Czeska polityka jest mężczyzną

Czeska polityka jest mężczyzną

I to o konserwatywnych poglądach. Taki jest wniosek z ostatnich wyborów do parlamentu

Wszystko wskazuje, że 57-letni Petr Fiala to najpoważniejszy kandydat na premiera Czech. Nie wiadomo jednak, kiedy mógłby objąć urząd. Obecnie czeska polityka przypomina rollercoaster.

Co się dzieje z prezydentem

Petr Fiala ma za sobą większość w nowo wybranym sejmie, jednak to dotychczasowy premier Andrej Babiš jest szefem partii, która zdobyła w wyborach najwięcej mandatów. Przeciwko Babišowi przemawia sejmowa arytmetyka, ale ponoć to jemu prezydent Miloš Zeman miał  powierzyć misję tworzenia rządu. Kompetencje prezydenta w Czechach są o wiele większe w tym zakresie niż w Polsce. Premier po wskazaniu przez prezydenta mógłby rządzić nawet bez wotum zaufania parlamentu. Przed czterema laty tzw. rząd w dymisji Babiša sprawował władzę przez osiem miesięcy bez poparcia parlamentu.

Babiš rozmawiał z Zemanem w niedzielny poranek, dzień po wyborach, w jego letniej rezydencji na zamku Lány. Tuż po tym spotkaniu 77-letni Zeman trafił na oddział intensywnej opieki medycznej Centralnego Szpitala Wojskowego w Pradze. Powód nie jest do końca jasny.

Rzecznik prezydenta Jiří Ovcácek przekonuje, że „hospitalizacja nie uniemożliwia mu wykonywania jego konstytucyjnych prerogatyw”. Według jego zapewnień prezydent komunikuje się, monitoruje sytuację polityczną i zapoznaje z najnowszymi wydarzeniami. Czeski „Deník N”, powołując się na swoje źródła, poinformował w środę, że stan głowy państwa jest poważniejszy, niż deklaruje kancelaria prezydenta, i Zeman nie jest w stanie wypełniać istotnych obowiązków. W związku z hospitalizacją Zemana czeskie media i politycy spekulują na temat jego zdolności do sprawowania urzędu. Zaniepokojony jest m.in. marszałek senatu Miloš Vystrčil (kadencja senatu nie pokrywa się z kadencją sejmu, 8 i 9 października Czesi wybierali tylko posłów, a nie senatorów), który prosił o informację o stanie zdrowia prezydenta. Nie pomaga fakt, że Miroslav Zavoral, prezydencki lekarz i dyrektor szpitala, w którym przebywa Zeman, nie przekazał mediom dokładnej diagnozy. Tłumaczył to brakiem zgody Zemana. Powiedział jedynie, że przyczyną hospitalizacji – nie jest pewne, czy ta była wcześniej zaplanowana – były powikłania towarzyszące przewlekłej chorobie.

Lekcje polityki

Czescy politycy szykują się na wybory prezydenckie, a Czesi odbywają szybki kurs konstytucji. Serwis Reflex.cz informuje, że konstytucja Republiki Czeskiej liczy się z możliwością ustąpienia prezydenta z funkcji lub śmierci głowy państwa. W przypadku śmierci lub rezygnacji, którą prezydent musiałby złożyć na ręce marszałka senatu, ten ma 10 dni na ogłoszenie wyborów (musiałyby się odbyć najpóźniej w ciągu 80 dni). Warto przypomnieć, że Zeman jest pierwszym czeskim prezydentem wybranym w wyborach bezpośrednich, a więc o wyborze nowej głowy państwa zdecydowaliby Czesi w wyborach powszechnych. Kandydaci na prezydenta muszą zostać ogłoszeni na 66 dni przed głosowaniem. To znaczy, że mieliby 14 dni na decyzję po ogłoszeniu przez marszałka senatu nowych wyborów. Nie tylko zresztą na samą decyzję o starcie, ale także na zebranie odpowiedniego poparcia. Kandydatów na prezydenta w Czechach może zgłaszać co najmniej 20 posłów lub co najmniej 10 senatorów. Inaczej kandydat musi zebrać 50 tys. podpisów. Miałby na to 24 dni od momentu rezygnacji prezydenta. Reflex.cz twierdzi, że to technicznie niemożliwe.

Kompetencje prezydenta przechodzą wówczas na premiera, marszałka sejmu i marszałka senatu. Premier zostałby zwierzchnikiem sił zbrojnych, przejąłby obowiązek reprezentowania kraju za granicą, mógłby powoływać sędziów. Marszałek sejmu miałby wówczas m.in. kompetencje prezydenta w zakresie mianowania premiera. Nie tylko dlatego zwycięska koalicja SPOLU ma swoją kandydatkę na marszałka sejmu, Markétę Pekarovą Adamovą, i nie chce się zgodzić, by marszałek przynależał zwyczajowo największemu klubowi w parlamencie. W przypadku gdyby sejm nie funkcjonował, obowiązki marszałka sejmu przejmuje marszałek senatu.

Fiala zwrócił się do prezydenta o spotkanie w sprawie utworzenia rządu, co rzecznik prezydenta potwierdził. Panowie mają się spotkać, kiedy pozwoli na to stan zdrowia Zemana. Na razie Fiala prowadzi rozmowy z partiami i zapewnia, że do 8 listopada zostanie podpisana umowa koalicyjna.

Petr Fiala – nie mylić z Radimem Fialą, prawą ręką Tomia Okamury, który przewodzi ksenofobicznej i antyunijnej partii SPD – od 2014 r. stoi na czele konserwatywnej ODS. Jest profesorem politologii, byłym rektorem Uniwersytetu Masaryka w Brnie. Pełnił także funkcję ministra edukacji w rządzie Petra Nečasa, który upadł w 2013 r. w atmosferze skandalu, po tym jak szefowa gabinetu premiera Jana Nagyová została aresztowana i oskarżona o nadużycie stanowiska i korupcję. To protesty Czechów przeciw korupcji i niezadowolenie m.in. z rządów ODS utorowały w 2013 r. Andrejowi Babišowi i jego Akcji Niezadowolonych Obywateli (ANO) drogę do parlamentu i władzy.

ODS Fiali w Parlamencie Europejskim zasiada w jednej grupie z posłami Prawa i Sprawiedliwości. W 2019 r. Fiala cieszył się ze zwycięstwa PiS w wyborach do Sejmu: „Z zadowoleniem przyjmuję wyniki polskich wyborów parlamentarnych, w tym wysoką frekwencję, co potwierdza mocny mandat zwycięskiego Prawa i Sprawiedliwości”. Zwrócił też uwagę na fakt, że ODS i PiS od dawna współpracują we wspólnej frakcji w PE, a współpraca Czech i Polski jest ważna dla rozwoju Europy Środkowej i promowania rozsądnej reformy UE. W książce napisanej wspólnie z Františkiem Mikšem „Konserwatyzm dzisiaj. Polityka,

społeczeństwo i zdrowy rozsądek w czasie braku rozsądku” (2019) Fiala z uznaniem cytuje Arystotelesa, europosła PiS Ryszarda Legutkę i ulubionego filozofa polskiej prawicy Rogera Scrutona.

Przegrani

W wyborach 8 i 9 października Czesi postawili na prawicę. Frekwencja wyniosła 65,43% i była o ponad 4,5 pkt proc. wyższa niż przed czterema laty (60,84%), co może być dowodem na zaostrzenie sporu politycznego. Najłatwiej powiedzieć, kto jest największym przegranym tych wyborów. Poza parlamentem znaleźli się socjaldemokraci z ČSSD (4,65%) i komuniści z KSČM (3,60%), którzy nie przekroczyli progu 5%. W przypadku komunistów to pierwszy raz od powstania Republiki Czeskiej, kiedy nie dostali się do parlamentu. Przez ostatnie cztery lata politycy ČSSD tworzyli rząd z Andrejem Babišem, przy cichym wsparciu KSČM. Tych pierwszych z pewnością utopiła słabo oceniana polityka rządu w walce z COVID-19. A obie przystawki zjadł Andrej Babiš.

Z pewnością tym ugrupowaniom nie pomógł fakt, że wybory przybrały w zasadzie postać referendum w sprawie Andreja Babiša. Eksperci zwracają uwagę, że tym razem w wyborach przepadło prawie milion głosów, co oznacza, że tylu wyborców (oddano nieco ponad 5,4 mln głosów) głosowało na partie, które nie weszły do sejmu. W 2017 r. takich głosów było tylko 153 tys., a w 2013 mniej niż pół miliona.

Kolejnym wielkim przegranym są Piraci, którzy do sejmu wprowadzili tylko czterech posłów, a mieli ich 22.

Wybory wygrała koalicja SPOLU (Razem), którą tworzą prawicowy ODS Petra Fiali, konserwatywno-liberalny TOP 09 i chadecy z KDU-ČSL. Zdobyła 27,79%, co dało jej 71 mandatów. Drugie miejsce przypadło ANO (Akcji Niezadowolonych Obywateli) Babiša, na którą zagłosowało 27,12% wyborców, co dało jej 72 – to nie jest pomyłka – miejsc w sejmie.

Skąd ta rozbieżność? W Czechach mandaty dzieli się w 14 okręgach wyborczych i to rozkład głosów w tych okręgach, a nie z perspektywy całego kraju, decyduje o liczbie miejsc w sejmie, które przypadną danej partii. W sejmie znalazła się jeszcze koalicja progresywnych Piratów i centrowego ugrupowania samorządowców o nazwie Burmistrzowie (Piráti a Starostové), która wspólnie zdobyła 15,62% głosów i 37 miejsc. Stawkę zamknęła partia SPD, czyli Svoboda a přímá demokracie (Wolność i Demokracja Bezpośrednia) Tomia Okamury – ksenofobiczne ugrupowanie, które na sztandarach ma referendum w sprawie czexitu – na którą głosowało 9,56% Czechów, co dało jej 20 miejsc w parlamencie.

Sytuację w Czechach komplikuje fakt, że dwa podmioty wzięły udział w wyborach jako koalicje, a teraz chcą utworzyć osobne kluby. W sejmie zasiądzie: 72 posłów ANO, 34 z ODS, 33 od Burmistrzów, 23 z chadeckiej KDU-ČSL, 20 z SPD, 14 z TOP 09 i skromna czwórka od Piratów. Razi dysproporcja między posłami Piratów i Burmistrzów. Choć ta koalicja w sumie zdobyła 37 foteli w sejmie, jej wyborcy za pomocą tzw. głosów preferencyjnych zdecydowanie częściej wybierali Burmistrzów niż Piratów. Szef tych drugich, Ivan Bartoš, który jeszcze kilka tygodni temu był przymierzany do funkcji premiera, może się czuć chyba największym przegranym tych wyborów.

Koalicja SPOLU i koalicja Piratów i Burmistrzów od początku za cel postawiła sobie odsunięcie od władzy Andreja Babiša. To ona obecnie prowadzi negocjacje, mając 108 posłów w 200-osobowym sejmie. Warto zauważyć, że większość (104) będzie miała także bez progresywnych Piratów, którzy najbardziej odstają od pozostałych, dosyć konserwatywnych partii. ANO może liczyć jedynie na głosy SPD, ale to daje jej raptem 92 głosy.

Andrej Babiš, który po wyborach utrzymywał, że jest ich zwycięzcą, bo   ma największy klub (przeszło dwukrotnie większy od drugiego ODS), w ostatni piątek ogłosił jednak, że nie chce już tworzyć rządu i przejdzie do opozycji.  Być może na tej decyzji zaważył fakt, że partie, które wchodzą w skład SPOLU oraz Piratów i Burmistrzów, odżegnywały od jakichkolwiek negocjacji z Babišem.

Czy polityczka lubi kwiaty

W nowym czeskim sejmie zasiądzie 50 kobiet (najwięcej od powstania Republiki Czeskiej) i 150 mężczyzn. Procentowo najwięcej kobiet wprowadzili Piraci i Burmistrzowie (13 na 37 wszystkich posłów, czyli 35%). Potem jest ANO (20 kobiet na 72 posłów, czyli 27%) i SPD (5 posłanek i 15 posłów, czyli 25%). Procentowo najmniej kobiet zasiądzie w ławach SPOLU (12 posłanek na 71 wybranych posłów, czyli 17%). To wszystko nie zmienia faktu, że czeska polityka jest ciągle mężczyzną. Było to doskonale widać podczas najważniejszych telewizyjnych debat wyborczych, w których ugrupowania reprezentowali jedynie mężczyźni. Na czele większości partii, które znajdą się w sejmie, stoją mężczyźni. Tylko szykowana na marszałka sejmu 37-letnia Markéta Pekarová Adamová lideruje TOP 09. Polityczka w wywiadach ironicznie stwierdza, że dziennikarze, zamiast pytać ją o politykę, wolą się dowiedzieć, czy lubi dostawać kwiaty.

Liderem sondaży wyborczych był Andrej Babiš, który jednak nieznacznie przegrał ze SPOLU. Miały na to wpływ ustalenia Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (ICIJ), które opublikowano na niespełna tydzień przed wyborami. Śledztwo dziennikarzy wykazało, że Babiš – czwarty najbogatszy człowiek w Czechach, z majątkiem wycenianym przez „Forbesa” na 74 mld koron, właściciel Agrofertu, potentata na rynku rolno-spożywczym, i części mediów – w 2009 r. nabył luksusowe nieruchomości na Riwierze Francuskiej, o wartości 15 mln euro, poprzez spółki zarejestrowane w rajach podatkowych. Dzięki temu miał uniknąć podatków. Przeciwników Babiša mogła też zmotywować jego wypowiedź, że jeśli przegra wybory, wycofa się z polityki.

Babišowi zabrakło szczęścia

Babiš odwoływał się do kieszeni Czechów. Przypominał, że gdy został premierem w 2017 r., średnia emerytura wynosiła tylko 11 745 koron (około 2132 zł), a w marcu 2021 r. było to już 15 351 koron (2787 zł). Zaznaczał, że każda osoba powyżej 85. roku życia dostała dodatkowo tysiąc koron, ponadto każdy czeski senior otrzymał jednorazowo 5 tys. koron (907 zł) z powodu pandemii. Zapewniał, że w roku 2022 średnia podwyżka emerytur będzie wynosić 758 koron (137 zł). Obiecywał dopłaty do rachunków za prąd.

Opozycja natomiast wypominała mu m.in. problemy z Brukselą, która oskarża go o wyłudzenia unijnych dotacji i dużą inflację, przypominała wielotysięczne uliczne protesty, podczas których żądano ustąpienia premiera i prezydenta. Petr Fiala przekonywał, że Czechy mogą mieć premiera, którego nie muszą się wstydzić, czyli jego samego.

Andrej Babiš znalazł się w sytuacji przypominającej położenie Maroša Šefcovica, który w drugiej turze wyborów prezydenckich na Słowacji zmierzył się z Zuzaną Čaputovą. Wówczas to Šefcovic, który był komisarzem unijnym i kandydatem socjaldemokratów, musiał łowić wyborców antyunijnych, w wywiadach krytykował Brukselę i opowiadał o przywiązaniu do rodzinnych wartości.

Babiš w kampanii lawirował między eurosceptycyzmem a chwaleniem się sukcesami swojego rządu w negocjacjach z Brukselą. Bronił granic przed imigrantami, a jednocześnie nie mógł w tym temacie konkurować z liderem ksenofobicznej SPD. Pewnie zabrakło mu też szczęścia. Gdyby socjaldemokracja przekroczyła próg wyborczy, czeski scenariusz polityczny mógłby wyglądać zupełnie inaczej. Ciekawe, jak Babiš odnajdzie się na ławach opozycji. I na ile będą sie za nim ciągnęły wyniki międzynarodowego dziennikarskiego śledztwa ICIJ.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 43/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy