Czerwiec czas „Ulissesa”…

Czerwiec czas „Ulissesa”…

Co roku 16 czerwca miłośnicy twórczości Joyce’a ruszają na spacer po Dublinie razem z bohaterami jego powieści
Korespondencja z Dublina

Stolica Irlandii to rodzinne miasto wielu pisarzy i poetów, którzy złotymi zgłoskami zapisali się w annałach historii literatury powszechnej. Dość wymienić Oscara Wilde’a („Portret Doriana Graya”), George’a Bernarda Shawa – autora sztuki „Pigmalion” czy znakomitego dramatopisarza, twórcy teatru groteski Samuela Becketta („Końcówka”, „Czekanie na Godota”). Tak naprawdę jednak to dzięki osobie i twórczości Jamesa Joyce’a (1882-1941) Dublin jest bezbłędnie odnajdywany na literackiej mapie świata.
Nowatorstwo w zakresie eklektycznego i symultanicznego tworzenia przestrzeni powieściowej, zabawa z czasem, który w powieściach Irlandczyka traci swoją fizyczność i chronologię, wreszcie wprowadzenie strumienia świadomości (monologu wewnętrznego bohaterów) jako istotnego elementu narracji sprawiły, iż James Joyce został uznany za największego rewolucjonistę powieści XX-wiecznej. Joyce to zarazem osoba i zjawisko, którego nie sposób łatwo zdefiniować i ograniczyć ramami historyczno-literackimi. Bez wątpienia był geniuszem. Żaden pisarz nie wniósł tyle ożywczego powiewu do skostniałej teorii literackiej powieści (głęboko tkwiącej jeszcze w wieku XIX). Lista pisarzy, którzy tworzyli pod wpływem niepokornego dublińczyka, jest długa, wymieńmy choćby Wirginię Woolf, Trumana Capote’a czy Ernesta Hemingwaya.

Odys w Dublinie

Wieczną sławę Joyce’owi przyniósł „Ulisses”. Na 800 stronach autor zawarł urzekającą, choć trudną w odbiorze epopeję – mit o Dublinie. Wszystkie wydarzenia opisane w powieści oparł z precyzją szwajcarskiego zegarmistrza na najsłynniejszym eposie bohaterskim czasów antyku – „Odysei” Homera. Każdy rozdział „Ulissesa” odpowiada kolejnej pieśni tego eposu. Podobnie bohaterowie, których spotykamy na kartach powieści, mają swoje odpowiedniki u Homera.
Dublin uosabia w powieści – w nieco sparodiowanej wersji – świat starożytny z czasów Homera. Znamienne jest jednak to, że Joyce stolicę Irlandii opisał z wielkim pietyzmem i dbałością o każdy detal. W listach do Franka Budgena pisał: „Do napisania ťUlissesaŤ przygotowywałem się całe życie”. Jako niespełna 20-latek z lubością przemierzał najmroczniejsze dzielnice stolicy Irlandii, spisując zasłyszane anegdoty, żarty i pieśni. Rejestrował w głowie i na papierze kolokwializmy, zwroty żargonowe, a nawet przekleństwa dublińczyków różnych stanów i profesji. Po latach tak wspominał pracę nad „Ulissesem”: „Chciałem dać tak wszechstronny obraz Dublina, by można było to miasto, gdyby pewnego dnia nagle zniknęło z powierzchni ziemi, odbudować na podstawie mojej książki”.

Czerwiec i Joyce

Dlaczego czerwiec jest tak ważnym miesiącem dla samego Joyce’a i rzeszy jego czytelników? To proste. Akcja „Ulissesa” rozgrywa się w ciągu jednego dnia – 16 czerwca 1904 r. Tego dnia właśnie James Joyce poznał swoją przyszłą żonę i – jak mawiał o niej – „przewodniczkę duchową” Norę Barnacle, rodem z Galway. Nora była prostą, uroczą, młodą kobietą. Cechował ją trzeźwy realizm, bez romantyczno-literackich inklinacji. Przez cały okres małżeństwa z pisarzem Nora traktowała jego profesję jako „niegroźne i nieprzydatne do niczego szaleństwo”. Kiedy otrzymała od męża pierwszy, pachnący jeszcze farbą egzemplarz „Ulissesa”, natychmiast chciała go… sprzedać. Zmartwieniem napawał ją jedynie fakt, że „za te kilkaset kartek niewiele dostanie pieniędzy”. Joyce, który czasami mylił rzeczywistość z kreowanymi przez siebie na kartach utworów zdarzeniami, namawiał Norę do spotykania się z innymi mężczyznami i uprawiania z nimi miłości. Pamiętać musimy, iż Molly Bloom z „Ulissesa” to literacki odpowiednik Nory. Ta jednak przez całe życie była mu wierna. Trwała przy nim w biedzie i głodzie, towarzyszyła mu podczas choroby i licznych napadów nerwobóli spowodowanych chorobą oczu. Aż do ostatnich dni pisarza, które spędził w Szwajcarii. Joyce cenił w niej naturalność, niewinność i nieskażenie chorobą nowego wieku.
Na pamiątkę pierwszego spotkania Joyce’a i Nory oraz dla upamiętnienia czasu powieściowego „Ulissesa” co roku w Dublinie odbywa się popularny Bloomsday. Podążając śladami bohaterów powieści, trafimy do kamieniczki przy Eccles Street 7, gdzie mieszkał Leopold Bloom, dla przyjaciół Poldy. Irlandczyk Bloom, o krwi żydowskiej i węgierskiej, otwiera listy w gmachu Poczty Głównej (GPO) przy Sackville Street (obecnie O’Connell Street, główna ulica Dublina), spaceruje o zmierzchu drogą ku Sandymount, kierując się ku zatoce, aby przy kościele Star of the Sea pomedytować i powadzić się z Bogiem. Pije wreszcie piwo w pubach przy Lincoln Street i Poolberg Street (słynny, istniejący do dziś Mulligan’s), nocną porą zaś spaceruje po Westland Row – jednym z mostków na Liffey. Jak napisał w jednym z esejów dla „Tygodnika Powszechnego” Paweł Huelle – amatorzy i smakosze prozy Joyce’a mogą być szczęśliwi, ponieważ w ciągu ostatnich stu lat topografia Dublina praktycznie się nie zmieniła, czego nie można powiedzieć o Gdańsku. Gdyby ktokolwiek chciał ruszyć tropem małego Oskara, bohatera powieści Grassa „Blaszany bębenek”, czeka go rozczarowanie i klęska…
Podczas ubiegłorocznych obchodów Bloomsday jednym z głównych punktów tego dnia było obficie zakrapiane guinnessem śniadanie w James Joyce Center, na które tradycyjnie przybyło dziesiątki osób ubranych w stroje z początku XX w. Wśród gości można było dostrzec postacie żywcem wyjęte z kart „Ulissesa” – Leopolda i Molly Bloom czy Stefana Dedalusa. Znany entuzjasta twórczości Joyce’a, David Morris, rozpoczął obchody święta przemową do zebranej publiczności. Czytano fragmenty wiekopomnego dzieła, wspominano trudny życiorys pisarza, dyskutowano o jego twórczości. Podobne śniadanie miało miejsce w Sandycove, gdzie w Wieży Martello (obecnie muzeum Joyce’a) rozpoczyna się akcja powieści; tam też, w kąpielisku Forty Foot, odważni zaczęli dzień od pływania w morzu, tak jak na pierwszych kartach powieści robi to Buck Mulligan. Potem setki osób, z których wiele przybyło spoza stolicy, a nawet z zagranicy, ruszyło w Dublin śladami bohaterów „Ulissesa”.
Obchody Bloomsday nie ograniczają się jedynie do 16 czerwca. Przez kilka kolejnych dni w wielu miejscach Dublina odbywają się imprezy towarzyszące: przegląd filmów, spotkania i wycieczki, wystawy, spektakle teatralne, odczyty, koncerty i promocje wydawnictw książkowych.

Śladami Blooma i Dedalusa…

Fanom detektywistycznego tropienia Joyce’a i jego powieściowych bohaterów polecam dwie książki. Pierwsza to „Ulisses Guide” Roberta Nicholsona, druga – „A Guide to the Dublin of Ulisses” Franka Delaneya. Opracowanie Delaneya cieszy się niesłabnącą popularnością wśród uczestników Bloomsday. Dzięki temu „magicznemu podręcznikowi” są w stanie odtworzyć (i przejść!) całą drogę Leopolda Blooma i Dedalusa. Warto też sięgnąć po dwa wydania albumowe – „Joyce’s Dublin” Rosanny Negrotii i „James Joyce” Chestera G. Andersona.
O zachodzie słońca 16 czerwca umowne i ulotne „dziś” miesza się z powieściowym „wczoraj”. Uczestnicy literackiego święta sami stają się częścią wielkiego mitu. A o to przecież wielkiemu Irlandczykowi chodziło…
Sam Joyce zaś trwa na cokole pomnika u zbiegu ulic O’Connell i Earl Street North. Artystka Marjorie Fitzgibbon znakomicie oddała naturę pisarza. James Joyce ubrany jest w zwiewny paszcz i kapelusz. Stroju dopełnia elegancka laseczka i nieodzowne w przypadku autora „Dublińczyków” okulary, znad których nie patrzy wprost w oczy dublińczyków czy rzeszy turystów. Jego wzrok utkwiony jest gdzieś ponad horyzontem. „Obecny ciałem, ale z duchem i pragnieniami rozbiegany po całym wszechświecie”, jak mawiał jego przyjaciel i długoletni sekretarz Samuel Beckett.
Tomasz Wybranowski
Współpraca Tomasz Szustek

 

Wydanie: 25/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy