Czy polityka zagraniczna prowadzona z dwóch skłóconych ośrodków może być skuteczna?

Czy polityka zagraniczna prowadzona z dwóch skłóconych ośrodków może być skuteczna?

Włodzimierz Cimoszewicz, senator Rozumiem, że chodzi o stale powtarzające się spięcia między obecnym prezydentem i obecnym rządem w naszym kraju. Jest to sytuacja karygodna. Obie strony są jej winne. Można jedynie dyskutować o proporcjach odpowiedzialności. Nasza konstytucja przekazuje podstawowe kompetencje w tej dziedzinie w ręce rządu, polecając jednocześnie zarówno głowie państwa, jak i Radzie Ministrów współdziałanie. Brak takiego współdziałania oznacza lekceważenie prawa. Mam wrażenie, że przesłanki nieustającego konfliktu są niskiej próby. Próżność, ambicje osobiste, próby uzyskania taktycznej przewagi itd. Na to nakłada się najpewniej odmienne podejście do kilku istotnych kwestii, choćby takich jak stosunki z Niemcami czy Rosją. Mówię „najpewniej”, bo nie jest to oczywiste, jeśli przypomnieć sobie zachowanie i retorykę PO i PiS sprzed kilku lat, gdy obie partie atakowały rząd lewicy. Głośne i jawne spory na szczytach władzy szkodzą powadze naszego kraju i stwarzają naszym partnerom, czasami trudnym i bardzo profesjonalnym, dodatkową szansę na prowadzenie gry wobec Polski. To po prostu osłabianie własnej pozycji i wzmacnianie cudzej. Prof. Bogdan Łomiński, politolog, dziekan Wydziału Nauk Społecznych UŚ To osłabia skuteczność polityki zagranicznej. Wygląda na to, że te ośrodki nie bardzo mogą się porozumieć, a na tym interesy Polski będą cierpieć. Nie wiem, czy ostatnie oznaki porozumienia między prezydentem a premierem są początkiem lepszych czasów i korzystną dla Polski zmianą, czy faktem incydentalnym. Można sobie wyobrazić, że jest to jakaś gra, która ma na celu np. zmiękczenie zagranicznych partnerów, jednak tego typu gry na dłuższą metę w relacjach z innymi państwami nie mają sensu. Wręcz przeciwnie – skłócenie w ośrodkach władzy może posłużyć naszym przeciwnikom do rozgrywania jednego przeciwko drugiemu, ze szkodą dla państwa. Paweł Zalewski, poseł niezrzeszony, d. PiS Polska jest krajem średnim w Europie o niezwykle złożonych interesach w stosunku do krajów znacznie większych od nas: Niemiec i Rosji. Polska leży w szczególnym miejscu silnie doświadczonym przez historię i te czynniki powodują, że Polska musi mówić jednym głosem. Wewnątrz ośrodków odpowiadających za politykę zagraniczną powinna się toczyć dyskusja; nie ma nic złego w tym, że w wewnętrznej debacie prezentuje się różne stanowiska, ale efekt powinien zakładać stworzenie spójnej koncepcji. Doświadczenie podpowiada, że niezwykle łatwo jest rozgrywać interesy Polski, która leży nie tylko w centrum Europy, ale i w centrum sprzecznych interesów i konfliktów, a nie gdzieś na zachodnich peryferiach kontynentu, np. na Półwyspie Iberyjskim. Jest więc niezbędne, aby nasza polityka była uzgodniona. Andrzej Olechowski, b. minister spraw zagranicznych Gdyby polityka zagraniczna była prowadzona z dwóch ośrodków, byłaby nieskuteczna. Jednak u nas wszystko jest w porządku. Jest premier, jest rząd, jest MSZ, oni mają konstytucyjne prawo podejmowania decyzji, podpisywania dokumentów itd. Nie pierwszy raz w różnych gremiach politycznych występują różnice zdań. Bywało już, że inny pogląd miał prezydent, inny premier, inny sejmowa komisja, a inaczej widział to szef resortu. Jednak role w dziedzinie polityki zagranicznej są wyraźnie określone i każdy wie, co ma robić. Są kraje, w których, tak jak np. w Czechach, dochodzi na tym tle do jeszcze większych napięć, ale to nie zagraża skuteczności państwa na arenie międzynarodowej. Prof. Roman Kuźniar, stosunki zagraniczne, UW Pytanie jest retoryczne. Taka polityka nie może być skuteczna. Nie doceniliśmy słabości zapisów w konstytucji dotyczących władzy wykonawczej. Konstytucja daje pretekst tym, którzy chcą utrudniać spójność prowadzenia polityki zagranicznej, bo choć jest ona narzędziem premiera i szefa MSZ, to jednak dopuszcza się indywidualność prezydenta. Twórcy konstytucji zakładali koabitację i liczyli, że partnerzy wykażą instynkt państwowy. Tak zresztą było nawet za czasów rządu premiera Jerzego Buzka i prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego. O ile wtedy współpraca w polityce zagranicznej była dobra, o tyle kiedy górę bierze polski kundlizm, małość, brak myślenia państwowego znany z końca I Rzeczypospolitej i z II RP, to ocieramy się o katastrofę, a w każdym razie o śmieszność. Wina leży głównie po stronie prezydenta i obozu prezydenckiego. Być może obie strony pójdą wreszcie po rozum do głowy, ale nadzieje na to są wątłe. Nie oczekujmy cudów. Klinczowanie, podkładanie, przejawy złej woli i bicie pięścią w stół z pytaniem: kto tu rządzi?, zawsze napawa mnie smutkiem. Dr Andrzej Drzycimski, historyk,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 07/2008, 2008

Kategorie: Pytanie Tygodnia