Dobre strony populizmu

Dobre strony populizmu

Overview

Ruchy populistyczne zwracają uwagę na poważne problemy społeczne

Dr hab. Jan Sowa – socjolog i kulturoznawca, autor m.in. książek „Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna”, „Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą”, „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”

Widmo populizmu krąży nad Europą. Czy lęk o stan demokracji jest uzasadniony?
– Dążenia populistyczne są dziś powszechne. Natomiast tylko w krajach, które postawiły na radykalną liberalizację gospodarczą i odrzuciły państwo dobrobytu – jak USA, Wielka Brytania czy Europa Środkowo-Wschodnia – populizm to siła, która rozmontowuje system polityczny. Tam, gdzie poprzez utrzymanie mechanizmów redystrybucji udało się powstrzymać kapitalizm przed wytworzeniem dużej grupy przegranych – jak w Austrii, Francji, Holandii czy Finlandii – populiści jeszcze nie przejęli władzy.

Polityka społeczna jako lekarstwo na populizm?
– Populizm można i należy rozbrajać na poziomie polityki społecznej. Poprzez zapewnienie bezpieczeństwa materialnego ludziom, którzy czują się oszukani i żyją w ciągłej niestabilności. Ruchy alterglobalistyczne już pod koniec lat 90. wskazywały, że globalizacja niesie rosnące nierówności i że to nie może dobrze się skończyć. Do kryzysu finansowego nikt ich nie słuchał, a teraz płacimy wysoką cenę za lekceważenie tych głosów.

Mamy diagnozę, ale co z konkretnymi rozwiązaniami realnych problemów?
– Jednym z nich mógłby być np. bezwarunkowy dochód podstawowy. Populizm jest rewersem radykalnego liberalizmu. To bardzo istotna przesłanka, którą lekceważą elity. Radość ze zwycięstwa Macrona we Francji była wśród polskich liberalnych elit pozbawiona krytycznej refleksji na temat uwarunkowań systemowych tego wydarzenia. A Francja jest krajem nr 1 w OECD, jeśli chodzi o poziom wydatków publicznych. Nieprzypadkowo właśnie tam polityka funkcjonuje jeszcze najbliżej tego, co znamy z powojennej historii zachodnich państw dobrobytu.

W debacie publicznej dominują opinie utożsamiające populizm z patologią i groźną chorobą demokracji. Czy populizm to samo zło?
– Populizm jest symptomem. Nie zgadzam się z wieloma rozwiązaniami proponowanymi przez ruchy populistyczne, ale właśnie te formacje wyrażają wiele słusznych dążeń klas niższych. Dzięki temu biedni mogą bardziej czuć się podmiotem w polityce. Kołem zamachowym populizmu jest poczucie, że elity nie reprezentują tych ludzi, a system wyraźnie nie ewoluuje w kierunku poprawy jakości ich życia, co widać niemalże we wszystkich statystykach dochodu i rozwarstwienia społecznego.

Krytyka wymierzona w partie populistyczne dosięga milionów wyborców, którzy oddali na nie swój głos. Zarzuca się im, że sprzedali demokrację za kilka deklaracji socjalnych.
– Interesy klas niższych muszą być lepiej reprezentowane. Odpowiadając na tę potrzebę, populiści budują silną więź emocjonalną z wyborcami, którymi przez wiele lat nikt się nie interesował. Niepokojące jest to, że populizm dryfuje w stronę barbarzyństwa, a z drugiej strony uwidacznia konieczność reform i podważa hegemonię liberalnego centrum.

Czyli jedną z zalet populizmu jest przekroczenie horyzontu wyobraźni społecznej?
– Główną jego zaletą jest to, że zwraca uwagę na poważne problemy społeczne. Wprowadza do debaty publicznej istotne tematy. Może też dokonać reform, które są pożyteczne i będą trwałe. Weźmy przypadek Polski – jestem przekonany, że program 500+ będzie jedną z ostatnich rzeczy, które zostaną rozmontowane po tym rządzie. I bardzo dobrze.

Skoro wspomina pan o 500+, warto przypomnieć, jak liberalne media próbowały zdyskredytować ten program, wykorzystując etykietkę populizmu.
– Określenie populizm to w debacie liberałów termin pejoratywny, używany głównie do dyskredytowania dążeń redystrybucyjnych. Niezależnie od tego, czy to prawicowi populiści bronią programu 500+, czy lewica mówi o konieczności podnoszenia płacy minimalnej, liberałowie sięgają po tę etykietkę. Każdy, kto uważa, że społeczeństwo powinno być bardziej egalitarne, okazuje się populistą. Za pomocą tego pojęcia przykleja się komuś łatkę oszołoma.

Jakie mogą być społeczne konsekwencje posługiwania się przez liberałów populizmem jak maczugą?
– Liberalizm ekonomiczny jest postawą opartą na fundamentalnym złudzeniu, że da się mieć świat bez podatków i bez faszyzmu. Bez aktywnej roli państwa, które będzie interweniować, aby dystrybuować bogactwo, ale też bez ekstremizmów niszczących system. To kompletna fikcja, rzeczywistość pokazuje, że to niemożliwe. Ze strony liberalnego centrum obserwujemy rozpaczliwą próbę powstrzymania faszyzmu, czemu towarzyszy moralne oburzenie. Tak jest w przypadku dyskusji na temat ONR.

Postawy faszyzujące można osłabić, idąc w stronę polityki redystrybucyjnej. Niestety, liberałowie podważają wszelkie dążenia do podniesienia podatków, bez czego na dłuższą metę nie da się prowadzić postępowej polityki społecznej. Całkowicie takich postaw w kapitalizmie nie da się wyeliminować. Jest to system, w którym ktoś musi tracić, żeby ktoś mógł zyskać. Ci, którzy tracą, będą się buntować. W latach 90. liberałowie zniszczyli myślenie lewicowe – czyli klasowo-materialistyczne – w głównym nurcie debaty publicznej, więc masy obróciły się w stronę nacjonalistyczno-populistyczną.

Ale można chyba jakoś cywilizować system?
– Można ograniczać wyzysk, a przez to tworzyć warunki materialne dla postępowej polityki. Wtedy być może uda się nam wypracować postkapitalistyczne rozwiązania, w których przejdziemy do produkcji bogactwa bez wywłaszczania innych i niszczenia planety. Dążenie liberalnych elit jest bardzo niebezpieczne, dlatego że atakują one populizm nie w imię lepszego świata, tylko by utrzymać status quo ante, w którym miały pozycję dominującą. Liberałowie niestety nie wykorzystali jej w dobry sposób. Przyzwolili na pogłębiające się nierówności. Okres rządów Platformy Obywatelskiej w Polsce, zwłaszcza jej druga kadencja, doskonale to ilustruje.

Duża część komentatorów stawia znak równości między populizmem prawicowym i lewicowym. Nie ma między nimi różnic?
– Jest zasadnicza różnica między prawicą a lewicą. Nie lubię etykietki lewicowy populizm, moim zdaniem nieprawdziwej. W tym, co nazywa się lewicowym populizmem, brakuje kluczowych elementów populizmu, np. przekonania o czystości moralnej ludu czy dążenia do obrony „naszej ziemi” przed obcymi. Duża część tematów podnoszonych przez populizm mogłaby być w mniej barbarzyński sposób wprowadzana do głównego nurtu polityki przez lewicę. Lewica mogłaby rozwiązywać materialne problemy polskiego społeczeństwa, nie demolując przy tym Trybunału Konstytucyjnego, nie stawiając sądownictwa na głowie i nie robiąc z Polski samozwańczej twierdzy białej rasy.

Według liberałów prawicowy populizm to szczucie na imigrantów i obrona cywilizacji białego człowieka, natomiast lewica szafuje tematem nierówności, dokonując podziału na wyzyskiwany lud i krwiożerczych kapitalistów. Mamy do czynienia ze szkodliwym upraszczaniem rzeczywistości społecznej i politycznej.
– Nikt tak naiwnie nie upraszcza rzeczywistości społecznej jak liberalne centrum. Wspomniałem o dochodzie podstawowym, który jest jednak skomplikowanym systemem z rozwiniętą merytorycznie podbudową. Język debaty publicznej, który proponuje liberalne centrum, wyraża utopijną i uproszczoną wizję świata, gdzie dobrzy przedsiębiorcy wytwarzają bogactwo i tworzą miejsca pracy, pozwalając nam wszystkim się rozwijać. To czytanka dla dzieci z II klasy szkoły podstawowej. Tam nie ma świadomości głębszych procesów społecznych i ekonomicznych.
Moim zdaniem alternatywą, przed którą teraz stoimy, jest populo-faszyzm albo jakieś połączenie elementów socjalizmu i komunizmu. Oczywiście nie takiego komunizmu, jaki znamy z historii. Wiele razy o tym mówiłem.

Brzmi groźnie, a co z socjaldemokracją?
– Do rozwiązań stricte socjaldemokratycznych, które znamy z okresu trzech powojennych dekad państwa dobrobytu, moim zdaniem nie ma powrotu. Nie ma warunków materialnych, kapitalizmu nie da się już wprowadzić na właściwie tory, zbytnio się zmienił. Efekty, które kapitalizm osiągał wtedy na Zachodzie, w żaden sposób nie wynikały z jego istoty, po prostu były siły bardzo ściśle kontrolujące kapitał, a on sam miał mniej możliwości uchylania się od kontroli. Oczywiście doraźnie wiele konkretnych rozwiązań socjaldemokratycznych jest do wprowadzenia, ale musimy patrzeć bardziej dalekosiężnie, ku postkapitalistycznym formom produkcji, a nie koncentrować się na socjaldemokratycznych mechanizmach dystrybucji.

Jako lewicowych polityków populistycznych wskazuje się Berniego Sandersa w USA i Jeremy’ego Corbyna, lidera Partii Pracy w Wielkiej Brytanii. Obaj zarzucają elitom korupcję i działanie na rzecz wielkiego biznesu. Czy warunkiem skuteczności takich polityków jest opowieść o złych, skorumpowanych elitach?
– Ona jest bardzo potrzebna klasom podporządkowanym, żeby uzyskać rodzaj moralnej równowagi. To tak – przy zachowaniu wszelkich proporcji – jakbyśmy zapytali, czy po II wojnie światowej konieczna była narracja o złym nazizmie. Należy powiedzieć, że ci wszyscy prezesi banków, którzy zarabiali dziesiątki milionów dolarów, ponoszą odpowiedzialność za to, że tak wielu ludzi wyrzucono z domów. Taka opowieść stanowi element ekonomii moralnej klas niższych. To nie jest niezbędne w sensie wprowadzania w życie praktycznych rozwiązań, ale ważne, żeby skutecznie opanować destrukcyjne dążenia klas wyższych do wprowadzania niesprawiedliwych uregulowań.

A co, jeśli zmiana kursu wywoła opór elit?
– Jeśli klasy wyższe będą się temu sprzeciwiać, dojdzie do konfrontacji. Będzie ona brutalna i potencjalnie katastrofalna dla wszystkich. Współczesny porządek społeczno-gospodarczy jest bardzo kruchy ze względu na swój stopień skomplikowania i liczbę najróżniejszych zależności wewnętrznych. Dziś już o skali ogólnoplanetarnej.

Czyli wystarczy poskromić ten 1% i wtedy reszta problemów jakoś się rozwiąże?
– Na pewno nic się nie uda, jeśli nie poradzimy sobie z biedą, to pierwszy, konieczny krok. Nie uważam, że rozwiązanie problemu biedy automatycznie zlikwiduje ksenofobię, szowinizm i rasizm. Do tego niezbędna jest osobna polityka społeczno-kulturowo-edukacyjna. Ale jeśli nie uporamy się z problemem biedy, na pewno nic nie uda się zrobić. To warunek rozwiązania tych palących kwestii.

Ludzie biedni zawsze będą podatni na różnego rodzaju propagandę ugrupowań i polityków, oferujących prosty sposób załatwienia problemów – atrakcyjność skrótów myślowych, że to wszystko przez Żydów, Niemców, wykształciuchów i Rosjan, będzie społecznie wysoka. Człowiek cierpiący jest podatny na takie opowieści, poszukuje w nich jakiegoś rodzaju pocieszenia. Jeżeli ktoś przychodzi i sprzedaje mu łatwy schemat, to taki człowiek często temu ulega. W społeczeństwie kapitalistycznym klasy niższe są pozbawione kapitału nie tylko materialnego, ale również kulturowego. To sprawia, że są podatne na faszystowską demagogię.

Wydaje się to logiczne, ale nie dla wszystkich. Strona liberalna i część lewicowej uparcie powielają opowieść o dwóch światopoglądach, dzikim i cywilizowanym. Wszystko zależy od tego, który światopogląd ludzie wybiorą.
– To złudzenie klasy średniej, która ma zapewniony byt materialny. W związku z tym może myśleć, że wszystko zależy od indywidualnego wyboru, czyli wszystko jest kwestią etosu. Jeżeli klasom niższym odmawia się dostępu do edukacji i kultury, skazując je na debilną papkę, jaka wylewa się z telewizji i tabloidów, nie można potem od nich oczekiwać, żeby dokonywały oświeconych wyborów. Co do tego, że ludzie powinni się edukować, mamy zgodę, tyle że liberalne centrum nie rozumie, że sama edukacja nie wystarczy, trzeba jeszcze pracować z materialnymi warunkami możliwości oświecenia.

Bez chleba trudniej o oświecenie?
– Należy zapewnić ludziom pewien spokój materialny. Człowiek zaszczuty i zapędzony w kozi róg w pewnym momencie zacznie się zachowywać agresywnie. Nie ze względu na swoją naturę, ale z powodu sytuacji. Tak dziś zachowują się politycznie ludzie, którzy tyrają za 6 zł na godzinę, a do tego cały czas słyszą, że są głupią hołotą. Jesteśmy świadkami ich zaszczucia materialnego i symbolicznego. Pierwszym niezbędnym krokiem jest poradzenie sobie z wykluczeniem materialnym i z nędzą. Jeżeli to zrobimy, będziemy mogli potem pracować z językiem debaty publicznej, ze strukturami symbolicznymi i z wiedzą.

Co się stanie, jeśli opowieść o wykształconych obrońcach białej cywilizacji i tych, którzy jej zagrażają, a więc ciemnogrodzie, się utrzyma?
– Jedno jest pewne: konsens (neo)liberalnego centrum, który dominował od upadku porządku zimnowojennego, nie wróci. Mamy ostatnią dekadę, może dwie, na to, żeby jakoś doraźnie ucywilizować kapitalizm. Tylko wtedy nie skończy się on globalną wojną różnych postaci faszyzmu i autorytaryzmu, z jednej strony w stylu Trumpa, z drugiej – Putina. Dlatego patrzę sceptycznie na radość liberałów ze zwycięstwa Macrona we Francji. Jeżeli w ramach „uelastyczniania rynku pracy” uderzy on np. w związki zawodowe i pogłębi prekaryzację – a to jest zawsze związane z „uelastycznianiem” – kolejnym krokiem będzie najpewniej przejęcie władzy przez Front Narodowy. Napór skrajnej prawicy powodują błędy centrum; jeżeli będziemy gasić pożar benzyną, czyli dodawać liberalne rozwiania, ogień stanie się tylko większy. Jesteśmy w sytuacji politycznej wyłączonego środka – socjalizm albo barbarzyństwo.

Wydanie: 27/2017

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy