Długie ręce ojca

Długie ręce ojca

Co noc zadaje sobie pytanie, czy to możliwe, aby jakiś sąd z drugiego krańca Europy mógł stanowić o życiu jej i syna?

Młodość, która przypadła na lata 70., spędziła na Mazurach. Pojechała tam z rodzinnej Częstochowy w ślad za siostrą; pracowała w spółdzielni produkcyjnej jako kadrowa. Dorobiła się jakiegoś mieszkanka, trochę podróżowała. Między innymi do Jugosławii, gdzie odwiedzała kolegę swojego brata. Właśnie nad Adriatykiem, prawie 20 lat temu, poznała swojego obecnego męża, Milosza, lecz zanim zostali małżeństwem, musiało upłynąć prawie 15 lat. Nie była to wielka miłość, raczej związek dwojga zagubionych ludzi. Ostatecznie klamka zapadła, gdy po wizycie bożonarodzeniowej w 1988 r. zaszła w ciążę… Milosz, ojciec dziecka, był pół-Serbem, pół-Polakiem. Teściowa, pochodząca z Grodziska Maz., namawiała: “Janeczko, przyjedź i urodź w Jugosławii, bo potem będą kłopoty z obywatelstwem dla dziecka”. Milosz przytakiwał matce. Pani Janina długo się zastanawiała. Wiedziała, że narzeczony nie stroni od kieliszka. Jednak teściowa zapewniała, że wysłała syna na leczenie odwykowe. W końcu pani Janina uległa tym namowom, sprzedała wszystko, co miała; z dwoma torbami wyjechała z Polski.
Była w ósmym miesiącu ciąży, ślub więc załatwiono w szybkim tempie.

Żona dla pijaka

– Wahałam się, czy musimy brać ślub, okazało się jednak, że bez papierka nie miałabym prawa do opieki szpitalnej, a każdy dzień mego pobytu kosztowałby 200 marek.
Początkowo Janina Ilić była oczarowana. Wyjechała z kraju, gdzie panował jeszcze kryzys, do krainy obfitości. Rozczarowanie przyszło szybko. Już po kilku dniach teściowa stwierdziła, że koniec wczasów, czas zabrać się do roboty. Powoli Janina przekonywała się, że tak naprawdę jest tylko służącą. W domu palono drewnem, które musiała rąbać. Nie dostawała żadnych pieniędzy, nie mogła iść do pracy, bo mogłaby się zepsuć.
21 sierpnia 1989 r. urodziła syna. Imię otrzymał po ojcu. Poród był trudny, wszak miała już 39 lat. W szpitalu zaprzyjaźniła się z żoną jednego z lekarzy, Rosjanką. To ona pierwsza powiedziała jej, że od Milosza – męża uciekły już trzy żony: Polka, Serbka i Niemka. Z żadną z nich nie miał dzieci.
– Bardzo szybko okazało się – wspomina teraz w swym częstochowskim mieszkaniu – że mąż od swej wymarzonej rodziny woli kieliszek, a w domu niepodzielnie króluje teściowa. Milosz był pracownikiem największego w Sremskiej Mitrovicy zakładu – fabryki celulozy i papieru. Miał tam dobrze opłacane stanowisko majstra, lecz wszystkie zarobione pieniądze oddawał matce. Często było tak, że jedzenie dla siebie i dziecka Janina kupowała za zaskórniaki przywiezione z Polski lub wypraszała u sąsiadek. Najgorsze jednak było to, że ją bił. Z czasem swoją agresję przerzucił też na syna.
Po dwóch latach Iliciowa przyjechała na pół roku do Polski. Odetchnęła, lecz mimo namawiania ze strony rodziny, postanowiła wrócić do Jugosławii.
– Sądziłam, że rozłąka przywróci mojemu mężowi rozum. Nie chciałam też pozbawiać dziecka kontaktu z ojcem.
Myliła się. Gdy tylko dowiedział się, że w czasie pobytu w Polsce ochrzciła Milosza, ciężko ją pobił. Nie miała się komu zwierzyć. Szwagierka, która wydawała się bardzo miła, każde powiedziane w zaufaniu słowo przekazywała despotycznej teściowej.
O planowaniu ucieczki zdecydowały dwa fakty. Milosz zaciągnął się jako ochotnik na front wojny. – To był straszny okres. Sklepy puste, na bazarze ceny wyśrubowane, a on poszedł na wojnę i zostawił mnie bez grosza. W telewizji pokazywano straszne rzeczy, egzekucje na żywo, masy trupów i krwi. Teściowa powiedziała mi, że w razie czego ja i mój syn pierwsi zginiemy.
Wojna uczyniła z męża jeszcze większego okrutnika. W czasie przepustki złapał małego Milosza i rzucił nim o ścianę. Na szczęście, na drodze stała wersalka, na którą spadło przerażone dziecko.
Pani Janina potajemnie napisała do Fundacji Equilibre Janiny Ochojskiej. Poprosiła o pomoc w powrocie do kraju. Po pół roku otrzymała list z ambasady polskiej w Belgradzie. Pojechała tam i otrzymała paszport konsularny i pieniądze na podróż.
Mężowi i teściowej powiedziała, że jedzie do Polski w sprawach spadkowych. Początkowo nie chcieli, aby zabrała ze sobą Milosza, jednak roztoczyła przed nimi wizję wspaniałego spadku. Uwierzyli jej, bo miała opinię szczęściary z hojnym gestem. (Parę lat wcześniej wygrała w totka 600 marek – równowartość półrocznej pensji jej męża – i większą część wygranej przeznaczyła na remont domu).
Ostatecznie opuściła swych wrogów w października 1994 roku. Milosz miał wtedy pięć lat. Wiedział, że wyjeżdżają i już nigdy nie wrócą do taty, ale nie zdradził się ani słowem.

Odezwał się tatuś

Nie miała w Polsce mieszkania, pieniędzy, pracy. Na dłużej dach nad głową znalazła w przytulisku dla bezdomnych kobiet “Oaza”.
– Nieraz myślałam, co ze mnie za matka, jakie warunki zapewniam swojemu dziecku. Gdy jednak przypominałam sobie awantury, utwierdzałam się w przekonaniu, że zrobiłam dobrze.
W przytulisku mieszkała prawie dwa lata. Dość szybko znalazła pracę, tyle że nie w swoim zawodzie. Została kucharką. Najpierw w restauracji, potem w przytulisku dla mężczyzn, a teraz pracuje w Towarzystwie Profilaktyki Społecznej zajmującym się wyciąganiem z nałogu narkotykowego dzieci.
W marcu tego roku doczekała się własnego mieszkania. Jednocześnie – przyszły wieści z Serbii. Ojciec Milosza doprowadził do wydania zaocznego orzeczenia o rozwodzie z przyznaniem praw rodzicielskich ojcu. Wyrok wydał Sąd Okręgowy w Sremskiej Mitrowicy.
Pani Janina napisała odwołanie: “Zaskarżam wyrok w części dotyczącej powierzenia władzy rodzicielskiej ojcu. Zarzucam sądowi nieprzeprowadzenie badań psychologicznych syna w ośrodku rodzinnym na okoliczność tego, z kim syn jest związany uczuciowo i orzeczenie o władzy rodzicielskiej bez żadnych dowodów i podstaw, wyłącznie na podstawie pozwu mojego męża. Zarzucam również nieuwzględnienie moich pism w sprawie i moich argumentów, i uniemożliwienie mi wypowiedzenia się w tej sprawie poprzez takie wyznaczanie terminów, żebym nie mogła na nie dojechać. Zarzucam też wyrokowi Sądu Rejonowego tendencyjność z powodów politycznych, jako że jestem obywatelką Polski, członka NATO, biorącego udział w interwencji w Jugosławii”.
Tłumaczenie zaskarżenia wyroku na serbski kosztowało ją połowę miesięcznych dochodów – ponad 400 zł.
Trzeba dodać, że pozew męża opierał się na zarzuceniu żonie niemożności opiekowania się dzieckiem (brak pracy i mieszkania), które to powody już dawno nie istnieją.
Jednocześnie, za radą adwokata, 21 marca tego roku wysłała pismo opisujące całą sytuację do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Warszawie. Do tej pory nie otrzymała odpowiedzi.

Obcy wśród swoich

Mały Milosz jest pełen energii i pomysłów, jak to bywa u 11-latków. Nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Niechętnie też pozuje do fotografii. Nie pamięta ani jednego serbskiego słowa, za to nie ma najmniejszych kłopotów z językiem polskim. Opinie nauczycieli, zarówno z nauczania początkowego, jak i obecnej, czwartej klasy, są jak laurka: pogodny, bardzo zdyscyplinowany, grzeczny, uczynny. Zawsze wzorowo przygotowany do zajęć, wspólnie z mamą wykonał wiele pomocy potrzebnych w szkole.
Jego jedyne miłe wspomnienie, związane z ojcem, to kilka wyjazdów na ryby. Nie chciał nawet zaprosić taty na swą Pierwszą Komunię, zabronił mamie wysłać ojcu i babci chociażby fotografię z tej uroczystości.
Niestety, Milosz nie ma uregulowanej sytuacji z obywatelstwem polskim. Gdyby Janina wystąpiła o takie przed ukończeniem trzeciego miesiąca życia dziecka, nie byłoby żadnych trudności. Teraz pierwszym warunkiem do uzyskania obywatelstwa jest zgoda ojca.
Chłopak ma więc obywatelstwo serbskie – kraju, którego języka nie pamięta, a jest dzieckiem z Polski – kraju, którego obywatelstwa nie posiada.
Milosz nie wiedział nic o swojej sytuacji do czasu, gdy przyjechała ekipa TVN.
– Gdy na świecie zrobiło się głośno o małym Kubańczyku Elianie, mąż mojej siostrzenicy, pracujący w TVN, przypomniał sobie o mnie. Ekipa telewizyjna nakręciła program, jednak nie przyniósł on żadnego efektu.
Tylko chłopiec się przestraszył. Późnym wieczorem zapytał: “Mamo, czy będę musiał wrócić do Jugosławii?”.
– A mnie – mówi pani Janina – serce pokroiło się na drobne kawałeczki.
Co ma zrobić, żeby go nie oddać?

 

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy