Czas przyszły, stracony

Nie zagłosowałem na Borowskiego, słyszę postękiwania wśród wszystkich warszawskich lewicowców. Bo „Borówa”, ten zdrajca, rozłam zrobił. I jeszcze SLD publicznie opluwał. Podobnie pewnie jest w Lublinie, gdzie na prezydenta miasta startuje Iza Sierakowska. I w paru innych miejscach też. Zawsze niedawne razy i urazy bolą bardziej nawet niż obecne. Bo te dała prawica, a tamte od kiedyś nieswoich.
Prawdą jest, że Marek Borowski zrobił rozłam i nieraz SLD publicznie chłostał. Ale samiśmy sobie też trochę na to zasłużyli. Gdybyśmy wcześniej dokonali zmiany kierownictwa, które obrzydło naszym wyborcom, gdybyśmy zdecydowali się na przedterminowe wybory parlamentarne, pewnie w Sejmie więcej by nas było. Więcej do pracy w komisjach, wystarczająco więcej, by wnieść np. projekt rozpisania referendum. A tak silni jesteśmy koalicyjnymi kłótniami. I nadzieją, że lewica może być alternatywą dla kłócącej się prawicy, czyli PiS z PO.
Marka Borowskiego cenić trzeba, że ruszył do walki o stołeczną prezydenturę, kiedy wszyscy uznali, że bój rozegra się pomiędzy atrakcyjnym Kazimierzem i panią Hanią. Wiedząc, że w stołecznej lewicy pełnego poparcia mieć nie będzie, zwłaszcza SLD. Tu niestety nierzadko bywało, że werbalnie partia popierała, ale w praktyce blokowała. Doświadczyłem tego, kiedy dwa lata temu startowaliśmy do Parlamentu Europejskiego z Marianem Woroninem. Ja z Warszawy, on z reszty Mazowsza. Nowoczesny „wybitny” baron mazowiecki SLD zajmował się głównie utyskiwaniem nad marnością kandydatów. Sam już nie miał odwagi się wystawić. Zresztą wkrótce przeszedł do Samoobrony, ale i tam wystawili go do wiatru, na listy wyborcze w ogóle nie wystawiając. Zatem doceńmy odwagę polityczną i wolę walki Borowskiego.
Ale nie tylko. Jako jedyny z kandydatów Marek Borowski zaprezentował publicznie swych najważniejszych współpracowników.
Od młodego jeszcze Marka Rojszyka po doświadczonego Marcina Święcickiego. Borowski raz jeszcze pokazał, że potrafi zgromadzić współpracowników kompetentnych, a nie tylko wiernych czy służalczych. I pierwszej obietnicy dotrzymał.
Wybór między atrakcyjnym Kazimierzem i panią Hanią to żaden wybór, Marcinkiewicz kierując państwem, dowiódł, że poza wspaniałymi obietnicami, lansowaniem się, niczego nie potrafi dokonać. Pani Hania zapewne jakiś most w czasie swojej kadencji zbudować potrafiłaby, ale jej następca znów wypłynie na krytyce korupcjogennych układów w stolicy. A tu trzeba zmiany podejścia do Warszawy.
Trzeba skończyć z wizją zmęczonego miasta, bohatera powstania. Miasta o europejskich aspiracjach, ale bez np. nowoczesnego centrum kongresowego. Przecież gdyby nie dar Józefa Stalina, to atrakcyjny Kazimierz nie miałby gdzie prezentować się na tle missek spędzonych z całego świata. A przecież koledzy polityczni Kazimierza i pani Hani nieraz chcieli Pałac Kultury i Nauki zburzyć, bo jest za „sowiecki” jak na wolny naród polski.
Ale ten postrzega swą stolicę jako miasto nieprzyjazne. Drogich mieszkań, usług, fatalnej komunikacji i do tego ponure. Symbolem niechęci do różnorodności była eksmisja klubu Le Madame. Ani atrakcyjny Kazimierz, ani pani Hania nie zainteresowali się tym miejscem. Bo oni mają bogobojną wizję Warszawy. W niej nawet syrenka, jak ta na niedawnym plakacie Rafała Olbińskiego, musi być ocenzurowana szarfą zakrywającą bezbożny biust. Aby dać przykład skromności przybyłym misskom.
Marek Borowski ma szansę wygrać, jeśli dojdzie do drugiej tury. I on też wtedy do rywalizacji dojdzie. Wtedy może odrobić medialną przewagę obecnych konkurentów.
Dlatego każdy głos oddany na Borowskiego się liczy. Każdego lewicowca i demokraty, nawet tych z salonu urażonych.
Chyba że lewicowcy i demokraci wolą Kazimierza lub Hanię. I proszę tylko nie mówić mi, że można też głosować na kandydata Samoobrony albo Zielonych 2004. Szkoda wtedy marnować głosy. Przegrana Borowskiego to czas dla Warszawy stracony.

PS Zapraszam na swój blog internetowy na portalu Wirtualna Polska.

Wydanie: 45/2006

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy