Czarne serce baśni

Czarne serce baśni

Z instytutu kardiologii w Aninie wyszedłem już jako cyborg, czyli istota biologiczna, wspomagana przez urządzenie mechaniczne. Wszczepiono mi bowiem rozrusznik, czyli stymulator serca – było to całkowicie dla mnie nieoczekiwane. Rzeczywistość okazała się mniej groźna – jak dotąd. Podobno mogę podróżować, pić wódkę i zachowywać się jak normalny człowiek. Zobaczymy. Tu interesuje mnie zupełnie inny aspekt całej tej sprawy. Tolkienolodzy pamiętają zapewne, co powiedział bodaj Merry wyzwolony przez Toma Bombadila z niewoli upiorów Kurhanów: “Napadli nas ludzie z Karn Dum. Ach, to ostrze w mym sercu!”. Krążyło mi to ustawicznie przed operacją po głowie – choć żadnego ostrza nie było, a tylko elektroda na druciku, wczołgująca się do komory serca, co widziałem na monitorze, bo zabieg jest na żywo, ze znieczuleniem miejscowym. Uzupełnianie biologii czymś obcym to zresztą bardzo dawna tradycja, do której należą wszelakie narzędzia i protezy, a na dobrą sprawę i zegarki czy okulary. Może więc sobie być i ostrze w sercu, a niewielkie, czarnoksięskie pudełeczko ze stymulatorem wszyto pod skórę, czy może głębiej. Od niego teraz zależy moje życie.
To mi właśnie przypomniało pewien ogromnie stary i tajemniczy motyw z baśni. Otóż bywało, że czarownik, na ogół raczej zły, ukrywał swoje życie w jakimś innym niż ciało miejscu. Było to na przykład w jaju, jaje było w ptaku, ptak w szkatułce strzeżonej przez smoka, a kluczyk do szkatułki jeszcze w innym i srodze strzeżonym miejscu. Jest to tak zwana “dusza zewnętrzna”. Dopóki jej nic nie zagraża, czarnoksiężnik jest bezpieczny, choćby mu ucinano głowę. Może to być zresztą cokolwiek, na przykład ryba albo koniec kija, z którego zrobiono wędkę, w baśniach z całego świata jest tysiące wariantów.
Nawiasem mówiąc, w klasycznej SF także powraca ten sam motyw w charakterze smyczy nie pozwalającej delikwentowi uciec. W tym wypadku chodzi raczej o jakieś szczególne promieniowanie, które podtrzymuje życie więźnia tylko w określonym promieniu. Och, pamiętamy przecież krainę Szangri-La, poza której granicami dopada nas śmierć ze starości. Był w latach 40. amerykański film, bardzo sławny, oparty na książce Hiltona. Kałużyński powinien go znać.
Zawsze sobie myślałem, że taka dusza zewnętrzna wcale by nie zwiększyła mojego poczucia bezpieczeństwa, a przeciwnie. Zresztą w baśniach to się zawsze kończyło dla czarownika niedobrze, bo prędzej czy później jakiś jego wróg do takiej umiejscowionej na zewnątrz duszy się dobierał z katastrofalnym dla niego skutkiem. Toteż nie zaskoczyła mnie zupełnie inna wykładnia tego motywu. Wedle niej, ten, kto się ubiega o pozyskanie wielkich mocy, musi za to zapłacić, żeby była utrzymana równowaga świata, podstawowy element współczesnego rozumienia magii. Musi w tym celu coś oddać, coś poświęcić, na coś się narazić. I musi to być coś bardzo wielkiego. W tym właśnie celu pozbywa się z ciała jego substancji najcenniejszej, czyli duszy albo esencji własnego życia. Potem może taką duszę zewnętrzną chronić, ukrywać i strzec do woli, ale zawsze grozi mu z tej strony niebezpieczeństwo.
Mam więc do wyboru dwie wykładnie tej samej sytuacji. W odniesieniu do mnie samego mógłbym rozważać, co się okaże trwalsze: własne serce czy stymulator. Ale to nie o to chodzi, jak będzie, tak będzie, nie mam na to wpływu, więc szkoda czasu na jałowe rozmyślania. Ale jeśli idzie o motyw baśniowy, rzecz jest ciekawa – przypominam, że wedle powszechnej opinii, w baśniach kryją się zapomniane przez nas na jawie dzieje świata. Däniken czy Donimirski próbują do nich dotrzeć, ja zresztą także, ale na ogół bezskutecznie. A czuję, że od odpowiedzi na to pytanie może zależeć bardzo wiele, że tu się zaczyna jakaś tajemna ścieżka. Czy coś chroniono, czy raczej narażano? Bo jednak coś takiego, może w przenośni, się działo. Gdzieś, kiedyś, w mrokach czasu, w niepojętych głębinach prehistorii. Jeśli się tego domyślę – napiszę.

Wydanie: 51/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy