Drań w ławce

Drań w ławce

Do niedawna uczeń znosił potulnie tyranię nauczyciela. Dziś odkrywa, że pedagog wcale nie jest taki silny. Że można go zastraszyć i wygrać…

Toruń od kilkunastu dni jest w głębokim szoku. Powód? 47-minutowy film nagrany 19 maja br. przez uczniów tamtejszego technikum budowlanego. A na nim zarejestrowane dwie lekcje angielskiego, podczas których anglista wystawiał uczniom oceny końcowe. Ujawniony przez dziennikarzy materiał zwala z nóg. Uczniów bowiem jakby w ogóle nie interesowały zabiegi nauczyciela. On sam zaś – jak najbardziej. Na filmie widać, jak rozwydrzona horda zabiera pedagogowi dziennik, szydzi z niego, brudzi mu twarz gąbką. Mało tego, wykręca mu ręce i próbuje związywać sznurkiem. Jeden z uczniów, stojąc przy angliście, udaje, że się onanizuje. Jego koleżanka raz wypina się wulgarnie, innym razem obmacuje pedagoga. Kolejny oprawca wymachuje nauczycielowi pięściami i nogami koło twarzy. I wreszcie moment finalny – na głowie anglisty ląduje kosz na śmieci. Z głośników słychać rechot i groźby miotane w kierunku przerażonego mężczyzny: „Jak piśniesz słowo, zaj… cię jak psa”.

Przecież tego nie nagrywacie…

Nie mniej szokująca jest postawa maltretowanego nauczyciela. Zbliżenia obnażają jego strach, lecz mimo to pedagog udaje, że nic złego się nie dzieje. Szczytem kuriozalnej sytuacji jest scena, w której stara się odpytać jednego z prześladowców na lepszą ocenę… Prowokowany, poniżany i bity nie wstaje, nie uderza ręką o blat, nie krzyczy. Nie wychodzi po dyrektora ani nie wzywa policji. Do zmiany postawy nie nakłania go nawet wycelowany w twarz obiektyw kamery. „Przecież tego nie nagrywacie”, słychać nieśmiałe stwierdzenie. Przez 45 minut znosi tortury przerwane dopiero dzwonkiem obwieszczającym koniec lekcji. Aż do tej chwili anglista nie może liczyć na niczyją pomoc. Na filmie znęca się nad nim sześć osób. Jednak w klasie podczas tych lekcji było trzynaścioro uczniów. Nikt nauczycielowi nie pomógł, nikt nie przerwał spirali przemocy, nie zaprotestował. Kamera rejestrowała również dźwięki – donośne ryki, obelżywe komentarze, gromki śmiech. Z pewnością niesione daleko szkolnym korytarzem. Żaden kolega anglisty ich nie usłyszał. Nie zajrzał do klasy, nie pomógł…
Zespół Szkół Budowlanych w Toruniu nigdy nie cieszył się dobrą marką. W opinii mieszkańców miasta, kompleks budynków przy ul. Legionów zarezerwowany był dla „gorszej młodzieży” – takiej, której nie powiodły się egzaminy do innych szkół, wreszcie (i przede wszystkim) dla tej, której niski poziom nauczania gwarantował bezbolesne i bezstresowe przebrnięcie przez okres edukacji. Lecz dobór negatywny nie dotyczył wyłącznie uczniów. Przed trzema laty głośna w Toruniu była sprawa wychowawcy z budowlanki, podejrzanego o seksualne molestowanie uczennicy (w tej sprawie do dziś toczy się postępowanie sądowe). Zaś uczniowie szkoły sypią przykładami wykorzystywania ich do prac remontowych w domach i mieszkaniach nauczycieli. Sam anglista, bohater szokującego filmu, nie ukrywa, że spotykał się z obojętnością kolegów z pracy, mających gdzieś jego problemy.

Szkoła nie jest już bezpieczna

Dziś wszystkie historie potwierdzające „od zawsze” złą reputację budowlanki są w Toruniu niezwykle popularne. Działają bowiem jak wentyl bezpieczeństwa, dzięki któremu ujawnione na filmie sadystyczne praktyki można przypisać co najwyżej tej jednej szkole. „Wiadomo, budowlanka… Byle jacy uczniowie, nie lepsi nauczyciele. W innych szkołach takie rzeczy się nie zdarzają”. Czy rzeczywiście? Czy obojętność i nieudolność nauczycieli z jednej strony, poczucie bezkarności i agresywność uczniów z drugiej to tylko odosobniony toruński przypadek? Niestety, zbyt wiele wskazuje, iż jest to pobożne życzenie. Szkoła bowiem przestała być miejscem bezpiecznym – zarówno dla uczniów, jaki i nauczycieli. Wystarczy przyjrzeć się policyjnym statystykom. W 2001 r. w szkołach i internatach doszło do dwóch zabójstw, 589 pobić, 46 gwałtów oraz blisko 10 tys. kradzieży i włamań. W 2002 r. zanotowano już trzy zabójstwa, 653 pobicia, 43 gwałty oraz porównywalną z poprzednią liczbę włamań i kradzieży. W samej tylko Wielkopolsce w roku szkolnym 2002/2003, odnotowano 208 rozbojów, w których 114 uczniów doznało uszczerbku na zdrowiu.
Los, jaki spotkał toruńskiego anglistę, jest przerażający, lecz nie wyjątkowy. 1 lutego br. Sąd Okręgowy w Koninie skazał 17-letniego nazi-skina na 3,5 roku pozbawienia wolności za pobicie ciężkim metalowym narzędziem nauczyciela ze swojej szkoły. Kilka miesięcy temu bełchatowska policja zatrzymała dwóch pijanych nastolatków, którzy pobili nauczyciela na boisku podstawówki. Wychowawcy dostało się, gdyż zażądał, by młodzieńcy nie dręczyli młodszych dzieci grających w piłkę. W odpowiedzi został uderzony w twarz i klatkę piersiową, a następnie przewrócony i skopany. Napastnikami byli 16-letni uczeń tej szkoły i jego o rok młodszy kolega. W zeszłym roku 23-letni student Politechniki Gdańskiej zabił siekierą asystenta i ciężko ranił profesora. Wszystko dlatego, że wykładowcy złapali go na ściąganiu i nie zdał egzaminu. W 2001 r. w Ostrzeszewie 17-latek sterroryzował pistoletem nauczyciela historii. Dwa lata wcześniej 14-latek z Miastka na lekcji fizyki pobił nauczycielkę. W sumie prawie 20% nauczycieli przyznaje, że oni lub ich koledzy zostali w grubiański sposób obrażeni, a ponad 10% – że oni sami lub ich koledzy po fachu byli szykanowani albo zastraszani przez uczniów.

Marker wsadzony w odbyt

Od agresji nie stronią również nauczyciele. 27-letni Rafał z Torunia do dziś nie może wykasować z pamięci „plaskacza” z otwartej dłoni, jakiego przed laty (na pierwszych zajęciach z religii prowadzonych w szkole) otrzymał od księdza katechety za to, że żuł na lekcji gumę… Przerażające, lecz nie tak jak zdarzenie z Czarnej Białostockiej, gdzie w 2001 r. nauczycielka zraniła nożem ucznia szkoły podstawowej – 11-latek wykrwawił się na śmierć. Krystyna Kmiecik-Baran, psycholog społeczny, zwraca również uwagę na inną, mniej drastyczną płaszczyznę nauczycielskiej agresji. Jak wynika z jej badań, 60% młodych ludzi uważa, że jest psychicznie nękanych przez wychowawców. Ośmieszanie epitetami typu: „Ty matole!”, „Ty głupku!”, wyrzucanie z zajęć, karne pompki i przysiady to jedne z wielu metod psychicznego terroru, same zresztą prowokujące – jako reakcję zwrotną – uczniowską agresję. Jednak choć szczególnie niepokojące, to nie agresywne relacje na linii nauczyciel-uczeń stanowią istotę przemocy za murami szkoły. Największym zagrożeniem dla ucznia jest bowiem jego szkolny kolega.
14-letni Tomek z Gimnazjum nr 2 w Malborku nie chciał dać papierosów dwóm rówieśnikom. Za pierwszym razem pogrozili mu i odeszli. Gdy po raz kolejny usłyszeli odmowną odpowiedź, zebrali 20 chłopaków i zbili Tomka tak dotkliwie, że wylądował w szpitalu. Zagrozili również, że rozprawią się z nim w podobny sposób, jeśli powiadomi policję.
– Kiedyś jeden chłopak chciał ze mną chodzić – wspomina Ada, tegoroczna absolwentka Gimnazjum nr 11 w Olsztynie. – Jak się nie zgodziłam, najpierw mnie wyzwał, a później pobił na boisku przy szkole.
– Mieliśmy kolegę, którego maltretowała cała klasa – opowiada uczennica LO im. Kazimierza Wielkiego w Warszawie. – Seksualnie też. Na przerwach ludzie ciągnęli go za narządy. A raz, na wf., wsadzili mu marker w odbyt.

Wyznanie śmierdzącego kota

Podobne przypadki szkolnej przemocy nie są incydentami. Polskie szkoły od lat toczy zjawisko fali – prześladowania młodszych uczniów, tzw. kotów, przez starszych kolegów. Najczęściej ma to charakter tortury psychicznej, gdy od dziecka żąda się deklaracji typu „jestem śmierdzącym kotem” albo – jak ostatnio miało to miejsce w gimnazjach w Chełmnie – noszenia domalowanych markerem wąsów. Kiedy indziej przybiera postać kradzieży czy wyłudzenia, gdy młodym „rekwiruje” się gadżety bądź zmusza się ich do przynoszenia „fantów” – papierosów, alkoholu lub słodyczy. Fala to jednak również fizyczne znęcanie się nad młodszymi – od bicia dłonią po karku począwszy, przez płukanie głowy w klozecie, na regularnym skopaniu skończywszy.
Fala przywędrowała do szkół z wojska i zakładów karnych. Jeszcze na początku lat 90. dotyczyła wyłącznie męskich internatów. Minęło kilka lat i rozlała się także na szkolne korytarze, nie omijając podstawówek ani gimnazjów. I choć nadal policyjne statystyki wskazują, że w pojedynczej placówce notuje się rocznie dwa, trzy zdarzenia kryminalne, u podłoża których leży fala, dziś tylko nieliczni dyrektorzy chowają głowę w piasek, twierdząc, że ich szkoły to nie dotyczy (co wcale nie oznacza, że starają się temu zjawisku przeciwdziałać). Fali bowiem na pierwszy rzut oka nie widać. Socjologowie mówią o jej podskórnej obecności – że choć dynamiczna i powszechna, publiczna staje się dopiero w sytuacjach ekstremalnych, np. gdy dochodzi do dotkliwego pobicia. Na co dzień chowa się po szkolnych ubikacjach, szatniach czy na boisku. Skrytość fali”- o czym kilka dni temu przekonali się nauczyciele, rodzice i dziennikarze z Przemyśla – potęguje fakt, że jej ofiary wolą milczeć. Zastraszone przyjmują argumentację, że jeśli wydadzą oprawców, ucierpią z przez nich jeszcze bardziej.

Portret młodego agresora

Szkoła utraciła przypisywane jej niegdyś funkcje wychowawcze – w świetle powyższych faktów to stwierdzenie nie wymaga dodatkowych uzasadnień. W zamian stała się polem agresywnych poczynań skupionych w jej murach osób. Dlaczego? Szukając odpowiedzi, spróbujmy najpierw naszkicować charakterystykę młodych gniewnych, niestroniących od używania przemocy. Zdaniem Dana Olweusa, profesora psychologii z norweskiego Bergen, młodzi agresorzy charakteryzują się impulsywnością oraz silną potrzebą dominowania nad pozostałymi. Mają pozytywny stosunek do przemocy i nie wykazują empatii wobec ofiar agresji. Większość z nich to chłopcy. Dziewczęta stosują bardziej subtelne sposoby nękania: oszustwo, plotkarstwo czy manipulowanie związkami przyjaźni. Sprawiają wrażenie pewnych siebie, lecz pod warstwą zewnętrzną z reguły są osobami niespokojnymi i niepewnymi.
Agresorzy nigdy nie działają sami. Tak było również w toruńskim technikum. Starają się skupić wokół siebie grupę osób.
– Ta bowiem daje im poczucie siły, a zarazem rozmywa odpowiedzialność – twierdzi Wojciech Dziewanowski, dyrektor Zespołu Szkół Ogólnokształcących w Otwocku. Jego zdaniem, młodzi agresorzy w pojedynkę są malutcy. Wbrew utartym schematom, prowodyr agresywnej grupy nie musi pochodzić z nizin społecznych. Jak wynika z przeprowadzonych przed trzema laty badań, 42% dzieci ulicy – którymi zajmuje się Krajowy Komitet Wychowania Resocjalizującego – pochodziło z rodzin patologicznych, jednak aż 58% z rodzin uważanych za normalne. Tym, co je łączyło, była emocjonalna bezdomność – brak zainteresowania ze strony najbliższych bez względu na ich status społeczno-ekonomiczny.
– Nie da się rozpoznać agresora czy prowodyra grupy po wyglądzie lub zachowaniu – twierdzi Magdalena Fijałkowska, pedagog szkolny największego gimnazjum w Żorach. – Po roku pracy, kiedy poznam uczniów, mogę określić, kto mógłby zostać przywódcą grupy. Często osoby wyzywające, szokująco ubrane są po prostu nieśmiałe i maskują to strojem. Prowodyrami bywają uczniowie, po których nikt by się tego nie spodziewał.

Myślą, że to normalne

Dlaczego sięgają po przemoc? W opinii prof. Heliodora Muszyńskiego, wieloletniego dyrektora Instytutu Nauk Edukacyjnych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zachowania agresywne mają różne korzenie i postacie.
– Bodaj najpowszechniejsza to agresja w efekcie wcześniejszych krzywd i poniżeń – mówi prof. Muszyński. – Niekochane dziecko, odczuwające odrzucenie emocjonalne, a często doświadczające agresji fizycznej ze strony rodziców, nabiera wrogości do świata i innych ludzi. Prowodyrami agresywnych grup są zwykle tacy właśnie ludzie.
Zdaniem profesora, powszechna jest również agresja wyuczona. – Jeśli w środowisku coś uważa się za dopuszczalne lub normalne, na przykład przemoc w rodzinie lub grupie rówieśniczej, to osoba przejmuje takie wzorce zachowania, uznając je za własne – tłumaczy. – Stąd biorą się studenci zastraszający wykładowców, bo taka metoda okazała się skuteczna już wcześniej, w szkole średniej bądź w rodzinie.
– Poszukiwanie przyczyn zachowań destrukcyjnych trzeba rozpocząć od rodziny – przekonuje na łamach miesięcznika „Wychowawca” psycholog Teresa Król. – Z wielu badań wynika, że agresja dzieci często wywodzi się z nieprawidłowych układów życia rodzinnego. Eskalacji przemocy sprzyjają dwa skrajne modele wychowania: autorytatywny rygoryzm i nadmierny liberalizm. Nabyte w rodzinie doświadczenia – instrumentalne traktowanie osób, agresywny sposób kontaktowania się – są przenoszone do takich zbiorowości jak klasa szkolna i grupa rówieśnicza.
– Ojciec od dziecka mnie bił, matka krzyczała – wyznaje Ola, uczennica LO Kąt w podwarszawskim Aninie. – Myślałam, że to normalne. I stąd się wziął mój odruch. Ktoś coś powiedział, choćby dla kawału, brałam to do siebie, myślałam: „pojechał po mnie”. Tak tłukłam, że wychodził ledwie żywy.

Bić i poniżać bez potrzeby

Wśród młodych ludzi niezmiernie popularna jest także agresja, traktowana jako wyzwanie ku innym, a zarazem metoda walki o pozycję.
– Młodzież zachowuje się agresywnie, by zdobyć władzę i dominować – precyzuje prof. Muszyński. – W grupach skutkuje to presją na przyjęcie agresywnych wzorców, w myśl zasady: „kto nie z nami, ten przeciw nam”. Według badań amerykańskich, inspiratorzy linczów to z reguły dwoje, troje prowodyrów. Reszta grupy podchwytuje prowokację, niejako zarażając się agresją lub dostosowując się do zasad panujących w grupie.
Szkolna agresja może być również przejawem lęków egzystencjalnych, a ściślej – odreagowaniem obawy przed wejściem w dorosłość. Zdaniem prof. Muszyńskiego, wydarzenia w toruńskim technikum znakomicie ilustrują stan ducha panujący we wszystkich szkołach typu zawodowego. Otóż do liceów uczęszcza młodzież wyselekcjonowana, przeznaczona do „lepszego życia” – z aspiracjami, by pójść na studia, zdobyć prestiżowy zawód itp. Tymczasem uczeń zawodówki jako wizję własnej przyszłości ma bezrobocie, w najlepszym razie niskopłatną pracę, najczęściej na czarno. To tylko wzmaga jego frustrację, której rozładowania szuka w agresji.
Z tym twierdzeniem zgadza się Piotr Mikiewicz, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, który pisze rozprawę doktorską pt.: „Społeczny świat szkoły – trajektorie marginesu, trajektorie elit”. – Dzisiejsza młodzież to trzy odmienne światy – mówi młody naukowiec. – Pierwszy to elity – licea z wyższej półki, idylla, o której czytamy w raportach „Perspektyw”. Drugi to średnie licea i technika, a trzeci – szkoły zawodowe. Te ostatnie to świat marginesu, gdzie tworzy się kultura oporu wobec szkoły. Wyraża się ona w podważaniu wagi i sensu uczenia się, co owocuje odmówieniem nauczycielom prawa do oceniania i narzucania porządku. W tych okolicznościach rodzi się opozycja między wychowawcami a uczniami, walka o narzucenie dominacji, ustalenie, kto tak naprawdę rządzi w szkole.
– Nauczyciel musi być naprawdę silny, by sprostać takiej sytuacji – dodaje Mikiewicz.

Pedagodzy bez ambicji

Lecz wcale nie jest tak, że szkolna przemoc omija licea.
– Agresja i niesubordynacja to coraz większy problem również w liceach – przyznaje Wojciech Dziewanowski. – Młodzież przekracza dzisiaj granice, które kiedyś były nieprzekraczalne, nie słucha nauczycieli, nie reaguje na ich upomnienia, grozi. Zdarza się, że pół lekcji traci się na użeraniu z jakąś grupą klasową.
Zdaniem Wiesława Kołaka, prezesa Krajowego Komitetu Wychowania Resocjalizującego, winą za toczącą szkoły agresję w dużym stopniu można obarczyć samych pedagogów. W jego opinii, w Polsce od lat mamy do czynienia z naborem negatywnym do zawodu nauczyciela, którego status, także finansowy, nie spełnia ambicji wielu ludzi. W szkołach lądują więc ci, którym się nie udało znaleźć innego zajęcia. Tymczasem hierarchię społeczną w dużym stopniu wyznaczają zarobki. Uczeń czy student wychowany w kulcie sukcesu nie będzie szanował tych, którym, jego zdaniem, nie powiodło się w życiu.
– Kolejną sprawą jest bark weryfikacji nauczycieli – dodaje Wiesław Kołak. – Nie ma rzetelnej kontroli, czy dany człowiek umie poradzić sobie z trudniejszą młodzieżą. A z reguły nie jest w stanie, bo trafił do szkoły z przypadku…
Tymczasem to właśnie nauczyciele mający trudności z utrzymaniem dyscypliny w klasie prowokują uczniowską agresję. Tak właśnie było z toruńskim anglistą. „Bo on nas tak nakręcał. Tym, że nie mógł sobie z nami poradzić”, mówił dziennikarzom jeden z oprawców.
– Relacja nauczyciel-uczeń nigdy nie polegała na szacunku i zrozumieniu, zawsze na przewadze nauczyciela – mówi prof. Heliodor Muszyński. – Do niedawna uczeń znosił to potulnie, a agresję sublimował, pozwalając sobie co najwyżej na zrobienie karykatury czy wyzwanie nielubianego nauczyciela. Dziś zaczął się bronić i odkrył, że nauczyciel wcale nie jest taki silny. Że można go zastraszyć i wygrać.

Zero tolerancji dla agresji

Co zatem począć, by, przynajmniej częściowo, rozwiązać problem puchnącej od agresji szkoły? Połowa nauczycieli przyznaje, że podnosi głos lub krzyczy, gdy nie radzi sobie z uczniami (patrz: tabelka). Część woła na pomoc silniejszych uczniów z klasy (1,5%) lub grozi wezwaniem policji (4%). Do stosowania kar fizycznych przyznaje się 3% pedagogów. Czy nauczyciel powinien sięgać po rozwiązania siłowe?
Zdaniem prof. Heliodora Muszyńskiego, agresywny 14-17-latek jest już za stary, by na nowo wychowywać go w duchu tolerancji.
– Tutaj zastosowałbym politykę zera tolerancji dla agresji – radzi Muszyński. – Natomiast zalecałbym zdecydowany nacisk na początkowe klasy. Niestety, zaniedbujemy je. W polskiej podstawówce przez pierwsze trzy lata dzieci mają 15 godzin lekcyjnych tygodniowo. Gdzie czas na stworzenie więzi ucznia z nauczycielem lub działania wychowawcze? Szkoła stała się jedynie miejscem odbębnienia lekcji, zarówno dla uczniów, jak i nauczycieli. Nie zajmujemy się organizowaniem życia dzieciom w żadnym stopniu! A przecież moglibyśmy choć trochę skorygować ich negatywne doświadczenia z domów i środowisk rówieśniczych. By to zrobić, należy zwiększyć pensum godzin. Obecnie wynosi ono 18 godzin, gdy w Niemczech aż 26. W Australii nauczyciel musi być w szkole od godz. 9 do 15, bez względu na to, czy ma lekcje, czy nie.
Czy tak się stanie, zobaczymy. Na razie MENiS jest chyba w nie mniejszym szoku niż reszta społeczeństwa. I trudno się temu dziwić. Polskie szkoły jako miejsca kipiące agresją – świadomość tego rzeczywiście poraża. Tym bardziej że sprawa toruńska podziałała jak zapalnik powodując prawdziwą eksplozję doniesień i publikacji na temat szkolnej agresji. „W zęby na długiej przerwie”, „Fala przemocy w szkołach”, „Tortury na lekcjach”, „Biją nie tylko w budowlance” – to jedynie niektóre tytuły z różnych lokalnych dzienników. Kolejne dowody demaskujące powszechność zjawiska szkolnej agresji.
Rzetelność wymaga jednak, byśmy stwierdzili, że mimo wszystko nie jest aż tak źle. Jak trzeźwo zauważył jeden z internautów komentujący teksty o zdarzeniach w toruńskim technikum, jeszcze nie doszło w Polsce do dramatu rodem z „Zabaw z bronią”. „Nikt nie wymachuje gnatem, nie rozwala połowy klasy i pokoju nauczycielskiego, a potem strzela sobie w łeb. Pamiętajmy o tym, oceniając nasze szkoły”.
Rzeczywiście, daleko nam do amerykańskich realiów, co bynajmniej w tym przypadku nie oznacza nic złego. Lecz czy na długo? Dramat z Torunia i towarzyszący mu powszechny szok mogą wywołać silne potępienie społeczne dla przemocy, a wraz z nim chęć ostrego trzymania w ryzach młodzieży. Z drugiej jednak strony, uczniowie zobaczyli w mediach, jak dalece można się stawiać i jak brutalnie atakować. Czy część z nich nie zechce tego spróbować? A może znajdą się tacy, którzy pójdą dalej…

Współpraca Karolina Monkiewicz-Święcicka, Edyta Gietka


PODWÓJNA LITOŚĆ
Jako spowiednik obserwuję głęboką frustrację młodego pokolenia. Oni są samotni
– ks. salezjanin Piotr Sosnowski

– Jaka była pierwsza reakcja księdza na wydarzenia w Toruniu?
– Kiedy zobaczyłem film, poczułem podwójną litość. Z jednej strony, litość nad młodymi ludźmi, a z drugiej, nad bezradnością nauczyciela.
– Czy ci młodzi ludzie są źli, bo zła jest „wychowująca” ich szkoła?
– To nie tak. Bardzo często rozmawiam z młodymi ludźmi przebywającymi w zakładach poprawczych. To utwierdza mnie w przekonaniu, że ich tragedia zaczyna się w domu. Wyniesioną z domu frustrację kompensują sobie w szkole. Pamiętajmy o jednym. Rodzina rozwiąże problemy szkolne. Szkoła natomiast nie rozwiąże problemów w rodzinie. Jako ksiądz spowiednik obserwuję głęboką frustrację młodego pokolenia. Zauważam u tych ludzi brak sensu życia. Są samotni. Mój kolega pracuje w telefonie zaufania. Kiedy zapytałem go, z jakimi problemami dzwonią młodzi ludzie, odpowiedział, że dzwonią, bo czują się niezwykle samotni. W domu nie mają z kim porozmawiać, wyżalić się, poradzić. Może dlatego tak chętnie asymilują się z grupą rówieśniczą. Tu czują się poważani i potrzebni.
– Jak walczyć z taką agresją?
– Zamykanie tych ludzi w poprawczakach i więzieniach nie rozwiąże problemu. Nie wyeliminuje bowiem źródła takich postaw. Potrzebna jest działalność prewencyjna. Ważną rolę do odegrania mają również media. W dużej mierze od nich zależy, jakie postawy będą promowane. Dzisiaj przeraża brutalizacja życia. Jest ono jak gra komputerowa. 12-letni chłopiec, który spędza dziennie przed komputerem 11 godzin, opowiadał mi, że w nocy śni mu się, że biega po mieście i strzela do ludzi!
– Dlaczego tak zachowywała się cała klasa? Jak tłumaczyć zmowę milczenia grona pedagogicznego?
– W tym przypadku zadziałała psychologia grupy. Może mieć ona pozytywny aspekt, kiedy wszyscy starają się robić coś dobrego, wzajemnie się motywują. Lecz może też przybrać, tak jak w Toruniu, postać negatywną. Zapewne część klasy bała się wyłamać. A postawa nauczycieli? Cóż, a dlaczego nikt nie reaguje, kiedy na naszych oczach ktoś bije drugiego człowieka? Boimy się, zaś przestępca to wykorzystuje.
Tomasz Sygut


MOŻE SIŁĄ?
Nauczyciel nie zna swoich praw jako człowiek, a zagłuszany ciągłym trąbieniem o prawach dziecka, boi się reagować
– dr Jan Tatarowicz z Centrum Metodycznego Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej.
– Wyniki badań Centrum Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej wskazują, że 3,5% nauczycieli jest zastraszanych, a 6% obrażanych. To dużo?
– Gdy weźmiemy pod uwagę, że jest ich 600 tys., to znaczna liczba. A być może jest ona nawet 10-krotnie większa, bo w badaniach zabrakło tzw. młodzieży spadkowej, czyli zawodówek, grupy najmniej wyrobionej kulturalnie.
– Zajmował się pan też badaniami agresji w szkołach polskich i niemieckich? Czy są różnice?
– Niemcy mieli etap restrykcyjny trochę wcześniej niż my. Zrodził się na podłożu narodowościowym (zwalczanie cudzoziemców i konflikty młodzieży byłego RFN i NRD). Dziś policjanci nie przychodzą do tamtejszych szkół, bo nie muszą. Agresję tłumi się profilaktyką, m.in. dlatego, że niemieccy nauczyciele są lepiej wykształceni metodycznie i wychowawczo niż nasi, kończą paroletnie studia pedagogiczno-psychologiczne, a nie kilkugodzinne fakultety. Poza tym kultura niemiecka jest bardziej rygorystyczna, a władza samorządowa i oświatowa ściśle ze sobą współpracują.
– Badania nad agresją, na które się powołujemy, zostały przeprowadzone pięć lat temu. Czy dziś wyglądałyby gorzej?
– Przede wszystkim dotyczyły jeszcze czasów ośmioletnich podstawówek, a te dawały możliwość większej kontroli nad dziećmi. Gimnazja muszą sobie radzić z ogromną zbieraniną podrośniętej już młodzieży z różnych szkół, a zatem i z kumulacją trudności wychowawczych.
– O cudowne dzieci trudno w warunkach wolności, demokracji…
– Dlatego w centrum uczymy wychowawców podstawowych prawnych interwencji kryzysowych, np. jak zareagować na oplucie przez ucznia. Nauczyciel, niestety, nie zna swoich praw jako człowiek, a zagłuszany ciągłym trąbieniem o prawach dziecka boi się reagować. I tak znów otwarte jest pytanie o możliwość stawiania fizycznego oporu, czy nie należy jednak bronić się siłą.

Edyta Gietka


KARA DLA OPRAWCÓW
– Wiemy, że zrobiliśmy źle, i zasługujemy na karę. Jest nam przykro. Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Nasz dramat powinien być przestrogą dla innych uczniów, że tak robić po prostu nie wolno. Przepraszamy tego pana – publicznie oświadczył w imieniu reszty kolegów jeden z uczniów znęcających się nad anglistą z Torunia. Kilkanaście godzin później rada pedagogiczna toruńskiego technikum podjęła decyzję o usunięciu sześciu osób z listy uczniów. Dwie ukarano przeniesieniem do innej szkoły, a kolejne cztery utratą przywilejów uczniowskich. Lecz to nie jedyne konsekwencje, jakie ponieśli nastoletni oprawcy. Na wniosek toruńskiej prokuratury rejonowej policja wszczęła w tej sprawie postępowanie z urzędu. Dotyczy ono artykułu 191 kodeksu karnego, czyli zmuszania przemocą lub groźbą do określonego zachowania. Doniesienie o naruszeniu nietykalności cielesnej złożył także maltretowany nauczyciel, choć uczynił to dopiero po namowie policji. Młodym bandytom grozi kara do trzech lat pozbawienia wolności.


AGRESYWNE NIE OD DZIŚ
Andrzej Siemaszko przeprowadził badania agresji szkolnej w latach 1979-1981. 57% uczniów na wsi i 62,7% w Warszawie przyznało się wówczas do pobicia kolegi. Kiedy w latach 1994-1995 przeprowadzono kolejne badania, okazało się, że agresja w szkole jest coraz większa i rośnie trzykrotnie szybciej w szkołach ponadpodstawowych niż w podstawówkach. Procentowy udział nieletnich wśród osób karanych wzrósł z 8,3% w 1984 r. do 15,7% w roku 1995.
Według badań Janusza Surzykiewicza, opublikowanych w 1998 r., 44,4% uczniów utrudniało nauczycielom prowadzenie lekcji. 0,8% uczniów przyznało się do tego, że zdarzyło im się uderzyć nauczyciela, 2,6%, że mu groziło, a aż 12,5%, że używało wulgarnych słów w stosunku do nauczycieli. Choć prawie połowa uczniów nie doświadczyła agresji ani przemocy ze strony kolegów, aż 30% było jej ofiarą kilka lub kilkanaście razy. 13,4% brało udział w zbiorowym biciu lub poniżaniu innych uczniów. Co siódmy, ósmy uczeń był ofiarą przemocy ze strony nauczyciela.

 

Wydanie: 38/2003

Kategorie: Kraj

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy