Dialog niewierzących z wierzącymi

Dialog niewierzących  z wierzącymi

Jesteśmy jak szermierze, którzy mogą wymachiwać szablami, nie czyniąc krzywdy przeciwnikowi

Mówiliśmy w poprzednim artykule o twórczym marksizmie, koncentrując się na zagadnieniu antydogmatyzmu w sensie otwartości na poglądy “inaczej myślących”. W tym kontekście w Polsce na plan pierwszy wysuwa się problem dialogu wierzących z niewierzącymi. Jest to problem nie tylko teoretyczny, lecz – z naszego punktu widzenia – przede wszystkim praktyczny, problem współpracy dla dobra społecznego. Tym się zajmiemy, zaczynając od wyjaśnienia sprawy na lewicy, wśród niewierzących, których tam głównie znajdujemy.
Ludzie niewierzący w istnienie Boga i związanych z tym istot czy sił nadprzyrodzonych mówią o sobie zwykle, że są ateistami. Rozumieją to w ten sposób, że oni wiedzą, że Bóg i siły nadprzyrodzone nie istnieją. Tak to jest przyjęte zwyczajowo i ta postawa tkwi swoimi korzeniami w okresie oświecenia. Tak również myślałem o sobie i ja. Po różnych przemyśleniach sprawy doszedłem do przekonania, że jest to wypowiedź niewłaściwa. Nie w sensie twierdzenia, że Bóg naprawdę istnieje, lecz w tym, że logicznie rzecz biorąc, nie możemy twierdzić, iż

Bóg nie istnieje.

Po prostu dlatego, że wiedza naukowa i wiara znajdują się na różnych płaszczyznach, które się nie przecinają i w związku z tym możemy mówić, co chcemy i dyskutować sensownie na temat jednej płaszczyzny, natomiast możemy ze zrozumieniem słuchać wypowiedzi na temat drugiej, ale dyskutować z nimi nie możemy, ponieważ mówimy różnymi, zamkniętymi w sobie językami.
Używając przenośni, jesteśmy jak dwaj szermierze, którzy mogą wymachiwać szablami, nie czyniąc żadnej krzywdy przeciwnikowi, który znajduje się na płaszczyźnie, w stosunku do naszej, wichrowatej, tzn. takiej, która nie ma z naszą żadnego punktu przecięcia. Jeśli idzie o pojedynki słowne, sytuacja takich szermierzy jest bardzo wygodna: mogą gadać, ile chcą, nawet odnosić zwycięstwa na swojej płaszczyźnie myślenia, tylko że przeciwnik, który cierpliwie słucha ich przemówień, nie może zostać nimi zraniony – one go nie dotyczą. Filozofowie, gdy są ludźmi grzecznymi i dobrze wychowanymi, mówią w takich wypadkach “nie rozumiem”, doskonale rozumiejąc sens wypowiedzi, z którą się nie zgadzają. W tekście nie zaszyfrowanym mówią: “to jest bzdura”, albo grzeczniej to samo wypowiadając – “to jest nonsens”. Neopozytywiści z Koła Wiedeńskiego robili to w inny nieco sposób, uznając takie zdania za “pseudozdania”. I to jest zrozumiałe, jeśli się bierze pod uwagę, że ci panowie wprawdzie ze sobą rozmawiają, ale różnymi językami, co uniemożliwia porozumienie. Trzeba pamiętać, że tak się dzieje

na zasadzie wzajemności,

tzn. nie tylko mój przeciwnik nie może mnie zranić, ale również ja jego. I że wobec tego osąd słów przeciwnika jako błędu funkcjonuje w obie strony.
Moja rejterada na pozycje agnostycyzmu (to była prawdziwa rejterada) wywodzi się z przemyślenia tej właśnie sprawy i jej konsekwencji logicznych. Jeśli twierdzę, a tak to z przekonaniem czynię, że wszelkie wysiłki wielkich skądinąd myślicieli, by przedstawić dowód na istnienie Boga (od czego roi się w historii filozofii), można uznać za nieudane – gdyż inaczej być nie mogło wobec niemożności dokonania skoku między wichrowatymi płaszczyznami wiary i nauki – to skok w odwrotnym kierunku, mający za cel dowód na nieistnienie Boga, jest podobnie skazany na fiasko, zresztą z tych samych powodów co pierwszy. Logicznie udowodnić, że świat nadzmysłowy nie istnieje, nie można z tych samych powodów, które uniemożliwiają przeprowadzenie dowodu pozytywnego w tym zakresie. Człowiek wierzący łatwo się z tym pogodzi, ponieważ on to zakłada a priori. Człowiek niewierzący zaś powinien powiedzieć “nie wiem”, co twierdzi właśnie agnostyk, odmawiając wdawania się w dysputy na temat, który go w ogóle nie obchodzi, gdyż wykracza poza ramy myślenia naukowego, a więc jest pozbawiony dlań sensu, czego z grzeczności nie mówi otwarcie.
I oto tak wyjaśniam, wydawałoby się, proste określenie mego stanowiska w sprawie wierzeń religijnych, jako agnostycyzm.
Ale, oczywiście, omówienie tylko strony ideowej zagadnienia sprawy nie załatwia do końca. Pozostaje przecież prócz wierzeń religijnych zagadnienie związanej z nimi instytucji – Kościoła. Z punktu widzenia centralnego problemu, do którego zmierzam w kontekście tych rozważań, biorąc pod uwagę moją własną osobę i działalność, idzie o Kościół katolicki w Polsce. Bez uwzględnienia roli Kościoła nie można przeprowadzić żadnej poważnej analizy w tym względzie. A w danym kontekście chciałbym zaznaczyć swoje stanowisko ogólne w sprawie stosunku Nowego Socjalizmu do ludzi wierzących, dojście do których prowadzi przez Kościół.
Chwyćmy od razu byka za rogi, stawiając pytanie, co powinien Nowy Socjalizm, tzn. jego instytucje, zaoferować ludziom wierzącym i reprezentującemu ich Kościołowi w trudnej sytuacji Wielkiej Transformacji, która czeka nas wszystkich w niedalekiej przyszłości. Myślę, że aktywna rola projektodawcy przypada w tym wypadku lewicy, jako stronie – ex definitione – bardziej otwartej i ruchliwej, niż obciążony tradycją (mówię to nie jako krytyk, lecz jako obserwator rzeczywistości i działacz lewicowy) Kościół. Ale musi to być propozycja wyważona, poparta poważną argumentacją – propozycja, której nie sposób odrzucić a limine, jeśli się ma do czynienia z ludźmi myślącymi w kategoriach dobra społecznego.
Tacy ludzie w Kościele katolickim na świecie istnieją, byłem i jestem z nimi w kontakcie, ale ostatnio zetknąłem się z echem takiej tendencji również w Polsce, co mnie ośmiela do omówienia tej inicjatywy. Po prostu czas po temu dojrzewa. Tempora mutantur…
Dla przygotowania terenu opowiem o pewnych poczynaniach w tym zakresie, w których odgrywałem jakąś rolę, a które muszą w naszych warunkach wprawiać w zdziwienie, a wiernych nawet w osłupienie. Z “woli partii i rządu” przeniosłem po marcu 1968 r. ośrodek mej działalności za granicę. Dość, że w wyniku tych turbulencji nawiązałem ścisłe kontakty z lewicowym skrzydłem Hiszpańskiej Partii Socjalistycznej, a później również z hiszpańskimi jezuitami, bliskimi latynoamerykańskiej Teologii Wyzwolenia. Mój partner – o. Juan Garcia Nieto S.J. – z którym łączyły mnie z czasem stosunki wręcz braterskie, traktowany przez ludność w parafii na przedmieściach Barcelony, gdzie pełnił funkcje duchowne, jako święty (umarł zresztą jak święty, podnosząc w czasie mszy, którą pełnił codziennie o 7 rano dla najbiedniejszych w swojej parafii, monstrancję), był – o zgrozo! – jednocześnie, za zgodą swych władz zakonnych, członkiem KC Komunistycznej Partii Katalonii. U nas nie do pomyślenia, tam fakt.
Otóż w trakcie współpracy z moim przyjacielem Juanem stworzyliśmy podwaliny ruchu Ekumenicznego Humanizmu, który był oparty na idei “zawieszenia” (epoche’) filozofii fenomenologicznej różnic między wierzącymi i niewierzącymi, jednocząc się na wspólnej płaszczyźnie humanizmu chrześcijańskiego i marksowskiego, co nazwaliśmy “Ekumenicznym Humanizmem”. Zamówiono u mnie książkę – Manifest tego ruchu, którą napisałem pod tym właśnie tytułem, ale obiecałem sobie, że pozwolę na jej publikację tylko w chrześcijańskich wydawnictwach, gdyż w przeciwnym razie nie trafi ona do właściwego czytelnika. W Hiszpanii wyszła ona w wydawnictwie jezuickim z dwoma wstępami: o. Juana Garcia Nieto oraz o. Caffarena, autora najlepszej, jaką znam, monografii o humanizmie chrześcijańskim; wyszła ona również w Austrii i we Włoszech. W Polsce próbowałem, ale – oczywiście – na próżno. Ruch zaczął w Hiszpanii działać, byłem nawet zaproszony do złożenia wizyty u “czarnego papieża” w Rzymie, czego nie zrobiłem ze względu na delicatesse d’esprit w stosunku do naszego, wiedząc o problemach w ich stosunkach wzajemnych. Skończyło się ze śmiercią o. Juana, o której wspomniałem – organizacja musi mieć człowieka, swą siłę motoryczną. Jej idea pozostaje jednak żywa.
Jak powiedziałem, uważam, że stroną aktywną w tym wypadku powinien być ruch lewicowy. Jest bardziej, z tego punktu widzenia, ruchliwy i obciąża go w tym wypadku mniej przeszkód niż Kościół. Dlaczego Kościół, a nie po prostu

ruch oddolny wiernych?

Gdyż każda próba ominięcia Kościoła byłaby błędem, wywołując jedynie negatywne skutki. To jest zrozumiałe. Kościół będzie rozpatrywał każdą próbę “jednolitego frontu” z nieufnością, hamowany chociażby siłami konserwatywnymi, jeśli nawet istniałyby siły nowatorskie, sprzyjające takiej nowej działalności. Każda próba ominięcia Kościoła w tym względzie musi tylko wzmóc opór sił konserwatywnych i unicestwić zamierzenie.
Jednakże musimy pamiętać i uwzględniać to w naszej działalności, że opór istnieje nie tylko po stronie partnera, ale również po naszej własnej. W pewnym sensie jest to opór bardziej paraliżujący działanie i wobec tego niebezpieczniejszy, zabijając w zalążku inicjatywę, która powinna wychodzić z naszej, lewicowej strony. Idzie mi o dogmatyzm, o czym mówiliśmy na wstępie do tych rozważań. I w ten sposób koło się zamyka.
A jest czego się obawiać.

Wydanie: 48/2000

Kategorie: Opinie
Tagi: Adam Schaff