Dla chorych dzieci warto żebrać

Dla chorych dzieci warto żebrać

Ze spokojem patrzę w lustro i na ludzi, którym pomagam

Rozmowa z Jolantą Kwaśniewską, założycielką Fundacji „Porozumienie bez barier”

– Fundacja „Porozumienie bez barier”, zawsze podziwiana za wspieranie chorych i potrzebujących, nagle została wciągnięta w polityczny wir. Zaczęło się od podejrzeń Romana Giertycha, że pieniądze wydawane na chore na raka dzieci pochodzą z niejasnych źródeł. Podchwycili to inni. Jaki to ma wpływ na pani działalność? Jest gorzej?
– Tak, oczywiście. Przez ten, mówiąc delikatnie, „szum medialny” paru sponsorów mówi: „Poczekamy”. A co to znaczy? Po prostu muszę zrezygnować z pewnych programów. Będę miała mniej środków, więc okroję to, co przekażę potrzebującym. Na przykład ucierpią obozy rehabilitacyjne dla dzieci niepełnosprawnych. A w tym przypadku wsparcie fundacji poprawiało błędy systemowe, czyli fatalne regulacje dopłat w rodzinach, gdzie jest dziecko niepełnosprawne. Szkoda.
– Jak pani reaguje na takie oskarżenia?
– Ręce mi się nie pocą, choć takiego określenia użyto pod moim adresem w jakiejś gazecie. Ze spokojem patrzę w lustro i na ludzi, którym pomagam. To oni są przedmiotem mojej troski. Nie będę zaprzątać sobie głowy czarnym PR, który od roku towarzyszy i mnie, i mężowi.
– A jak ten spokój wewnętrzny przekłada się na pracę fundacji?
– Powtarzam sobie w myślach: „Róbmy swoje”. Najważniejsze, że w ostatnim roku moja fundacja mogła wydać 1,5 mln dol. na wybudowanie dziecięcej kliniki onkologicznej przy gdańskiej akademii medycznej. Choć początkowo myślałam, że wystarczy znacznie mniej. W trakcie realizacji projektu trzeba było dokonywać wielu zmian. Mam nadzieję, że otwarcie, na które zaproszę osobistości z wielu krajów, nastąpi 3 czerwca. To jest naprawdę niezwykła klinika. Dzieci będą mogły się leczyć w zupełnie innych warunkach niż do tej pory. Jednak nie podejmę się w tym roku kolejnej budowy, mimo że marzył mi się dom dziennego pobytu dla osób z chorobą Alzheimera. Już budowa tej gdańskiej kliniki była dla mnie bardzo trudnym doświadczeniem.
– Jakby pani najkrócej określiła Fundację „Porozumienie bez barier”?
– To jest jednoosobowa fundacja Jolanty Kwaśniewskiej. Wszystkie pieniądze zbieram osobiście. O, na tej kanapce siedzę codziennie godzinami – proszę, przekonuję, listy piszę. Często ktoś pieniądze wpłaca niespodziewanie. Tak było z Paulem Coelho, który przyjechał na zorganizowany przeze mnie obóz, spędził z nami trzy dni pod Olsztynkiem, a do tego jeszcze wpłacił 10 tys. dol. Widocznie zaakceptował to, co robię…
– …czyli najróżniejsze działania. Dzieci chore na białaczkę, rehabilitacja to szczególny fragment pani działalności, kiedy pomaga się potrzebującym, takim „w smudze cienia”, bezradnym, chorym, umierającym. A na innej półce leżą projekty związane z profilaktyką.
– To prawda. Nie mogę spokojnie myśleć o tych, którzy przegrali walkę z rakiem tylko dlatego, że się nie badali. I dlatego corocznie finansujemy, a także organizujemy ok. 3 tys. bezpłatnych mammografii dla kobiet wiejskich. Obecnie jeżdżę po Polsce z programem „Dobrze być kobietą”. Spotykam się z paniami z najróżniejszych branż – z poczty, supermarketów, górnictwa. Dbam, by w przychodniach, szpitalach i na pocztach rozwieszono kilkadziesiąt tysięcy plakatów, które mają obudzić Polki, przypomnieć im, że raz do roku powinny zrobić badanie cytologiczne. Nie chcę, żeby Polki umierały na raka szyjki macicy, jeśli mogą zapobiec chorobie. Ale na razie przegrywamy. Co roku zachorowuje ok. 4 tys., a umiera ok. 2 tys. kobiet. Chcę to zmienić. Szkoda, że z ramówki telewizji publicznej usunięto program „Od A do Zdrowia”, w którym miały być poruszane m.in. te problemy.
– Wiemy, że fundacja prowadzi także inne działania.
– Fundacja współpracuje i wspomaga dziesiątki ośrodków szkolno-wychowawczych dla dzieci porażonych mózgowo, upośledzonych, warsztaty terapii zajęciowej, stowarzyszenia, fundacje świeckie i kościelne. Wsparliśmy budowę internatu dla dziewcząt w ośrodku dla niewidomych w Laskach. Dostały też od nas pieniądze wszystkie dziecięce kliniki onkologiczne np. we Wrocławiu, Bydgoszczy, Poznaniu, Szczecinie i Krakowie. Ponieważ znam ich trudną sytuację, cieszy mnie dar pani Otylii Jędrzejczak, która przekazała wrocławskiemu szpitalowi 350 tys. zł. Chciałam jej jak najserdeczniej pogratulować. Wybór miejsca jest ze wszech miar słuszny. Wiem o tym, bo po odwiedzeniu tej kliniki siedem lat temu, przyjęłam argumenty wspaniałej pani prof. Jaworskiej, że dzięki stworzeniu dodatkowych trzech stanowisk przeszczepowych, rocznie będziemy mogli uratować życie kilkudziesięciorgu dzieciom. Pierwsze duże pieniądze – 400 tys. marek niemieckich – otrzymała właśnie klinika we Wrocławiu. Ale jeżeli mam mniej pieniędzy, nie będę mogła pomagać tym bardzo dobrze działającym ośrodkom. Skupimy się głównie na własnych projektach fundacji.
– Czyli nie są to wyłącznie odruchy serca, nie dostają tylko ci, którzy opowiedzą najbardziej wzruszającą historię, ale ci, którzy mają też najsensowniejszy plan?
– Odwiedzam dziesiątki instytucji w całym kraju: od domów seniora i hospicjów poprzez przedszkola, domy dziecka, rodzinne domy dziecka po ośrodki dla bezdomnych. Im warto dawać, bo uczciwie wydają otrzymane pieniądze. Pewnie także ja uczciwie wydaję otrzymane środki od dużych firm. W końcu tam nikt nie ma czasu szukać odpowiednich miejsc i wiarygodnych osób. Dla nich to ja jestem rękojmią właściwego wykorzystania pieniędzy. Podobne zaufanie towarzyszy mi, gdy fundacja co roku przyznaje stypendia dla najzdolniejszych uczniów. Fundatorami są banki, ale to tutaj, w fundacji, zbiera się setki ankiet, to my sprawdzamy kondycję finansową rodzin, a co najważniejsze, osiągnięcia i talenty dzieci.
– Kim są ci „my”? Kto pomaga w pracy fundacji?
– Studentki wolontariuszki segregują ankiety pod względem formalnym. Zajmuje im to około dwóch miesięcy. Mam także innych wspaniałych „wolontariuszy”, takich jak prof. Henryk Samsonowicz, który mi wskazuje kilka osób z dziedziny nauk humanistycznych, prof. Janusz Olejniczak, który wybiera dzieci uzdolnione muzycznie, prof. Jerzy Łukaszewicz z Wrocławia, i innych, równie znakomitych. W tym roku wyjątkowo dużą liczbę stypendiów otrzymały dzieci niepełnosprawne i chore. W ciągu siedmiu lat na stypendia przekazaliśmy kwotę około miliona złotych dla 350 utalentowanych dzieci. I to właśnie dzięki ciężkiej pracy oraz systemowemu działaniu zdobywamy zaufanie sponsorów. Nic za darmo.
– Zaufanie musi być obustronne. Także ci, którzy mają być obdarowani, chcą być pewni, że otrzymają przyrzeczone pieniądze.
– To dla mnie oczywistość. I dlatego dwa lata temu wystąpiłam do Orlenu o wpłatę przyrzeczonych 400 tys. w dwóch ratach, bo przecież musiałam być wiarygodna dla mojego partnera, którym jest Akademia Medyczna w Gdańsku. Uczelnia jest inwestorem, a moim obowiązkiem jest przedstawienie listy, na której będzie kilkunastu sponsorów wspierających nasz projekt. To moja fundacja jest zabezpieczeniem dla akademii. Rękojmią jest moje słowo.
– Dlaczego właśnie Gdańsk? Dlaczego tam buduje pani nową klinikę?
– W tej klinice dzieci przebywają w okropnych warunkach. Znam wiele oddziałów onkologicznych, ale żaden nie zrobił na mnie tak wstrząsającego wrażenia jak ten w Gdańsku. W czasie pierwszej mojej wizyty podchodzili do mnie zrozpaczeni rodzice. Mówili, że ich dzieci po ciężkiej chemioterapii cierpią na wymioty, biegunki, tymczasem mają do dyspozycji tylko jedną toaletę. Brak intymności, upokorzenie – to powtarzało się w ich wypowiedziach.
– Dziewięć lat, o których rozmawiamy, to setki wizyt w szpitalach, ośrodkach dla narkomanów, chorych na AIDS, w hospicjach. I nie było to szybkie przejście przez salę połączone z konwencjonalną rozmówką. Jeśli poświęca im pani tyle czasu, to na pewno musi być jakieś przyzwyczajenie, obrona przed tym całym cierpieniem.
– Te spotkania spowodowały, że mam szacunek i dla rodziców chorych dzieci, dla samych chorych, walczących z uzależnieniem i dla ludzi, którzy z nimi pracują. Oni muszą mieć niezwykłą odporność, której ja nigdy nie nabędę. Sądzę, że przyzwyczaić się może ktoś, kto na co dzień przebywa np. z tymi dziećmi chorymi na białaczkę. Może sobie powiedzieć, że gdyby nie on, dziecko cierpiałoby jeszcze bardziej. Ale ja, która przychodzę tylko raz na jakiś czas, musiałam dojść do innej formuły kontaktów. Było to szczególnie ważne w hospicjum, gdzie się nauczyłam rozmawiać z ludźmi odchodzącymi na zawsze. Oni nie chcą łez ani litości. Nie rozmawiamy o umieraniu, ale o ich życiu, o tym, co za oknem, i o moich planach. Pytają mnie nawet o córkę i o nasze psiaki. Żadnych spraw, które się wiążą z odchodzeniem. Bardzo często jestem też w klinikach onkologicznych. Żartuję z dziećmi, potem rozmawiam z lekarzami. Często na moje pytanie o stan zdrowia dziecka słyszę odpowiedź: „Ono odchodzi. To tylko kwestia kilku dni”. Powiem szczerze, chce mi się wtedy krzyczeć, buntować na taką niesprawiedliwość.
– Ale czy w końcu udaje się to wspomnienie wymazać z pamięci?
– Nie. Wracam do domu i wtedy, w nocy wyświetla mi się film z tych spotkań. Tak naprawdę nigdy o nich nie zapominam.
– Poza emocjami jest jeszcze wiedza, bo przecież wiele z tych spotkań to rozmowy o skomplikowanych chorobach, różnych problemach związanych z zorganizowaniem opieki, tak aby pomoc była nie tylko serdeczna, lecz także mądra.
– Zdaję sobie z tego sprawę, a dowodem na to, że staram się sprostać każdej sytuacji, jest fakt, iż zaproszono mnie jako eksperta do licznych instytucji międzynarodowych. Wiele osób myśli, że jestem lekarzem, zapewne onkologiem. Tymczasem ja się po prostu dużo uczę. Robię to z szacunku dla osób, z którymi się spotykam, lekarzy, pacjentów, ich rodzin. Wiele czerpię z tego, co oni mówią. Staram się też wykorzystać wyjazdy międzynarodowe, np. w czasie wizyty w Wielkiej Brytanii zwiedziłam ośrodek dla dzieci z ADHD, czyli nadpobudliwością. My dopiero tworzymy programy leczenia, na Zachodzie są już gotowe rozwiązania. Chcę je poznać, bo jestem zwolenniczką rozwiązań systemowych. Nie znoszę krótkotrwałego zapału. Jest dla mnie zaszczytem współpraca z amerykańską fundacją pani Rosaline Carter, opiekującej się upośledzonymi, podobnie jak fakt, że zostałam doradcą Kofiego Annana ds. przeciwdziałania narkomanii. Zasiadam w zarządzie międzynarodowego centrum ds. dzieci zaginionych i molestowanych w Waszyngtonie.
– Zatem niektórzy sponsorzy się wahają, niektóre działania fundacji musi pani ograniczyć, ale na szczęście będzie nowa klinika onkologiczna dla dzieci. Jednak to całe szarpanie, napaści, na pewno wywołują momenty frustracji. Czy nie myślała pani nigdy, żeby po prostu dać sobie spokój? Już nic nie robić?
– Oczywiście, są takie momenty, że zadaję sobie pytanie: „Po co to wszystko?”. Jeżeli za moją uczciwość, za autentyczne łączenie się w bólu z ludźmi, którzy cierpią w hospicjach, z upośledzonymi, za takie moje oddanie spotykają mnie pomówienia, to czasem rzeczywiście przeżywam kryzys. Jeżeli słyszę, że fundacja otrzymywała prowizje paliwowe, to jest to tak nikczemne, tak haniebne, że myślę sobie: „Ja mogę nic nie robić”. Czasem jeszcze znajomi pytają: „Jola, po co ci to wszystko?”. Tak, czasem bywa ciężko.
– Ale frustracja mija, bo przecież fundacja nadal działa. Co jest „lekiem na całe zło”?
– W najgorszych momentach przypominam sobie list, który napisał do mnie mój tata, gdy mąż został prezydentem. Pamiętam słowa: „Zrób wszystko, żeby zasłużyć na ludzki szacunek”. Staram się te słowa realizować już od dziewięciu lat i wprowadzać takie standardy, tak wysoko zawiesić poprzeczkę, aby pozostawić po sobie dobre wspomnienie. Najważniejsze są dla mnie moje dobre imię i prestiż urzędu, który reprezentuję. Tu muszą pracować ludzie bez skazy, z których Polacy chcieliby brać przykład.
– Jednak ta trudna sytuacja była testem na siłę niektórych przyjaźni, znajomości. Kto się wykruszył, kto trwa razem z panią?
– To jest troszkę inaczej. Nie można dokonać takiego podziału: ci odeszli, ci zostali. Od lat mamy niezmienne grono przyjaciół, takie, któremu można zwierzyć się ze wszystkiego. I te osoby były, są i będą. Poza tym najważniejsza jest dla mnie rodzina. Najbardziej cieszę się, kiedy przyjeżdżają siostry z rodzinami i mój tata. Naprawdę, mam cudowną rodzinę, taką, w której są i miłość, i przyjaźń. Nam się udało, a dodatkowo zbliżyła nas ta specyficzna sytuacja, bo tak naprawdę możemy polegać tylko na sobie. A umacnia nas to, że mamy córkę, która nigdy nie przysporzyła nam żadnych kłopotów. Jest naszym największym sukcesem życiowym.
– Na pewno były jakieś rozczarowania.
– Na nikim się nie zawiodłam, bo nigdy nie miałam oczekiwań pod hasłem „kochajcie mnie”. Nie mam dworu – jak piszą w niektórych plotkarskich czasopismach – nie ma u nas żadnej koterii. W fundacji i Pałacu Prezydenckim panuje atmosfera pracy. Dzięki niskim kosztom własnym mojej fundacji mogę przekazywać jak najwięcej zebranych pieniędzy na ważne cele. To jest dla mnie bardzo ważne.
– A kto był najbardziej szczodry?
– Najwięcej, 100 tys. dol. w 1997 r. ofiarował Andrzej Gołota. Zastanawiam się, ile ciosów musiał dostać, ile się naboksować, żeby zebrać taką kwotę. Ponieważ chciał przeznaczyć pieniądze dla powodzian, wspólnie z jego żoną odwiedziłam ośrodki dla dzieci upośledzonych w Długopolu i Bystrzycy Kłodzkiej. Widziałyśmy je przed remontem i po. To były mądrze wydane fundusze.
– Ale już wiadomo, że na wiele przedsięwzięć nie wystarczy…
– …i dlatego, kiedy słyszę od niektórych polityków o tych milionach, które niby rzeką do mnie nieprzerwanie płyną, wzdycham i myślę, chciałabym, żeby to była prawda. Świetnie wiem, w jaki sposób mogłabym zagospodarować takie pieniądze.
– Ludzie listy piszą. Organizacje proszą. Jaka jest Polska, która się wyłania z tej korespondencji?
– Jest coraz więcej ośrodków potrzebujących pomocy. Dostaję listy od organizacji, które nigdy przedtem nie prosiły. To coś oznacza. A przestaje być zadziwiające, gdy rozmawiam chociażby z osobami, które od lat prowadzą np. stowarzyszenia walczące o prawa upośledzonych umysłowo. Opowiadają mi, jak ciężko jest na prowincji, jak zamykane są warsztaty terapii zajęciowej i wiele podobnych placówek. I w takiej sytuacji dostaję listy zaczynające się od słów: „Pani nikt nie odmówi”. Chciałabym, żeby tak było. Niestety, wpłat jest coraz mniej, a oczekiwania wobec żony prezydenta przekraczają faktyczne możliwości pomocy.
– Jak cała ta fala oskarżeń wobec fundacji jest komentowana przez tych, którzy korzystają z jej pomocy?
– Dostajemy setki listów, e-maili ze słowami oburzenia na te ataki, a zarazem poparcia i podziwu. Liczą, że o nich nie zapomnimy. Prof. Anna Balcerska z Akademii Medycznej w Gdańsku mówiła mi, że rodzice dzieci przebywających w jej szpitalu, są oburzeni tą podłością, tym szkalowaniem. Ich naprawdę nie obchodzi, kto daje pieniądze na klinikę, na godne warunki leczenia ich dzieci. Mówią, że może to być nawet sam diabeł…
– A jak pani sama dba o przejrzystość finansową?
– Po pierwsze, co roku przygotowujemy dla Ministerstwa Pracy, Płacy i Spraw Socjalnych jako naszego organu założycielskiego sprawozdanie finansowe, a dla własnego bezpieczeństwa corocznie robimy audyt. Chcę prowadzić fundację w sposób kryształowy. Jestem fundatorem, ale nie jestem prezesem, nie biorę pieniędzy za moją pracę, nie mam funduszu reprezentacyjnego, nie wydaję pieniędzy na rzeczy zbędne, nie kupiliśmy żadnego nowego komputera ani mebli, bo dostaliśmy dobre używane. I uważam, że tak właśnie powinna działać fundacja. Pieniądze powinny iść na konkretne cele.
– Wpłaty na rzecz fundacji mówią także wiele o ofiarodawcach.
– Dzięki pomocy ks. Arkadiusza Nowaka i jego wolontariuszy, którzy zbadali całą listę, wiem, że najmniejsza wynosiła 1 zł 20 gr, a największa pochodziła właśnie od Andrzeja Gołoty. Jednak generalnie przeważają małe wpłaty. Najbardziej wzruszająca wpłynęła od rodziców dziewczynki zmarłej na białaczkę. Rodzice prosili o nieprzynoszenie kwiatów na jej pogrzeb. Zebrane pieniądze przekazali naszej fundacji. Bywa, że od spadkobierców dowiadujemy się, że odziedziczyliśmy spadek po kimś, kto np. prosi o przeznaczenie konkretnych kwot na walkę z rakiem.
– Cofnijmy się do początków działalności. W końcu wielu spraw nie można było przewidzieć, ale trzeba było na początek przyjąć jakieś zasady. Czy było coś, co samej sobie pani obiecała, gdy powstawała fundacja?
– „Nie będę przecinała wstęg. Szczególnie tych, które ktoś powiesił”, to było jedno z moich pierwszych przyrzeczeń.
– I nie dotyczy kliniki w Gdańsku.
– Oczywiście. Otworzę klinikę, którą sama buduję od podstaw.
– Jaki jest etap prac? Czy zdążycie?
– Na pewno. Trwa malowanie. Niezwykle utalentowani studenci gdańskiej ASP mają do wykonania poważne przedsięwzięcie – muszą pomalować ok. 2,8 tys. m kw. ścian.
– Nie ma w pani głosie wahania. Czyli w czerwcu dzieci przenoszą się w nowe miejsce.
– Tak. Na pewno.
– Jeśli się cofamy w przeszłość, to pomówmy o sytuacji, gdy nie ma fundacji. Jak wtedy wyglądałaby pani działalność charytatywna?
– Pewnie byłoby tak jak w czasach, gdy mąż nie był prezydentem. Niosłabym nadal pomoc dla kilku instytucji, a robiłabym to z potrzeby serca. Jednak już jako żona prezydenta doszłam do wniosku, że powinnam działać w sposób lepiej zorganizowany. I tak narodził się pomysł Fundacji „Porozumienie bez barier”. Jestem bardzo wdzięczna za wszystko, co mnie spotkało w minionym okresie. Pewnie gdybym nie była żoną prezydenta, nie miałabym takiej wiedzy np. o białaczkach, HIV, AIDS i wielu innych chorobach.
– Z jednej strony są rodzice oburzeni, że ktoś atakuje fundację, z drugiej LPR, partia, która zniszczyłaby wszystko, co pani robi. Jak można to skomentować?
– Odnoszę wrażenie, że są dwie Polski. Jedna – należąca do niewielkiej grupy krzykliwych polityków, którzy dzięki niektórym mediom mają szansę głoszenia swoich prawd objawionych, oczerniających innych – i druga, z którą się spotykam na co dzień w całym kraju: mądra, pracowita, zatroskana o byt swoich rodzin, marząca o spokoju społecznym, o przewidywalnych, mądrych i uczciwych politykach reprezentujących ich interesy.
– Nie lubi pani polityki, choć ona kokietuje wysoką lokatą w rankingach prezydenckich.
– To prawda. Nie lubię takiej polityki, w której brakuje myślenia o państwie i jego obywatelach, a jest myślenie tylko o sprawach własnych partii.
– Jednak praca w fundacji to także nauka kontaktów z biznesem.
– Bez prywatnych pieniędzy nie odbyłoby się w Polsce żadne przedsięwzięcie. Tyle że muszą być jasne, klarowne reguły, które nie pozwolą na dawanie pieniędzy pod stołem. Potrzebne są żelazne zasady, takie jak te obowiązujące w świecie.
– A jaka będzie przyszłość? Czy w 2006 r. Fundacja „Porozumienie bez barier” nadal będzie działać?
– Myślę, że tak, choć będę chciała zawęzić jej działanie. Zresztą zawsze starałam się dostosowywać pomoc do możliwości i aktualnych potrzeb. Dziewięć lat temu rozpoczynaliśmy dożywianie najmłodszych akcją „Dorośli dzieciom”. Teraz, kiedy działa „Pajacyk” Polskiej Akcji Humanitarnej, zawiesiliśmy naszą działalność. Za to są inne obszary, w których moja pomoc może być potrzebna. Zgodnie z takim myśleniem przekazuję corocznie różne dary na aukcje organizowane np. przez Jurka Owsiaka czy inne fundacje. Np. przekazałam ostatni wyprodukowany egzemplarz małego fiata, który nazywał się Happy End, czy obraz Dudy-Gracza. Naprawdę, nie widzę powodu do rywalizowania z innymi sprawnie działającymi organizacjami.
– Czy w ramach tych ograniczeń nie będzie zagranicznych wyjazdów dzieci, zawsze trochę jak z marzeń, w jakieś szczególnie piękne lub niedostępne miejsca?
– Nie, nie. Z tego nie zrezygnuję. Dzieci wyjadą. Na pewno wyjadą. Za granicą mamy oddane grono przyjaciół. Już po tych wszystkich atakach na moją działalność dzieci były na Cyprze i w Tunezji. Najwięcej, aż 400, to dzieci z rodzin górniczych, te które w kopalni straciły ojców. Ale wyjeżdżają też dzieci policjantów, marynarzy, żołnierzy, te które spotkała tragedia utraty kogoś najbliższego. Poza tym, że pomagam im w trudnym momencie, najzwyczajniej chciałabym, żeby zwiedziły świat. Będzie też jak co roku wyprawa na Gotlandię dla kolejnych pięćdziesięciorga dzieci chorych na białaczkę oraz wyjazd w lipcu do USA. Z tego nie zrezygnuję.
– A nowe wyzwania?
– Będę się uczyć, jak występować o granty do organizacji międzynarodowych.
– Gdyby z tych wszystkich działań musiałaby pani wybrać jedno, to jedyne, które można zabrać na bezludną wyspę, to jaka byłaby decyzja?
– Na pewno bardzo trudna. Ale dziś najbardziej wyrazistym przedsięwzięciem są szkoły tolerancji, czyli obozy dla dzieci różnych narodowości, które nazywam szczepionką przeciwko nienawiści. To jest wspaniały program. Po dziesięciu dniach wspólnego pobytu na obozie młodzi ludzie wyjeżdżają przekonani, że choć są różni, każdy ma swoje prawa i zna swoją wartość. Choć prezentują odrębne kultury, obyczaje i przekonania religijne, potrafią się zjednoczyć. Ta nauka tolerancji i szacunku dla odmienności jest szczególnie ważna w obecnych czasach. Boimy się islamu, bo boimy się nieznanego, kojarząc niesłusznie tę humanitarną religię jedynie z terroryzmem. Moim marzeniem jest stworzenie takiej szkoły, takiego ośrodka w Polsce, żeby obozy dla młodzieży z różnych krajów, szczególnie tych objętych konfliktami zbrojnymi, mogły się odbywać co roku.
– Można by tam zaprosić polskich polityków.
– Kto wie, czy podczas zajęć nie nauczyliby się od młodych ludzi umiejętności wzajemnego poznawania, szacunku dla poglądów innych i prowadzenia dialogu. Może wtedy nie szkodziliby tak wizerunkowi Polski na arenie międzynarodowej, nie mogąc się porozumieć w wielu podstawowych kwestiach. Gdy to obserwuję, przywołuję powiedzenie prezydenta Kennedy’ego i odnoszę je do sytuacji naszego kraju: „Nie pytaj, co Polska zrobi dla ciebie. Powiedz, co ty zrobisz dla Polski”.
– Ostatni rok prezydentury to także czas bardziej generalnych rozliczeń i refleksji. Co zmieniłaby pani w swoim życiu, gdyby można było cofnąć czas?
– Nic. Nie, nie umiałabym swojego życia uczciwiej przeżyć.
– W tym przekonaniu zapewne pomaga pani wiara. Jak wyglądają rozmowy Jolanty Kwaśniewskiej z Panem Bogiem?
– Proszę Pana Boga o siłę. Wiem, że to, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni.
– A jaki jest wpływ ludzi, często takich, z którymi kontakt jest krótki?
– Jestem silna siłą ludzi, którzy się ze mną spotykają i do mnie piszą. Co roku, w grudniu, dostajemy setki listów z opłatkami. W tym roku było ich o wiele więcej. Ufam, że moje starania są doceniane. Chciałabym żyć w przekonaniu, że – jak mówi dr Ryszard Szaniawski z warszawskiego hospicjum, „dobrzy ludzie robią dobre rzeczy”.

*
Fundacja „Porozumienie bez barier” zainaugurowała działalność w 1997 r. Jej celem jest wyrównywanie szans ludzi niepełnosprawnych i cierpiących. Szczególnego znaczenia, wraz z decyzją o budowie szpitala, nabrała pomoc dzieciom chorym na białaczkę.
Wydatki fundacji to:
* Regularnie kwotą ok. 200 tys. zł dofinansowywane są obozy rehabilitacyjne dla dzieci niepełnosprawnych. W zeszłym roku sfinansowano obozy dla 700 dzieci. Udzielano też indywidualnej pomocy.
* W ubiegłym roku hospicja otrzymały witaminy i leki za 560 tys. zł, 400 tys. przeznaczono na remonty w 10 ośrodkach w całym kraju.
* 106 tys. wydano w 2004 r. na badania mammograficzne dla kobiet wiejskich.
* 150 tys. stanowił w 2004 r. budżet Funduszu Pomocy Młodym Talentom. 50 zdolnych dzieci otrzymało po 3 tys. zł.
*Około 250 dzieci wyjeżdża w ramach akcji „Otwórzmy dzieciom świat”. Sponsorami są biura turystyczne.
* Budowa kliniki onkologicznej w Gdańsku zamknie się w kwocie 1,5 mln dol.

 

Wydanie: 8/2005

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. Aleks
    Aleks 31 grudnia, 2017, 18:11

    Można również zgłosić się do fundacji Szlachetny Gest 🙂 Porządna strona i pewne wsparcie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy