Czwarta zmiana

Czwarta zmiana

Wielobrygadowy System Pracy utrudnia życie górników. Ale niewprowadzenie go odbiera szansę na dalszy rozwój Polskiej Miedzi

Kiedy na światowych rynkach cena miedzi jest wysoka i dolar stoi mocno, łatwiej nam się żyje. Ale musimy żyć również wtedy, gdy złoty wzmacnia się w stosunku do dolara, a miedź tanieje – tak twierdzi prof. Stanisław Speczik, prezes Polskiej Miedzi SA. Z najprostszych rachunków wynika, że każdy grosz, o który złotówka zyskuje w stosunku do dolara, to dla KGHM strata roczna 10 mln zł. Natomiast obniżka ceny miedzi o jeden dolar na tonie (miedzią handluje się w dolarach) wyjmuje z kieszeni KGHM około 2 mln zł. Nie ma wątpliwości, że

aktualne ceny miedzi są korzystne

i dolar staje się coraz „cięższy”. Trzeba jednak założyć także to, że korzystny trend się odwróci.
Przed rokiem za tonę miedzi na światowych rynkach nie płacono nawet 1,5 tys. dol. – mniej niż koszty jej wytwarzania w KGHM. Było oczywiste, iż aby utrzymać zatrudnienie na dotychczasowym poziomie i jeszcze znaleźć pieniądze na rozwój kopalń i hut, trzeba szukać oszczędności. Wtedy przypomniano sobie, że jeszcze w 1999 r. w kopalni Polkowice-Sieroszowice pojawiła się propozycja wdrożenia systemu HP-3. Oznacza to pracę na cztery zmiany. – Taki system – wyjaśnia Grzegorz Mamczur, dyrektor Departamentu Planowania, Nadzoru Produkcji i Kosztów KGHM – w kopalniach węglowych na Górnym Śląsku, konkretnie w Nadwiślańskiej Spółce Węglowej, obowiązuje już od lat 80.
Zanim KGHM zdecydował się na eksperymentalne wprowadzenie czterozmianówki u siebie, rozmawiano na Śląsku z dyrektorami, głównymi inżynierami i szefami związków zawodowych – NSZZ „Solidarność” i ZZ Górników w Polsce. Podczas rozmów wszyscy chwalili ów system. Twierdzili, że takie rozwiązanie pozwoliło uporządkować i zwiększyć produkcję.
W KGHM wyliczono, że wprowadzenie Wielobrygadowego Systemu Pracy pozwoli zwiększyć produkcję o kilka procent. Korzyści z nowego rozwiązania to nie tylko zwiększenie produkcji, ale też zmniejszenie jej kosztów poprzez lepsze wykorzystanie czasu pracy, co oznacza wzrost wydajności. Wyliczono, że przy dotychczasowej organizacji pracy – na trzy zmiany, po 7,5 godziny każda – wskaźnik efektywnego wykorzystania czasu dyspozycyjnego wynosi 62,5%, a przy sześciogodzinnej pracy górnika na efektywną pracę przypada tylko 3,5 godziny. Resztę pochłaniają zjazd, wyjazd, dojazd do miejsca pracy i powrót oraz czasy przygotowawczo-zakończeniowe. Podobnie jest z maszynami, one też czekają na nową zmianę. Jeśli w ciągu doby przybędzie dodatkowa zmiana, zjazd górników na dół i dojazdy do stanowiska pracy będą się odbywać w trakcie pracy poprzedniej zmiany. Dzięki temu wskaźnik efektywnego wykorzystania czasu pracy wzrośnie do 83% dla zmiany siedmioipółgodzinnej i do 58% dla zmiany sześciogodzinnej. Wprowadzenie czterech zmian pozwoli uporządkować fazy produkcji. – W jednym miejscu będzie wiercenie – tłumaczył dyr. Mamczur – w drugim kotwienie, w kolejnym wybieranie i strzelanie. Pozwoli to również ograniczyć liczbę maszyn na dole.
W nowym systemie, kiedy górnicy zmieniają się na stanowiskach bezpośrednio, dodatkową, czwartą zmianę można wygospodarować bez zwiększania zatrudnienia. Tyle że dotychczasowe godziny pracy ulegają radykalnym zmianom – pierwsza zmiana zaczyna pracę od godz. 6, druga od 11, trzecia od 18, a czwarta od 23. Przeciwko temu

protestowały związki zawodowe.

Uważają, że takie godziny pracy zdezorganizują pracownikom życie rodzinne. To niewątpliwie prawda. Tyle że dowodzi zarazem, jak dalece do zagłębia miedziowego nie dotarło powszechne w innych rejonach kraju przekonanie, że od niedogodnego czasu pracy ważniejszy jest fakt posiadania pracy w ogóle. Związkowcy jakoś nie przejęli się zapewnieniami dyrekcji, iż to jedyny sposób, by utrzymać zatrudnienie na dotychczasowym poziomie. Najwyraźniej nie chcą przyjąć do wiadomości tego, iż bez wprowadzania efektywniejszych systemów organizacyjnych pracę można również utracić.
Nie trafiły do nich także zapewnienia, iż normy pracy zostaną utrzymane na dotychczasowym poziomie, zaś część zysków z tytułu efektywniejszego wykorzystania czasu pracy trafi do kieszeni pracowników. Wysokość tej kwoty dyr. Mamczur szacował na 250-800 zł miesięcznie, w zależności od możliwości indywidualnych pracownika. Na dodatek poprawi się także bezpieczeństwo pracy. Zsynchronizowanie operacji technologicznych pozwoli bowiem na zmniejszenie liczby ludzi i maszyn jednocześnie pracujących na danej zmianie wydobywczej.
Korzyści dla KGHM z wprowadzenia nowego systemu to obniżenie kosztów wydobycia rudy, ale są i inne. Dyr. Mamczur tłumaczy: – Zakładamy zwiększenie produkcji miedzi elektrolitycznej w następnych latach. Aby to było możliwe, w przyszłości należałoby importować koncentrat. Bilans zamyka się tylko na 2003 r. Wprowadzenie wielozmianowego systemu pracy znacznie zmniejszy potrzebę importu koncentratu w 2004 r. i w latach następnych.
Takie były założenia towarzyszące zamiarowi wprowadzenia w KGHM nowego systemu pracy. Jaka jest rzeczywistość? Kto za, kto przeciw?
Z początkiem roku nowy system wprowadzono eksperymentalnie w niektórych rejonach kopalń Lubin, Polkowice-Sieroszowice i Rudna. Od września objęto nim całość tych kopalń. Za wcześnie jeszcze, by wystawić mu jednoznaczną ocenę, jednak większość pracowników, z którymi przeprowadza rozmowy pismo „Polska Miedź”, uważa, że się sprawdza. Może z wyjątkiem zarobków, które nie są na miarę oczekiwań.
Dyr. Grzegorz Mamczur mówi: – Wiem, że niektórzy pracownicy narzekają, że praca w WSP nie ma odbicia w zawartości portfela, bo utracili premię motywacyjną, ale przecież wprowadzono ją tylko na pierwsze trzy miesiące pracy w nowym systemie.
System stwarza możliwości wzrostu wynagrodzeń, ale to zależy od indywidualnego podejścia każdego pracownika.
Początki eksperymentu, zdaniem, dyr. Mamczura, wypadły pozytywnie, mimo że nie osiągnięto wszystkich przyjętych na początku założeń. Pierwotnie zakładano wzrost efektywnego czasu pracy w ciągu doby aż o 20%. Jednak ze względów organizacyjnych i technologicznych w praktyce okazało się niemożliwe, aby wszystkie cztery zmiany zachodziły na siebie. Zamiast czterech zakładek są dwie. Zatem wydłużenie się efektywnego czasu pracy było o połowę mniejsze. Niemniej wydajność i wydobycie wzrosły wyraźnie już w fazie eksperymentalnej, a po upowszechnieniu systemu wydobycie rośnie coraz bardziej. Np. kopalnia Polkowice-Sieroszowice, która wcześniej notowała wydobycie w dni „czarne” rzędu 33 tys. ton, teraz osiąga 37, a nawet 41 tys. ton. Inne plusy systemu to ograniczenie liczby maszyn pracujących jednocześnie. Teraz są lepiej wykorzystywane, a na dodatek nie sprawdziły się przepowiednie, że intensywniej eksploatowane będą częściej się psuły. System musi więc być doskonalony, ale nie ma od niego odwrotu.
Wśród związków zawodowych zdania na temat nowego systemu są podzielone. Przewodniczący Sekcji Krajowej Górnictwa Rud Miedzi NSZZ „Solidarność”, Józef Czyczerski, jest zdecydowanie przeciw. Pismu „Polska Miedź” tłumaczył: „Od samego początku krytycznie ocenialiśmy jego założenia i wiedzieliśmy bez potrzeby testowania, że ma wiele wad i zagrożeń. Po sześciu miesiącach eksperymentowania system wprowadził totalny chaos organizacyjny, spadło też wydobycie”. Wyciąga także argumenty innej natury: „Takiej firmie jak Polska Miedź nie przystoi wprowadzać w XXI w. niewolniczego systemu pracy. Nie jest prawdą, że w soboty i niedziele pracujemy dobrowolnie, bo istnieje przymus ekonomiczny, a w tej sytuacji łatwo zmusić do dodatkowej pracy”. Twierdzi też, że WSP całkowicie rozbija cykl biologiczny człowieka, podobnie jak życie rodzinne górników. Wygląda na to, że przewodniczący nie chce jeszcze przyjąć do wiadomości, że dla górników na Śląsku praca – w każdym systemie – jest marzeniem. I nie chce pamiętać, że 70 km od Lubina, w biedaszybach dawnego zagłębia wałbrzyskiego, giną górnicy, którym zamknięcie tamtejszych kopalń całkowicie zdezorganizowało życie rodzinne.
Zdaniem przewodniczącego Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego, Ryszarda Zbrzyznego, „bezsprzecznie wzrosła wydajność, a przez to produkcja, ale z drugiej strony widać, że nie wytrzymują maszyny i urządzenia”. On także mówi o naruszeniu rytmu biologicznego i o dezorganizacji życia rodzinnego. Wspomina również, że pracując w nowym systemie, górnicy będą mieli kłopoty z rzetelnym wywiązaniem się ze zobowiązań, które podjęli poza miejscem pracy. – Jeżeli zarząd z pełną determinacją będzie poprawiał elementy decydujące o powodzeniu WSP – powiedział mi Ryszard Zbrzyzny – to system ten da spodziewane efekty. W przeciwnym wypadku nie jestem optymistą.
Inaczej do sprawy podchodzi Związek Zawodowy Pracowników Dołowych. Jego przewodniczący, Jan Młynarczyk, jest pewien, że to system bardziej uciążliwy dla pracowników, ale liczy, że formą rekompensaty będzie wprowadzenie na stałe dodatku przewidzianego w okresie eksperymentalnego wdrażania WSP w wybranych rejonach. Jego związek będzie się tego domagać. Związek obiecuje też zadbać, by system wynagradzania pracowników we właściwych proporcjach uwzględniał zyski płynące z WSP oraz fakt, iż jest on bardziej uciążliwy. Przewodniczący Młynarczyk chwali natomiast poprawę bezpieczeństwa pracy dzięki zmniejszeniu liczby pracujących maszyn. I to, że w kwestiach szczegółów technicznych wdrażania systemu związkowcy dogadują się z pracodawcą. Zauważone przez nich mankamenty są na bieżąco usuwane. To dobrze rokuje na przyszłość. Generalnie efekty wdrażania systemu będą coraz lepsze.
Przewodniczący ZZ Pracowników Dołowych apeluje do swoich kolegów z innych związków zawodowych o porozumienie, by nie utrudniać inicjatyw gospodarczych pracodawcy. Czy głos zdrowego rozsądku dotrze do wszystkich? Sytuacja w Polsce jest tak paradoksalna, iż związki zawodowe uprawiają politykę, przynajmniej w tych zakładach, którym się dobrze wiedzie. Zaś pilnowanie miejsc pracy zrzucają na barki prezesów i dyrektorów.

 

Wydanie: 47/2003

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy