Polowanie na Kwaśniewskich

Polowanie na Kwaśniewskich

Zeznania agenta Tomka pogrążają Kamińskiego i Wąsika. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że Tomasz Kaczmarek wszystkiego nie powiedział

Tomasz Kaczmarek, słynny agent Tomek, potem poseł Prawa i Sprawiedliwości, powtórzył to dwa razy. Najpierw 12 grudnia 2019 r. w prokuraturze w Katowicach, zeznając we wznowionym w roku 2016 śledztwie w sprawie tzw. willi Kwaśniewskich w Kazimierzu Dolnym. Potem w programie telewizji TVN „Superwizjer”, emitowanym w sobotę, 25 stycznia br.

Mówił: „Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik dawali mi jasny sygnał, że w trakcie mojej pracy mam sformułować zdarzenia w taki sposób, aby wskazywać na to, że właścicielami willi w Kazimierzu Dolnym są Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy”. On sam, jak powiedział dziennikarzom „Superwizjera”, nie miał takiego przekonania i informował o tym przełożonych.

Jego uwagi, jak opowiadał, były ignorowane. Dlatego większość materiałów związanych z ówczesną operacją CBA to jego notatki, a nie np. nagrania. Jak mówił, „łatwiej było wytwarzać przeświadczenia (o Kwaśniewskich) poprzez pisane dokumenty niż poprzez realizowanie nagrań”.

I jeszcze jeden cytat z „Superwizjera”: „Są one (notatki i zeznania – przyp. red.) wynikiem rozkazów i poleceń (…) od Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika w zakresie prowadzenia przeze mnie czynności operacyjnych oraz sporządzanej przeze mnie dokumentacji. Miałem wytworzyć przeświadczenie, że dom w Kazimierzu Dolnym należy do Jolanty i Aleksandra Kwaśniewskich. Ja osobiście takiego przeświadczenia nigdy nie powziąłem, a moje notatki i złożone zeznania są efektem nacisków ze strony moich byłych przełożonych”.

Te słowa są dla ówczesnych szefów CBA jak akt oskarżenia. Wynika z nich, że to oni mówili agentowi Tomkowi, jakie ma pisać notatki, a potem, na podstawie tychże notatek, wiedząc, że są nieprawdziwe, uruchamiali przeciwko Kwaśniewskim całą machinę tajnych służb – podsłuchy, agenturę, a w końcu operację specjalną.

Jak to wyglądało? Sporo światła rzuca na to opisany przez „Gazetę Wyborczą” wniosek prokuratury do Sejmu o uchylenie immunitetu Mariuszowi Kamińskiemu, nad którym posłowie głosowali w 2014 r. Wniosek był tajny, zapoznało się z nim raptem dziewięciu posłów, potem, także w trybie tajnym, występował przed posłami Mariusz Kamiński, broniąc się. Ta obrona, jak wiemy z przecieków, polegała na atakowaniu Kwaśniewskich. Na opisywaniu rzekomego majątku pary prezydenckiej, na cytowaniu wyrwanych z kontekstu, podsłuchanych rozmów i ich interpretowaniu. Że buty w rozmiarze europejskim, a nie amerykańskim… „To były ploty, jak z bazaru”, opowiadał nam jeden z posłów. Ale na niektórych zrobiły wrażenie. Wniosek prokuratury nie uzyskał wymaganych 231 głosów. Część posłów Platformy, a nawet kilku SLD, wstrzymała się od głosu.

Gdyby przeczytali wniosek prokuratury, najpewniej zachowaliby się inaczej. Okazuje się bowiem, że prokuratura postawiła Kamińskiemu 39 zarzutów, w tym 37 dotyczących nielegalnych podsłuchów, a także fałszywego zawiadomienia prokuratora generalnego, że Jolanta Kwaśniewska popełniła czyn kryminalny, oraz przeprowadzenia bez podstaw prawnych zakupu kontrolowanego willi w Kazimierzu Dolnym.

Zdaniem prokuratury Kamiński nie miał prawa inwigilować Kwaśniewskich ani rozpoczynać przeciw nim tajnej operacji, ponieważ „wstępne ustalenia CBA nie potwierdziły informacji”, że są oni właścicielami wilii.

Polowanie na Kwaśniewskich zresztą trwa. PiS po przejęciu władzy natychmiast wznowiło śledztwo w sprawie willi w Kazimierzu Dolnym. Prowadzi je prokuratura w Katowicach. Do tej sprawy, jak się dowiedzieliśmy, delegowano dwóch prokuratorów, którzy niczym innym się nie zajmują. Zeznania agenta Tomka ewidentnie popsuły im szyki.

Operacja „Krystyna”

Przypomnijmy: w latach 2007-2009 CBA prowadziło akcję specjalną „Krystyna”. Miała ona dowieść, że Jolanta i Aleksander Kwaśniewscy byli nieoficjalnie właścicielami domu w Kazimierzu Dolnym. Zakupu mieli dokonać na podstawioną osobę – zaprzyjaźnionego z nimi Marka Michałowskiego, prezesa Budimeksu. Chcieli w ten sposób ukryć swoje nielegalne dochody. Mariusz Kamiński zamierzał więc udowodnić, że Kwaśniewscy są właścicielami willi, by potem zapytać ich, skąd na ten zakup mieli pieniądze.

Zainspirował go Józef Oleksy, który podczas mocno zakrapianej kolacji u Aleksandra Gudzowatego plotkował, że Kwaśniewscy kupili w Kazimierzu Dolnym „nie na siebie całe wzgórze”. Nagrania z tej kolacji ujawniono w roku 2007. Oleksy szybko z tych słów się wycofał, ale Kamińskiemu to wystarczyło.

Operacja ruszyła. Główną rolę grał w niej Tomasz Kaczmarek, agent Tomek. Zaprzyjaźnił się z Janem J., synem Marii J., pierwszej właścicielki, a potem administratorki domu. Kaczmarek namawiał Jana J., by pomógł mu w kupnie willi. I dopiął swego, Michałowski zgodził się sprzedać dom, najpewniej skuszony hojną ofertą. Agent Tomek zaoferował 1,6 mln zł w akcie notarialnym i 1,5 mln zł w gotówce, poza umową, które miał przekazać Janowi J. Ten element był kluczowy dla całego planu, bo pieniądze agent Tomek umieścił w teczce wyposażonej w nadajnik. W CBA liczono, że Jan J. zaniesie teczkę Jolancie Kwaśniewskiej, a wtedy będzie można panią prezydentową zatrzymać i stawiać jej zarzuty.

O tym, że Mariusz Kamiński chciał Kwaśniewską aresztować, powiedział parę tygodni później ówczesny minister sprawiedliwości i prokurator generalny Andrzej Czuma. W Radiu Zet mówił: „Pan Mariusz Kamiński (szef CBA) w ostatnim czasie zachowuje się dość osobliwie. Kilka tygodni temu zjawił się u mnie i zażądał, żebyśmy zaaresztowali panią Kwaśniewską. Ja oczy w słup i mówię: »A jakie to dowody są, mianowicie?«. Ano takie, że przypuszczalnie jej koleżanka (…) sprzedała swoją działkę, chciała uniknąć podatku i po cichutku pieniądze wziąć w garść”.

Te wszystkie rachuby Kamińskiego upadły, gdy doszło do podpisywania umowy notarialnej. 30 lipca 2009 r. umowę z agentem Tomkiem podpisał Marek Michałowski. A Jan J. wziął teczkę z gotówką, po czym wyjął pieniądze z teczki i zapakował do bagażnika samochodu. Agent Tomek zaczął go więc przekonywać, by teczkę wziął. Bezskutecznie.

Jan J. w książce Piotra Pytlakowskiego i Sylwestra Latkowskiego „Agent Tomasz i inni. Przykrywkowcy” tak opowiada o tamtym dniu: „Doszło do transakcji. Nie wiem, czy rzeczywiście przełożenie pieniędzy z teczki Tomasza w inną spaliło im akcję. Myślę, że raczej zdali sobie sprawę, że nie dopadną Kwaśniewskiej. Przecież to wszystko bzdura, te gadki o tym, że dom w Kazimierzu to jej cicha własność. A my i Michałowski to niby mieliśmy być słupami.

(…) W tym czasie w Warszawie była moja matka z siostrami. Tomek nas wszystkich zaprosił na uroczystą kolację z okazji finalizacji zakupu do restauracji Belvedere. Usiedliśmy przy stoliku. Towarzyszyła nam jeszcze moja dziewczyna. Zdążyliśmy zjeść przystawki. Nagle wyrośli wokoło panowie z legitymacjami. Założyli mnie i matce kajdanki. Siostry wpadły w panikę. A Tomek grał dalej. Niby zaskoczonego zatrzymaniem. Jak podeszli, od razu wstał, ręce wziął do tyłu i powiedział: »Tu są moje pieniądze«. Spokojnie poszedł z nimi”.

Cień Leppera

Operacja „Krystyna” to niejedyna skandaliczna operacja służb specjalnych, którą Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik nadzorowali i którą kierowali. Podobny charakter miała operacja prowadzona przeciwko Andrzejowi Lepperowi, znana jako afera gruntowa. Jej finał rozegrał się w pierwszych dniach lipca 2007 r. Wtedy to zawaliła się operacja wręczenia przez CBA kontrolowanej łapówki (2,7 mln zł) w zamian za odrolnienie gruntu na Mazurach.

Andrzej Lepper, ówczesny wicepremier i minister rolnictwa w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, miał ostatecznie wziąć łapówkę w zamian za odrolnienie. Ale pieniądze do niego nie dotarły, odrolnienie też nie nastąpiło. Nie powiódł się także plan aresztowania Leppera. W efekcie rozpadła się rządząca koalicja PiS-Samoobrona-LPR i doszło do przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Operacja rozpoczęła się we Wrocławiu. Tam Andrzej Kryszyński, znajomy Piotra Ryby, który był z kolei bliskim współpracownikiem Andrzeja Leppera, opowiadał, że ma przełożenie na Ministerstwo Rolnictwa i może załatwić odrolnienie każdego gruntu. CBA podesłało więc Kryszyńskiemu swojego agenta, który przedstawił się jako biznesmen o nazwisku Sosnowski i był gotów za taką operację dobrze zapłacić. Zaczęła się gra operacyjna, której celem był Andrzej Lepper. Tak zresztą ocenił to później sąd, który 30 marca 2015 r. orzekł karę trzech lat więzienia i 10-letni zakaz zajmowania stanowisk wobec Mariusza Kamińskiego i jego byłego zastępcy Macieja Wąsika.

„Mariusz Kamiński twierdził, że motywacją działania była walka z korupcją, której obiektywnie w Ministerstwie Rolnictwa nie było, a na pewno nie było na to poszlak czy dowodów. Czyn zabroniony (…) został »wyprodukowany« przez aparat państwa”, oceniał prowadzący sprawę sędzia Wojciech Łączewski, dodając, że „wręczenie korzyści majątkowej nie może służyć weryfikacji informacji o podejrzeniu korupcji w instytucji publicznej”.

Sąd uznał, że „nie było wiarygodnej informacji o popełnieniu przestępstwa, były tylko słowa Kryszyńskiego, któremu i tak nie wszyscy wierzyli”. A mimo to rozpoczęto operację, która zakończyła się „wyprodukowaniem” czynu korupcyjnego.

De facto operacja, w której CBA naruszyło prawo jeszcze kilkakrotnie, służyła inwigilacji liderów Samoobrony. Samego Andrzeja Leppera podsłuchiwano pięć miesięcy. Podsłuchiwano również innych polityków tego ugrupowania, chociaż nie mieli oni żadnego wpływu na procedurę odrolnienia.

Nie podsłuchiwano natomiast wiceministra rolnictwa Henryka Kowalczyka z PiS, który nadzorował Departament Ochrony Gruntów i miał akceptować wniosek o odrolnienie. „Wprost razi nieobjęcie go kontrolą operacyjną i świadczy dobitnie o rzeczywistej motywacji oskarżonych”, komentował tę sytuację sąd, dodając w uzasadnieniu wyroku: „Nie wystąpiono o kontrolę operacyjną innych osób zatrudnionych w Ministerstwie Rolnictwa, cały wysiłek skierowano na posłów zrzeszonych w klubie parlamentarnym Samoobrony”.

Walka z korupcją była zatem pretekstem do użycia służb specjalnych wobec Leppera i jego partii. Do podsłuchiwania, inwigilowania, a w końcu – do jego aresztowania. Plan, o czym głośno mówiono wówczas w Sejmie, był taki – Lepper miał zostać oskarżony i aresztowany, a szefostwo Samoobrony miał przejąć zwolennik ścisłej współpracy z PiS.

Sędzia Łączewski, skazując Kamińskiego, w uzasadnieniu wyroku mówił: „Zachowywał się jak osoba stojąca ponad prawem, bo zlecał czynności, o których już w początkowym okresie funkcjonowania CBA był informowany, że przeprowadzić ich nie może. Świadomie nie stosował przepisów ustawy o CBA”. A pisząc wnioski o podsłuchy, „oskarżony Mariusz Kamiński wprowadzał świadomie w błąd prokuratora generalnego, jak i sąd okręgowy, wyłudzając zgodę na przeprowadzenie kontroli operacyjnej [podsłuchy] lub na kontrolowane wręczenie korzyści majątkowej”.

O skazanych funkcjonariuszach CBA sędzia Łączewski pisał zaś tak: „Do obowiązujących ich przepisów podchodzili lekceważąco. (…) Cieszyli się swoistym poczuciem bezkarności. (…) Brak akceptacji oskarżonych dla zasad demokratycznego państwa prawnego, a wręcz przekonanie o wszechwładzy, którą mają dysponować. (…) Widoczna była premedytacja, a oskarżeni wielokrotnie łamali prawo, i to wbrew ostrzeżeniom”.

Wyrok z 30 marca 2015 r. wywołał w PiS furię. Bo pokazał, że kara może nadejść. Że nie wszyscy dadzą się omamić hasłem: „Walczymy z korupcją, więc możemy wszystko”. Na sędziego Łączewskiego posypały się obelgi. A PiS zapowiedziało odwołanie od wyroku, sprawę miał rozpatrywać sąd apelacyjny.

Do tego jednak nie doszło, bo prezydent Andrzej Duda jesienią 2015 r. wszystkich skazanych ułaskawił. Najpewniej łamiąc przy tym prawo – bo wyrok sądu rejonowego jeszcze się nie uprawomocnił, a ułaskawić można tylko przestępców.

Afera gruntowa miała jeszcze postscriptum, w PiS bowiem nie przyjęto do wiadomości, że się nie powiodła, bo była oparta na fałszywych podejrzeniach. Uznano, że Andrzej Lepper został przez kogoś ostrzeżony i dlatego w ostatniej chwili się wycofał. Podejrzenie padło na Janusza Kaczmarka, ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. To on miał, poprzez łańcuszek pośredników, uprzedzić Leppera. Kaczmarka poddano więc inwigilacji, a nawet zatrzymano. We wniosku do sądu o zgodę na podsłuch CBA miało napisać, że Kaczmarek jest szefem kartelu narkotykowego i zleca zabójstwa.

Lekarze

Wykorzystywanie służb specjalnych, by walczyły z politykami, by ich podsłuchiwały, szantażowały, niszczyły, to proceder z innej cywilizacji. I mogłoby się wydawać, że trudno o coś bardziej paskudnego. A jednak! Okazuje się, że PiS ma w portfolio coś jeszcze bardziej obrzydliwego – atak na lekarzy.

22 sierpnia 2007 r. Żandarmeria Wojskowa i funkcjonariusze CBA zatrzymali prof. gen. Jana Podgórskiego. Dzień później, podczas konferencji prasowej, ówczesny szef CBA Mariusz Kamiński mówił o nim tak: „Generał Jan P. organizował najgroźniejszym przestępcom w Polsce dokumentację medyczną, którą się posługiwali”.

Temistokles Brodowski, rzecznik CBA, napisał na stronie internetowej biura: „Jan P., począwszy od 1998 r., przez kolejne lata w zamian za łapówki miał dopuszczać się przestępstw korupcyjnych”. Minister obrony Aleksander Szczygło wyrzucił zaś profesora z wojska. Tak potraktowano wybitnego neurochirurga.

Sprawa prof. Podgórskiego rozpoczęła się, gdy do Zbigniewa Ziobry, ówczesnego ministra sprawiedliwości, trafił anonim opisujący w paszkwilancki sposób szpital na Szaserów. Prokuratura i CBA zaczęły wtedy zbierać na Podgórskiego kompromitujące materiały. Dlaczego na niego? Może dlatego, że udzielał się społecznie w Fundacji Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie Bez Barier?

Zaraz po zatrzymaniu prof. Podgórskiego prokurator złożył do sądu wniosek o jego tymczasowe aresztowanie. Wniosek ten rozpatrywał sędzia ppłk Leszek Hołubowicz, a nie jakiś cywilny asesor. I uznał, nie ulegając kampanii nakręcanej przez usłużne media, że nie ma potrzeby stosowania tego środka.

Gdyby uległ, Podgórski spędziłby miesiące za kratkami. Ostatecznie akt oskarżenia, który wyprodukowała przeciw niemu prokuratura, opierał się na zeznaniach dwóch osób. Pierwszą był płk J., który twierdził, że dwukrotnie zapłacił profesorowi po 300 zł za konsultacje medyczne. W sądzie J. ze wszystkiego się wycofał, mówiąc, że do obciążenia prof. Podgórskiego zmuszono go szantażem.

Drugim oskarżającym był kryminalista Jarosław R., który rzekomo wręczył profesorowi 3 tys. zł. W zamian za oskarżenie Podgórskiego został zwolniony z więzienia – ale gdy tylko wyszedł na wolność, natychmiast zniknął. Nie miał więc okazji powtórzyć oskarżeń przed sądem, a szkoda. Bo w prokuraturze mówił m.in., że Podgórski wziął od niego pieniądze w zamian za przyjęcie do kliniki neurochirurgii. Sęk w tym, że nigdy w niej nie leżał, co dość łatwo można było sprawdzić w dokumentacji medycznej. Ale prokuratorowi widocznie się nie chciało.

Trzecim zarzutem było to, że profesor załatwił fałszywe zaświadczenie Andrzejowi Z., „Słowikowi”. Tymczasem już w pierwszej instancji okazało się, że lekarz badał „Słowika” oficjalnie, za zgodą władz więzienia, inni specjaliści potwierdzili jego diagnozę i gangster był operowany. A co najważniejsze, jak udowodniono w sądzie, zaświadczenie profesora nie miało znaczenia dla postępowania wobec Andrzeja Z.

Trzeba było niemal czterech lat i 17 rozpraw, by obalić tak podłe zarzuty. W tym czasie mogliśmy poznać działania CBA od kuchni. Dowiedzieliśmy się, że funkcjonariusze tej służby szantażowali świadków, zmuszając ich do obciążania prof. Podgórskiego, i że jeździli po więzieniach, szukając chętnych do roli oskarżycieli. Tak wyglądała IV RP.

Bururu

Jest jeszcze inna opowieść o Kamińskim i Wąsiku, i o akcji CBA, która tym razem nawet się nie rozpoczęła. Jej autorami są Jakub Rudnicki, były zastępca dyrektora Biura Gospodarki Nieruchomościami w Urzędzie m.st. Warszawy, czyli cel numer 1 w aferze reprywatyzacyjnej, oraz jego brat Marcin.

Jakub swoją historię opisał w grepsie przesłanym z aresztu śledczego, a Marcin ją dopowiedział w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Okazuje się bowiem, że od lat przyjaźnił się z Kamińskim i Wąsikiem. Tego drugiego zna ponad 30 lat. „Był czas, że piliśmy co tydzień”, mówił. Ta przyjaźń zaowocowała pewnym spotkaniem. Miało ono miejsce w nieistniejącym już pubie Bururu, którego Marcin Rudnicki był współwłaścicielem. „To właśnie w Bururu Wąsik i Kamiński przedstawili mojemu bratu Marcina Bajkę, ówczesnego szefa Biura Gospodarki Nieruchomościami. Brat szukał pracy, Bajko obiecał ją załatwić”. W ten sposób Jakub, prawnik, urzędnik MSZ na urlopie bezpłatnym, pracujący w kancelarii swojej matki, trafił do urzędu miasta. Zatrudniał go Mirosław Kochalski, ówczesny pisowski komisarz miasta. Rudnicki najpierw był p.o. zastępcą dyrektora BGN, a od lata 2006 r. już pełnym zastępcą.

Hanna Gronkiewicz-Waltz po wygranych w Warszawie wyborach nie zmieniła dyrektorów BGN. Zostawiła biuro w rękach znajomych Wąsika i Kamińskiego. A oni, jak podaje „GW”, potraktowali pomoc w załatwieniu pracy jako rodzaj zobowiązania. Mówi o tym Marcin Rudnicki: „Bejda przyszedł do mojego brata jako wiceszefa BGN z prośbą o pomoc z działką przy ul. Srebrnej, gdzie PiS ma nieruchomość. Chodziło o jakieś przekształcenia. Był rok 2009 albo 2010. Brat, gdy już był aresztowany, powiedział mi: »Gdybym wtedy im pomógł, to nie byłbym dzisiaj w takiej sytuacji«”.

W liście Jakub Rudnicki opisuje jeszcze inne historie. W czasach pierwszego rządu PiS, w latach 2005-2007, szefowie CBA zaproponowali mu rolę tajnego współpracownika, który miał pomóc w wykryciu korupcji w ekipie PO i Hanny Gronkiewicz-Waltz. „Chodziło o prowadzenie przeze mnie rodzaju gry operacyjnej, której początkiem miało być wytypowanie (znalezienie) poprzez aktywne działania z mojej strony tzw. figuranta, czyli osoby, która dzięki moim zabiegom miała mieć do załatwienia konkretną sprawę w BGN”. Tym figurantem miał być ktoś z otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz, najchętniej z legitymacją PO. Jakub Rudnicki miał otrzymać pomoc od CBA – sprzęt do nagrywania i trzech agentów do współpracy. Chodziło o skompromitowanie członków PO w kontekście działań korupcyjnych przed wyborami samorządowymi 2010 r. Ostatecznie plan się nie powiódł, bo Kamiński został w 2009 r. zdymisjonowany przez Donalda Tuska.

Dwa lata później doszło do kolejnego spotkania Wąsika z Jakubem Rudnickim. Wąsik, wówczas szef klubu radnych PiS w Warszawie, miał mu złożyć w imieniu kierownictwa PiS propozycję wyszukiwania roszczeń dla kancelarii, która potem odzyskiwałaby nieruchomości, a pieniądze zasilałyby konta PiS. „Ponieważ ja byłem odpowiedzialny za wydawanie decyzji z dekretu warszawskiego, jak się wyraził, byłem u źródła i nie można było sobie wyobrazić lepszych okoliczności”, pisał Rudnicki.

Z listu wynika, że miała to być „działalność systemowa, a nie pojedynczy strzał”. I że związana z PiS kancelaria miałaby się stać dominującą na rynku. Innymi słowy, jeśli wierzyć Jakubowi Rudnickiemu, PiS nie tylko nie zamierzało w tamtym czasie hamować dzikiej reprywatyzacji w Warszawie, ale jeszcze chciało w tym procederze uczestniczyć i na nim zarabiać.

A Kamiński i Wąsik byli gotowi rozciągnąć parasol ochronny nad pracującymi tam urzędnikami – byle tylko donosili przeciwko ludziom Hanny Gronkiewicz-Waltz i PO.

Człowiek roku

A co z agentem Tomkiem? Po akcji z „willą Kwaśniewskich”, a także po innych, z posłanką Beatą Sawicką i z Weroniką Marczuk, był przez prawicowe media fetowany. W 2009 r. został człowiekiem roku „Gazety Polskiej”. „Nie zważając na polityczną i medialną nagonkę, łapał przestępców z najwyższej półki politycznej, nawet wśród tzw. celebrytów. Skutecznie złamał tabu, które zakazywało interesowania się przez organa ścigania osobami z tzw. salonu” – to fragment laudacji.

Popularność zaowocowała też innymi sukcesami. W prasie plotkarskiej mogliśmy przeczytać, że spotyka się i mieszka z wiceszefową „Gazety Polskiej”, Katarzyną Hejke. „Wygląda na to, że niesforny Tomek postanowił się ustatkować i spoważnieć. Zakończył związek na odległość z Polką mieszkającą w Brazylii. (…) Zamiast tego woli rozkoszować się sielskim spokojem w podwarszawskim domu nowej partnerki”, pisał tygodnik „Na Żywo”.

W roku 2011 Tomasz Kaczmarek dostał się do Sejmu z listy PiS. A potem? Potem było różnie. W 2017 r. wybuchła afera związana z Europejskim Centrum Wsparcia Społecznego Helper, którego Kaczmarek był prezesem. Stowarzyszenie dostało kilkadziesiąt milionów złotych z państwowej kasy. Helper prowadził sześć domów opieki na Warmii i Mazurach, również w Olsztynie. Sęk w tym, że gdy zaczęto prześwietlać jego wydatki, nie dało się ich uznać za niezbędne do pomagania chorym.

Ostatecznie Prokuratura Regionalna w Białymstoku postawiła Kaczmarkowi sześć zarzutów, w tym udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i prania brudnych pieniędzy.

Aby pozostać na wolności, były poseł PiS miał wpłacić 500 tys. zł poręczenia majątkowego. Dostał policyjny dozór i zakaz opuszczania kraju. On sam twierdzi, że jest ofiarą nagonki PiS.

Czy więc jego ostatnie zeznania nie są próbą obrony? Uznajmy, że są. Tylko jakie to ma znaczenie? Skruszony gangster „Masa” też nie był wzorem uczciwości, ale jego zeznania bardzo wymiarowi sprawiedliwości pomogły. Może zatem w ten sposób warto podejść do tego, co mówi dziś agent Tomek?

Jeżeli przeanalizujemy jego słowa, okaże się, że nie mówi zbyt wiele. Oczywiście przedstawiany przez niego opis państwa, które poluje na swoich obywateli i w którym najwyżsi urzędnicy de facto zlecają przestępcze działania, szokuje. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że Kaczmarek wszystkiego nie powiedział. Że w zanadrzu trzyma inne sprawy, które mogą ostatecznie zatopić Kamińskiego i Wąsika, a może również ich mocodawcę. Że jego dotychczasowe zeznania to rodzaj pytania: czy mam mówić więcej?

Tak jakby z jednej strony wiedział, że tylko światło jupiterów zapewnia mu bezpieczeństwo, a z drugiej – jakby składał rządzącym ofertę. A obserwując losy Mariana Banasia, już wie, że z PiS można grać ostro. I że to się opłaca. Ponura konstatacja.

Fot. Witold Rozbicki/REPORTER

Wydanie: 6/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy