/2015

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy