Czy aby fachowcy?

Czy aby fachowcy?

Polska, jako jedyne państwo w UE, odmawia wprowadzenia do lecznictwa szczepionki przeciw nowej grypie pandemicznej (zwanej świńską) na warunkach i w trybie ustalonym i zaleconym przez Światową Organizację Zdrowia. Minister Ewa Kopacz kwestionuje nadzwyczajny pozarynkowy tryb obrotu szczepionką oraz nie widzi wystarczających gwarancji jej bezpieczeństwa dla pacjentów. Jej zastępcy idą dalej i podają w wątpliwość celowość szczepień przeciw nowej grypie w ogóle, ma ponoć zbyt lekki przebieg. Jeden z wiceministrów oświadczył: „Przeciw katarowi nie będę się szczepił”. Większość specjalistów wypowiadających się w prasie odnosi się do tego stanowiska ministerialnej góry sceptycznie, im bardziej niezależni od resortu, tym mocniej krytykują. Według „Polityki” eksperci krajowego komitetu pandemicznego zalecili zakupienie 4 mln dawek szczepionki. Zachowanie się kierownictwa resortu zdrowia wobec szczepień profilaktycznych przeciw nowej grypie nie ma precedensu, nigdy dotychczas minister zdrowia nie zlekceważył zaleceń WHO i własnych ekspertów w kwestii epidemiologicznej.
Ocena wartości i zasadności szczepień nie jest sprawą polityczną ani administracyjną, lecz wyłącznie merytoryczną, medyczną. Opinie kierownictwa Ministerstwa Zdrowia w takiej sprawie – gdy rozmijają się ze stanowiskiem WHO i reszty państw UE – zasługiwałyby na zaufanie tylko w przypadku szczególnie wysokiej merytorycznej kompetencji osób resortem kierujących. A z tym niestety było źle i jest coraz gorzej.
W polityce z kompetencjami zawsze różnie bywało. Kanclerz Szwecji Axel Oxenstierna przed czterema wiekami napisał: „Narody byłyby zdumione, wiedząc, jak mała mądrość rządzi światem!”. Gorzej jednak, kiedy mała mądrość zaczyna rządzić nie polityką, lecz takimi dziedzinami jak komunikacja, oświata, no i zdrowie. W PRL z kompetencją rządzących bywało różnie, często kiepsko, ale jednak resortu zdrowia byle komu nie powierzano. Owszem, zdarzali się ministrowie z politycznego nadania, wprawdzie lekarze, ale o miernym dorobku i doświadczeniu zawodowym, obstawiano ich wtedy zastępcami z solidnymi naukowymi kwalifikacjami. Od 1945 do 1989 r. kierowało resortem dziesięciu ministrów, sześciu było profesorami medycyny z dużym dorobkiem klinicznym. Wśród dwudziestu wiceministrów, którzy przez resort się przewinęli, profesorów i docentów medycyny było dwunastu. Po 1989 r. poszło już na kompetencyjnym luzie. Ministrowie zmieniali się co chwila, obecnie rządzi dwudziesty. Owszem, trafiali się fachowcy z wysokiej medycznej półki: Ryszard Żochowski w rządzie Millera czy Zbigniew Religa w rządzie Kaczyńskiego. Przeważali jednak politycy z przeciętnymi lub niewielkimi kwalifikacjami medycznymi, czasem z większym doświadczeniem organizacyjnym w kierowaniu szpitalami, dwa razy resortem kierowali ekonomiści, a nie medycy.
Obecna ekipa ministerialna nawet w tym szeregu wygląda mizernie. Sama p. Kopacz, niegdyś młoda pediatra z Szydłowca w woj. kieleckim, od lat wyżywa się w polityce, a nie w medycynie. Jej główny zastępca, sekretarz stanu Jakub Szulc, jest finansistą z niezbyt długim stażem pracy w bankowości, a mimo to popisuje się besserwisserstwem w kwestii szczepionek i grypy. W audycji z Tomaszem Lisem nikogo nie dopuszczał do głosu. Najlepiej wykształcony medyk w kierownictwie resortu, jedyny z doktoratem, w lecznictwie osiągnął stanowisko starszego asystenta kliniki, a później zajmował się już zarządzaniem. Być może są to ludzie biegli w administrowaniu służbą zdrowia, ale na pewno nie w merytorycznych kwestiach lecznictwa i nauki medycznej. W tych kwestiach wypadałoby im powstrzymywać się od własnych sądów i polegać na opiniach osób lub gremiów bardziej kompetentnych naukowo. Zwłaszcza jeśli zamierzyli samotnie prowadzić Polskę inną drogą, niż idzie reszta świata.

Wydanie: 48/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy