Cwany Kameleon

Cwany Kameleon

Michał Kamiński: Jak dobrze żyć z polityki

Nic nie zbudował, wszędzie był. Michał Kamiński, popularnie zwany Misiem, specjalista od kampanii wyborczych i wymyślania chwytów na przeciwników politycznych, dziś liże rany. Właśnie dostał cios między oczy, bo Grzegorz Schetyna zawiesił go w prawach członka klubu PO. Miś jest więc gdzieś pośrodku – niby ma na chleb z poselskiej pensji, ale widoki na przyszłość gwałtownie mu się skurczyły.
W PiS strzelają szampany. Oto wielki wróg, a niegdyś pisowski wielki macher, gnije gdzieś z boku. Ale czy zgnije i sczeźnie? W to bym wątpił, Michał Kamiński w swojej karierze politycznej upadał już wiele razy, ale zawsze się podnosił, choć – trzeba przyznać – jego ostatnie upadki były bardzo bolesne. Ma pecha? Zgrał się? Zestarzał? A może nadchodzi taka pora, że ludzie, którzy do polityki wnoszą jedynie złe emocje i cwaniactwo, są z niej wypychani?

PINOCHET, JEGO MIŁOŚĆ

Jak się zastanowimy, to wydaje się nam, że Michał Kamiński jest w polskiej polityce od zawsze. A to przecież, jak na standardy tej profesji, młodziak, ma dopiero 44 lata.
Tymczasem jest jak weteran. Sam go pamiętam z początku lat 90., kiedy w Sejmie pracował jako… korespondent różnych stacji radiowych. To były inne technicznie czasy, relacje zdawało się, mówiąc do telefonu ustawionego w kącie sejmowego korytarza. I Michał Kamiński mówił. Głośno, z emfazą, tak żeby każdy go słyszał, zwrócił na niego uwagę. Już wtedy taki był. To był zresztą krótki dziennikarski epizod w jego życiu, bo już wcześniej – trudno uwierzyć, ale to prawda – zajmował się polityką. W sumie – to całe jego życie, nic innego nie potrafi. Z drugiej strony dzięki polityce urządził się nad wyraz przyzwoicie.
Zaczynał, jak można wyczytać, w Narodowym Odrodzeniu Polski, potem współzakładał Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. To była partia, której przewodniczącym był Wiesław Chrzanowski, wiceprzewodniczącym Antoni Macierewicz, a działali w niej m.in. Marek Jurek, Stefan Niesiołowski i Ryszard Czarnecki.
W ZChN Kamiński wyrósł. Miał 19 lat w roku 1991, gdy odbywały się pierwsze wolne wybory parlamentarne. Powiedział w partii, że pracuje w radiu, więc oddelegowano go do robienia kampanii. Opłacało się. Gdy Wiesław Chrzanowski został marszałkiem Sejmu, Michałowi Kamińskiemu trafiło się stanowisko jego asystenta. „Od razu po maturze stałem się facetem przy marszałku – wspominał później w „Polska The Times”. – Dużo widziałem i dużo wiedziałem. Jeździliśmy razem po Polsce. Nawet wakacje razem spędzaliśmy. Byłem z Chrzanowskim blisko. To on otworzył mi drzwi do wielkiej polityki”. Tym samym studia poszły w kąt.
Po 1993 r., po przegranych przez prawicę wyborach, Kamiński zameldował się w stacjach radiowych. Ale już w kampanii w roku 1995 widzimy go u boku Hanny Gronkiewicz-Waltz, kandydatki na prezydenta. Jest jej rzecznikiem prasowym.
W roku 1997 znów było o nim głośno. ZChN zostało częścią AWS, a Kamińskiemu zaproponowano start do Sejmu z Łomży. Wydawało się, że on, warszawiak, nie da rady w okręgu rolniczym. A jednak odniósł sukces i na pewno pomogło mu hasło wyborcze „Poseł z polską duszą”.
Po 1997 r. zaczyna się dobra passa Kamińskiego. Jest rzecznikiem ZChN, w roku 1999 dziennikarze wskazali go jako najlepszego mówcę sejmowego. Ale w tymże 1999 r. poleciał razem z Tomaszem Wołkiem i Markiem Jurkiem do Londynu, by złożyć wyrazy uszanowania gen. Augustowi Pinochetowi. Trójka podróżników zawiozła mu ryngraf z Matką Boską. Wizyta odbywała się w atmosferze skandalu. Tłumacząc się w Sejmie z wyjazdu, Kamiński mówił: „To manifestacja solidarności ze starym człowiekiem, któremu dziś lewica chce zrobić krzywdę, ponieważ przed laty obnażył jej słabość i nędzę (…). Jak na was patrzę, panowie z SLD, to dochodzę do wniosku, że trzeba go naśladować”. Przeciwko wyjazdowi do Pinocheta protestowała młodzieżówka Unii Pracy, której działacze oblali Kamińskiego cuchnącą substancją. Szefową młodzieżówki UP i uczestniczką pikiety była Barbara Nowacka…
Kolejny strzał w kolano Kamiński wykonał dwa lata później, gdy pojawiła się sprawa Jedwabnego. Prezydent Aleksander Kwaśniewski przepraszał w imieniu narodu polskiego za pogrom, a Kamiński wołał: „Jest wiele różnych spraw, za które Kwaśniewski powinien przeprosić, ale nie za Jedwabne”, dodając, że „Polacy nie powinni przepraszać za pogrom w Jedwabnem, dopóki Żydzi nie wyrażą skruchy za współpracę z Sowietami po 17 września 1939 r.”.
Te „występy” pozwoliły mu wzmocnić się w elektoracie twardej prawicy. Było to o tyle potrzebne, że wahadło polityczne w Polsce przechylało się w lewo i było wiadomo, że AWS kończy swój bieg.

Z AWS DO PiS, CZYLI SKOK Z TONĄCEGO OKRĘTU

Ale Kamińskiemu się udało. Wyskoczył z tonącego okrętu, najpierw znalazł się w Przymierzu Prawicy, a potem u boku Lecha Kaczyńskiego. To wystarczyło – dostał miejsce na liście PiS i dostał się do Sejmu. A potem był w ekipie Lecha Kaczyńskiego, gdy ten walczył w 2002 r. o fotel prezydenta Warszawy.
Początkowo w PiS nie za bardzo wierzono w sukces Lecha, panowała opinia, że prezydenturę wygra Andrzej Olechowski. Tymczasem kampania PiS okazała się na tyle dynamiczna, że Olechowski został daleko w tyle, nie wszedł do drugiej tury. Od tamtych wyborów Kamiński i jego nowy przyjaciel Adam Bielan zyskali w partii opinię cudotwórców i speców od kampanii wyborczych.
To były jego najlepsze lata. Jeździł po świecie, obserwował kampanie, drzwi do gabinetów Lecha i Jarosława stały przed nim otworem. W nagrodę dostał miejsce biorące na liście do Parlamentu Europejskiego. „Nie ma co oplatać, jeśli chodzi o sprawy finansowe, Parlament Europejski w porównaniu z Sejmem to kosmos”, mówił dziennikarzom. A oni zaczęli zauważać, że coraz większą wagę przywiązuje do luksusowych gadżetów.
Już jako europoseł, razem z Adamem Bielanem, odegrał rolę życia – był jednym ze spin doktorów prowadzących w 2005 r. dwie kampanie PiS – parlamentarną i prezydencką. I potrafił przekonać dziennikarzy, że to on był jedną z najważniejszych postaci zwycięskiej ekipy.
W 2007 r. znów pojawił się na pierwszych stronach gazet – Lech Kaczyński zawezwał go z Brukseli i mianował sekretarzem stanu. Michał Kamiński miał ratować PiS i dołującego w sondażach prezydenta. Jako prezydencki rzecznik prasowy stanął na linii frontu w walce z PO i Donaldem Tuskiem. PiS nie obronił, ale o Lecha Kaczyńskiego walczył z zapałem.
„Premier, który w ubiegłym roku zwiedził Machu Picchu, a w czasie kryzysu hulał na nartach, jest ostatnią osobą, która miałaby prawo upominać pracującego i pracowitego prezydenta”, rugał Tuska.
„To dla mnie oczywiste. Klich nie jest Józefem Stalinem i nie może zamknąć przed żadnym z polskich obywateli polskich granic. Zwłaszcza jeśli jest nim pierwszy obywatel, czyli prezydent”, wołał w czasie tzw. kryzysu samolotowego, kiedy rząd próbował zatrzymać wyjazd Lecha Kaczyńskiego do Brukseli. Szybko stał się więc jednym z ważniejszych współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Nie prostował, kiedy media pisały, że wspólnie z prezydentem raczą się czerwonym winem.
Tak nadszedł rok 2009, a z nim kolejne wybory do europarlamentu. Kamiński miał wtedy iść do prezydenta i ze łzami w oczach prosić o zgodę na start. Tłumaczył, że ma rodzinę na utrzymaniu. Zgoda nastąpiła, Kamiński dostał miejsce biorące i znów pojechał do Brukseli.
Bruksela i Strasburg daleko od Polski nie leżą, więc Kamiński z Bielanem mieli też nadzorować kolejną kampanię prezydencką Lecha Kaczyńskiego. Jej ważnymi elementami miały być wizyta w Katyniu i spot reklamowy z melodią „Pieśń o małym rycerzu”.
To wszystko stało się nieaktualne 10 kwietnia 2010 r. Ale Michał Kamiński nie stracił głowy – to on był pomysłodawcą pochowania Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. To on z Bielanem stali za pierwszymi założeniami prezydenckiej kampanii Jarosława Kaczyńskiego. Miała być wyciszona, zwrócona do centrowego elektoratu. To oni wysunęli Joannę Kluzik-Rostkowską na stanowisko jej szefa.
Kamiński mieszkał już wtedy w 270-metrowym domu w podwarszawskim Józefowie. O tym domu mówiono później, że w gabinecie Kamiński powiesił wielkie zdjęcie Lecha Kaczyńskiego. I że zapraszał do siebie Jarosława, który cenił kuchnię jego żony Anny. Podczas jednego z takich przyjęć, gdy Jarosław zwrócił uwagę, że dom ładny i dobrze urządzony, Misio natychmiast wszedł w słowo: „To wszystko, co tu jest, to zawdzięczamy panu, panie prezesie. Ja ciągle o tym w domu powtarzam, że wszystko zawdzięczamy panu. Aniu, powiedz panu prezesowi, że tak mówię!”.
Wiele to nie pomogło. Jest sugestywny opis poniedziałkowego poranka po wyborczej porażce Jarosława Kaczyńskiego z Bronisławem Komorowskim. Kamiński przyjechał do prezesa PiS, ale już przed nim był tam Antoni Macierewicz. „W kampanii zapomnieliście o Lechu”, padł zarzut. Kamiński z Bielanem zostali uznani za winnych porażki i odstawieni na bok.

HONOR MISIA

To odstawienie było na tyle nieprzyjemne, że Kamiński wyszedł z PiS z hukiem, przyłączając się do tworzonej wokół Joanny Kluzik-Rostkowskiej partii PJN. „Najgorsze, co próbuje robić Jarosław Kaczyński z ludźmi, to zmuszanie ich do bycia niewolnikami. Nie mogłem się na to zgodzić. Odszedłem, by być wiarygodny przed samym sobą. Ważne było odejście z PiS, przystąpienie do PJN to sprawa drugorzędna”, tłumaczył później mediom.
PJN trudno nazwać projektem rokującym sukces, to raczej forma przejściowego wehikułu, z którego Kamiński mógł skorzystać. Tak też się stało – nie angażując się w prace swojego nowego ugrupowania, zajął się punktowaniem PiS i Jarosława Kaczyńskiego. „Jak od faceta odchodzi jedna, dwie żony, to można mówić o przypadku. Gdy odchodzi siódma, to nasuwa się podejrzenie, że to z mężem jest coś niehalo”, mówił, gdy z PiS odeszła kolejna grupa działaczy, tym razem skupionych wokół Zbigniewa Ziobry.
To już było po wyborach z 2011 r., w których PiS poniosło porażkę i w których Kamiński miał się pojawić jako doradca PO. Pojawić jako wybitny spin doktor i czarodziej polskich kampanii wyborczych, a na dodatek znawca psychiki Jarosława Kaczyńskiego i tajników jego duszy. To w sztabie PO budował swoją nową pozycję.
Jak to później tłumaczył: „Żeby do Jarosława Kaczyńskiego dotarło, że Miśka nie można bezkarnie kopać w tyłek”.
Media informowały, że to on namówił platformersów, by w kampanii rozdmuchali sprawę Angeli Merkel. Chodziło o to, że Kaczyński w wywiadach prasowych zasugerował, że kariera polityczna pani kanclerz była wspierana przez rosyjski wywiad. Co ciekawe, Tusk pamiętający sprawę „dziadka z Wehrmachtu” początkowo odnosił się do tej propozycji sceptycznie. Ostatecznie jej uległ. Z kolei Jarosław Kaczyński, analizując przyczyny porażki w 2011 r., sprawę Merkel umieszcza wśród swoich największych błędów.
Kamiński systematycznie wkradał się w łaski ludzi PO. Jego wprowadzającymi mieli być, z jednej strony eurodeputowany Jacek Protasiewicz, z drugiej Radosław Sikorski, którego poznał przez Romana Giertycha. Wkradał, a jednocześnie oficjalnie od tego się dystansował. Ogłosił nawet, że po zakończeniu kadencji europarlamentu odejdzie z polityki. Tłumaczył to tak: „Podjąłem decyzję, że nie będę w polityce za wszelką cenę, a dzisiaj nie ma partii politycznej, w której mógłbym się odnaleźć”. Oczywiście długo w tym postanowieniu nie wytrwał.
Wcześniej zdążył wydać książkę „Koniec PiS”, w której opisał partię i Jarosława Kaczyńskiego. Publikacja ta zamknęła mu drogę powrotu do prezesa (przeszli ją m.in. Adam Bielan, Jacek Kurski i Zbigniew Ziobro) chyba już na zawsze.
O Jarosławie Kaczyńskim mówił w niej: „Nie jest zarozumiały, absolutnie nie. W takich stosunkach, w których nie ma napięcia politycznego, jest wręcz przesadnie skromny. Jest wtedy ciepły i sympatyczny. Ale czasem coś w niego wstępuje. Nagle pojawia się w nim, co wielokrotnie widziałem, chęć upokarzania ludzi, nawet tych najbardziej wobec niego lojalnych. Jakby sprawdzał, czy są na tyle lojalni, że wszystko przełkną. Często nad tym się zastanawiałem. Zadawałem sobie pytanie, czemu on tak lubi bawić się ludźmi, straszyć ich, robić tajemnicze miny, mówić, że są na ich temat dziwne informacje. Dawniej uważałem, że to jest mechanizm dyscyplinujący, zupełnie chory test na lojalność. Ale później doszedłem do wniosku, że tam musi być coś głębszego, że w nim jest chęć upokorzenia ludzi, bo to mu daje poczucie wartości. On sobie mówi: kurczę, upokorzyłem go, zgnoiłem, a on dalej przy mnie jest”.
Przyszłość PiS prorokował zaś taką: „PiS będzie się powoli zwijał, zostanie z niewielkim, choć być może stabilnym poparciem. A Jarosław będzie trwał. W tego typu partii, jaką jest PiS, lider trwa niezależnie od kolejnych przegranych. Bo on jest liderem i prądu myślowego, i politycznych emocji”.

NIEWAŻNE, SKĄD PRZYSZEDŁEŚ, WAŻNE Z KIM

Rozejście się z Kaczyńskim było więc definitywne, w PiS ma opinię zdrajcy, ale do wejścia do Platformy jeszcze daleko. Dzwonkiem alarmowym, że nie byłby w niej akceptowany, były wybory do europarlamentu w roku 2014. Kamiński dostał od Tuska jedynkę, startował z okręgu lubelskiego.
„Nie martw się, chłopie, tutaj każdy skądś przyszedł”, dodawał mu otuchy Donald Tusk podczas konwencji PO w Sopocie. Ale to nie wystarczyło. Kamiński jako jedyny z głównych kandydatów Platformy, mając jedynkę, do europarlamentu się nie dostał. Wyborcy PO nie stawiali przy nim krzyżyka…
Drugie życie otrzymał parę miesięcy później, gdy Donald Tusk wybrał Brukselę i Ewę Kopacz jako swoją następczynię w Polsce. Michał Kamiński natychmiast u niej się zameldował. „Przedstawił Ewie konkretny, całościowy plan parlamentarnej kampanii wyborczej. Całą strategię z mnóstwem pomysłów, eventów, sposobów na opozycję. W tym akurat Michał jest dobry. Przekonał ją, że oto daje jej przepis na wyborczy sukces”, tak opisywano jego polityczny blitzkrieg w tygodniku „Do Rzeczy”. Blitzkrieg zakończony nominacją na szefa Centrum Informacyjnego Rządu w randze sekretarza stanu.
Jednocześnie wiele daje do myślenia inna informacja – „Do Rzeczy” bowiem ujawniło, że Kamiński, dogadując się z Ewą Kopacz, równolegle rozmawiał z PSL. Na stole leżała propozycja ulokowania go w MSZ, w roli wiceministra z ramienia PSL. W najbliższych wyborach parlamentarnych miał zaś dostać miejsce na listach PSL do Senatu. „Spotykaliśmy się z nim parokrotnie, także w knajpach. Wszystko było ustalone”, opowiada jeden z polityków PSL. Dlatego jego nominacja była dla nich zaskoczeniem.
Ale tylko przez chwilę, bo szybko przyznali, że Ewa Kopacz zaoferowała Kamińskiemu znacznie więcej. Poza tym on znów poczuł się jak na froncie. To on budował pozycję Ewy Kopacz już jako premiera. I to jego słowami zwróciła się w exposé do Tuska: „Donaldzie, teraz ja jestem premierem”.
Gdy rozpoczęła się kampania prezydencka, początkowo stał z boku. Ale po pierwszej turze, przegranej przez Komorowskiego, wezwano go do pomocy. „Kto przygotował prezydenta do debaty? Misiek. A kto wymyślił nowe hasło kampanii? Misiek. A spot o poglądach Dudy w sprawie in vitro? Też Misiek”, pisał „Newsweek”, twierdząc, że po pierwszej turze Michał Kamiński przejął kontrolę nad przekazem kampanijnym prezydenta Komorowskiego.
Jednak spin doktor z PiS nie uratował prezydenta z PO. Nie uratował także Ewy Kopacz, która najpierw przegrała wybory parlamentarne, a potem oddała stanowisko szefa partii Grzegorzowi Schetynie.

OSTATNIA DROGA

Po tej porażce wiadomo już było, że dla Kamińskiego nadchodzą trudne czasy. Że Schetyna w ramach niszczenia frakcji zwolenników Ewy Kopacz weźmie się i do Misia.
Tak też się stało, pod pretekstem, że nie uzgadnia z posłem Marcinem Kierwińskim swoich medialnych występów, został zawieszony w prawach członka klubu PO. Na miesiąc.
Pretekst jest oczywisty, intencje Schetyny również. Ale dla Misia może to oznaczać polityczne zesłanie.
Czy wytrzyma? On, który całe dorosłe życie spędził jako polityk i niczego innego nie potrafi.
No właśnie – a co Michał Kamiński potrafi?
Polityce zawdzięcza wszystko, także… żonę (gdy ją poznał, pracowała w gabinecie premiera Jerzego Buzka). Z polityki ma pieniądze na dom, na drogie gadżety („Mam słabość do rzeczy luksusowych”, deklarował jakiś czas temu), tylko co to za polityka?
Raczej emocjonalna kłótnia, raczej wymyślanie haseł. Bo przez 25 lat działalności politycznej Kamiński nie wyrobił sobie opinii znawcy jakiejś tematyki, trudno go sobie wyobrazić w roli jakiegokolwiek ministra, on jest fachowcem od kampanii politycznych. Od wymyślania politycznych nalepek. Taka zresztą była jego książka „Koniec PiS”.
„Odejście PJN, a potem Ziobry to nie jest kolejna fala czystek. To polityczna śmierć PiS-u”, oceniał. I dodawał: „To była ostatnia kampania, w której wyborcy PiS jeszcze wierzyli w zwycięstwo. I właśnie erozja poparcia dla Kaczyńskiego nie zacznie się na poziomie partii czy klubu, bo nikt go nie obali, chroni go statut. Ta erozja rozpocznie się na poziomie elektoratu, który już uznał, że Kaczyński jest politykiem nieskutecznym”. Dziś wiemy, jak bardzo się mylił.
Wiemy też, że to on notuje serię porażek – eurowybory 2014, wybory prezydenckie 2015, wybory parlamentarne 2015, wybory na szefa PO – 2016. Ani Ewie Kopacz, ani Platformie związek z politycznym graczem nie wyszedł więc na dobre…

PHOTO: AGENCJA EAST NEWS 

Wydanie: 23/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. exoo
    exoo 7 czerwca, 2016, 07:15

    To na pewno nie koniec jego kariery. Ma bardzo duże doświadczenie i skoro tyle lat zajmował się polityką to tak łatwo z niej nie odejdzie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy