Dobra krew

Dobra krew

Przez dwa miesiące koczowałam z Nieńcami na Półwyspie Jamalskim

Renifer jest mądry. Bez renifera człowiek nie może przeżyć. – E, Magda! – Anżela podnosi głos i przekręca się w moją stronę. – U was też jest tak dużo reniferów? (Bo to, że są, nie ulega przecież wątpliwości).
Od samego rana obcinanie pantów. Całe stado w panice goni tam i z powrotem, rozdziela się, krąży, rozbiega. Kobiety i dzieci stoją pojedynczo daleko w tundrze, pilnując, żeby zwierzęta nie rozbiegły się na wszystkie strony. Schwytane na lasso renifery powala się na ziemię. Stojąc naprzeciw zwierzęcia, łapie się je za rogi, z całej siły wykręca mu głowę na bok i w ten sposób zmusza do położenia na ziemi. Pant ściska się linką, mocno, tuż u nasady, i piłką obcina tuż nad wiązaniem. Ze źle obwiązanych pantów krew strzyka cienkim strumieniem na kilka metrów.
Po długim dniu z jedną tylko przerwą na jedzenie dla nas i dla reniferów ważyliśmy owoce trzech dni pracy. Waga wisiała na stojaku z trzech długich pałek. Panty wiązaliśmy jak drwa w wiązki po 20, a nawet po
30 kg, ważyliśmy i przerzucaliśmy na rosnącą stertę. Potem podliczanie. Wyszło 800 kilogramów! Tego nikt się nie spodziewał, więc wszyscy się cieszyli. Wychodzi po 200 rubli za kilogram.
Od rana kobiety siedziały i porządkowały mięsne ostatki, łącznie z głową, nogami i resztą. Niedawno zjedliśmy coś w rodzaju drugiego śniadania. Na stole stała emaliowana miska pełna zakrwawionych kości. W moją stronę sterczał jakiś duży staw, myślę, że kolano. Jak dla mnie wszystko już dokładnie obrane z mięsa. Ale nie. Jeszcze się wszystko dokładnie oskrobuje z błon i niebieskich żyłek znajdujących się w zagłębieniach wzdłuż kości. Ja siorbię swoją herbatę i mam ogromną nadzieję, że nikt mi nic nie zaproponuje. Nic z tego. Dostaję rozłupaną kość z grubym, lekko różowym kawałkiem surowego szpiku trzęsącym się w środku. Jem to z chlebem. Właściwie to tłuszcz, okazuje się, że bardzo smaczny.
Co jemy? Jemy, przede wszystkim, surowe mięso: świeże i ciepłe zaraz po uduszeniu renifera. To zawsze radość i wielka uczta dla całej rodziny. Gość dostaje najsmaczniejsze, parujące jeszcze, bo przed chwilą wygrzebane z rena kąski i przysmaki. W przekrojonym na pół, leżącym na trawie wypatroszonym zwierzęciu krew zbiera się jak w wielkiej wazie. To takie nienieckie „wino”. W otwartym brzuchu soli się krew i wrzuca pokrojone na kawałki mięso, żeby dobrze przeszło solą. Dorośli i umazane krwią dzieci, nawet te najmniejsze, kucają naokoło i każdy własnym nożem ucina sobie upatrzone kąski. U nas krew nabiera się wielką chochlą, ale u sąsiadów dzieci piją z porcelanowych kubeczków w kolorowe kwiatki. Słona krew nie zasycha, najwyżej robią się w niej galaretowate grudki, dlatego można pić też zimną.
Żartujemy sobie z naszego krwawego obiadu, ale tak naprawdę w tundrze, gdzie przez większość roku nic nie rośnie, surowe mięso i krew są najważniejszym źródłem witamin. Bez tego nie dałoby się tutaj żyć.

Tekst i fotografie z samotnej wyprawy Magdaleny Skopek na Półwysep Jamalski pochodzą z książki Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi, która
ukaże się nakładem Wydawnictwa Naukowego PWN.

Wydanie: 38/2012

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy