Cioteczka i błazen w rolach głównych

Cioteczka i błazen w rolach głównych

Wiadomość o tym, że poparcie dla prezydenta RP ledwo, ledwo przekracza 20%, a oceny Sejmu, Senatu i rządu są tylko nieznacznie lepsze, jest potwierdzeniem mądrości ludowego porzekadła: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Bo przecież ci, którzy teraz są gremialnie odrzucani przez rodaków, sami sobie zgotowali taki los. Długo to trwało. I nie była to jedna wpadka, jakiś jeden straszny błąd. Degradacja zaufania postępowała powoli. Do kolejnych rządów trafiali coraz dziwniejsi ludzie, a ekipa z Marcinkiewiczem, Lepperem i Giertychem w rolach głównych była z pewnością szczytowym osiągnięciem surrealizmu politycznego. Niestety nie był to happening zwariowanego artysty. Polakom przyszło przeżyć ten eksperyment na jawie. I jakoś to przeżyli, choć skutki tego barbarzyństwa będziemy ponosić jeszcze przez długie lata. Zwłaszcza że czekają nas kolejne fazy pomysłowości Jarosława Kaczyńskiego i riposty w bardzo podobnym stylu ze strony PO.

Światek polityków błaznujących to nie tylko polska specjalność. Oszołomstwa przecież na tym padole nigdzie nie brakuje. Tyle że w cywilizowanej części świata ma ono swoje miejsce. Na marginesie życia. I poza obszarami, gdzie podejmuje się ważne decyzje.
O tym, że u nas z marginalnych spraw i z ludzi o niezwykle skromnych walorach intelektualnych i moralnych robi się pierwszoplanowe wydarzenia i ważne postacie, decydują coraz bardziej spsiałe media. Tabuny mentalnych cioteczek obojga płci, zdolnych zapamiętać tylko nazwiska i wypowiedzi najbardziej prymitywnych i cynicznych polityków, wypełniają nimi ekrany telewizorów i szpalty gazet. Debaty zastąpiły błazeńskie występy ludzi bez właściwości. Szczucie jednego ratlerka na drugiego jest głównym punktem programów, których autorzy zachłystują się później wielką widownią.
Widownię oczywiście mają. Tyle że coraz bardziej jest to widownia z programu tańce na lodzie. A ten typ odbiorcy potrzebuje ciągle nowych wrażeń. Już niedługo nawet najbarwniejsze pyskówki polityków przestaną wystarczać. I co wtedy? Styliści telewizyjni ubiorą polityków w jakieś śmieszne stroje? A może ich rozbiorą? Pierwsze programy politycznych golasów przebiją popularnością wszystkie dokonania naszych ekranowych gwiazdorków. Tyle że kolejne nowinki też szybko się znudzą. I co wtedy? Oczywiście nie będzie to problem dzisiejszych psujów, którzy przejdą na emerytury. I to całkiem godziwe, bo przecież nie robią z siebie durniów bez sowitej zapłaty. A to, że w bardzo szybkim tempie przyczyniają się do niszczenia elementarnych wartości życia publicznego, czyli rzetelności, przyzwoitości i obiektywizmu, kwitowane jest wzruszeniem ramion i słowami: Taki jest dziś świat, wszystko jest na sprzedaż, trzeba więc robić to, co chce widz, bo i tak najważniejsza jest przecież oglądalność. I to, czy to my mamy lepsze ujęcie spalonego pogorzelca, czy oni.
Obserwując tę falę tandety i fałszu, zastanawiam się, czy nie można inaczej. Czy w mediach faktycznie skończyła się pewna epoka? Z punktu widzenia opakowania i formy przekazu z pewnością tak. Ale co do treści, świata wartości i idei z pewnością nie. Zawsze będą wielbiciele tandety i oni już mają swoje gazety i stacje telewizyjne. Ci, których to brzydzi, a widać, jak ich przybywa, nie mają dla siebie sensownej oferty. Ale jak mówią, skoro jest popyt, to będzie i produkt. Oby.

Wydanie: 16/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy