Wojny zbożowe

Wojny zbożowe

700 dol. za tonę pszenicy i głód w Afryce. Taki może być efekt uboczny wojny w Ukrainie, jeśli Europa sobie nie poradzi Najwięksi światowi producenci pszenicy

„Prawie 25 mln ton zboża utknęło obecnie w Ukrainie i nie może opuścić kraju z powodu blokady portów morskich i problemów infrastrukturalnych”, twierdzi Josef Schmidhuber, cytowany przez magazyn „Fortune” ekonomista Organizacji Narodów Zjednoczonych Wyżywienia i Rolnictwa (FAO). Od początku konfliktu ostrzegają również inni eksperci.

Już na początku marca główne ukraińskie porty na Morzu Czarnym – Odessa, Mariupol i Berdiańsk – zostały zablokowane przez marynarki wojenne Rosji i Ukrainy. W czasach pokoju eksportowano tą drogą 75% miejscowej pszenicy do krajów Bliskiego Wschodu i Afryki.

Do tych problemów dodać należy wstrzymanie eksportu pszenicy przez Indie, ograniczenia nałożone na Federację Rosyjską oraz przyjęty przez Chiny zakaz eksportu tego zboża. W efekcie mieszkańcom wielu afrykańskich krajów głód zajrzał w oczy.

Dramat jest tym większy, że w ubiegłym roku zbiory głównych zbóż na świecie były niezłe, a w ukraińskich, rosyjskich, chińskich, indyjskich i europejskich magazynach jest pszenica. Tymczasem na skutek wojny w Ukrainie i sankcji wprowadzonych przez kraje zachodnie wobec Kremla milionom ludzi grożą głód, wojny domowe i migracje.

Mykoła Solski, minister polityki rolnej i żywności w obecnym rządzie Ukrainy, przewiduje, że późną jesienią za tonę pszenicy trzeba będzie zapłacić 700 dol. Dziś jej cena na Chicago Mercantile Exchange wynosi ok. 430 dol. To świetna wiadomość dla spekulantów i fatalna dla mieszkańców Libanu, Libii, Tunezji, Somalii oraz innych państw afrykańskich. Zachód, który zapowiada pomoc i szuka pieniędzy, musi też znaleźć sposób, by wywieźć pszenicę z Ukrainy. A coraz więcej polityków, ekonomistów i dziennikarzy powtarza, że „czasy taniej żywności minęły”. Zaczęły się prawdziwe „wojny zbożowe”.

41 dni w kolejce na granicy

Komisja Europejska świetnie zdaje sobie sprawę z zagrożeń, które pojawiły się w związku z kryzysem na rynku zbóż, Josep Borrell, wysoki przedstawiciel Unii ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa, oświadczył, że Unia powinna pomóc Ukrainie opróżnić magazyny ze zbożem. Dlatego KE zabrała się do opracowania planu ratunkowego, lecz musi minąć trochę czasu, nim zacznie on być realizowany. Na razie sytuacja jest fatalna.

11 maja ukraiński portal Rail.insider opublikował informację, że na przejściu granicznym z Rumunią Vadul-Siret-Dornești w obwodzie czerniowieckim tiry na odprawę czekają 41 dni. W kolejce stało 4719 pojazdów, z których 3282 były wyładowane pszenicą.

Na granicy ze Słowacją jest lepiej – na przejściach Czop-Čierna nad Tisou oraz Użhorod-Maťovce trzeba stać 16-17 dni. Podobna sytuacja jest na granicy z Polską. Różnice wynikają z tego, że z Humania w centralnej Ukrainie do rumuńskiego portu w Konstancy ciężarówki mają do pokonania ok. 1 tys. km po względnie bezpiecznej trasie, podczas gdy do portu w Gdyni – 1,5 tys. km.

Łącznie w połowie maja w kolejkach na zachodnich granicach Ukrainy stało ponad 31 tys. tirów i dla wszystkich jest jasne, że transport drogowy nie rozwiąże problemu eksportu ukraińskiej pszenicy. Potrzebne są inne rozwiązania.

Niemiecki minister rolnictwa Cem Özdemir powiedział w jednym z wywiadów, że kraje unijne szukają sposobów, by wywieźć pszenicę drogą kolejową i rzeczną – Dunajem. Nie będzie to łatwe, gdyż rozstaw torów w Ukrainie jest inny niż w krajach europejskich. Poza tym część ukraińskich linii kolejowych została zniszczona przez rosyjskie lotnictwo i ostrzał rakietowy. Nie wspominając o tym, że pierwszeństwo należy się transportom paliwa, amunicji i uzbrojenia. Wagony z pszenicą szybciej dojadą do granicy, jeśli skład ma specjalną przepustkę.

A gdy już znajdą się na stacji końcowej, ziarno musi zostać przeładowane do wagonów z europejskim rozstawem kół. Wojna ujawniła, że na stacjach granicznych po ukraińskiej stronie brakuje urządzeń, które mogłyby przyśpieszyć ten proces. Trudno temu się dziwić, w przeszłości koleją wywożono z Ukrainy śladowe ilości pszenicy, więc nikt nie sądził, że jakieś urządzenia przeładunkowe będą potrzebne.

Komisja Europejska wyasygnowała już środki na zakup specjalnych ładowarek i taśmociągów, które mają poprawić sytuację na zachodnich przejściach granicznych Ukrainy. Na razie bez odpowiedzi jest pytanie, czy najpierw PKP Cargo poradzi sobie z koniecznością przewiezienia znacznie większych niż dotychczas ilości pszenicy. A potem, czy polskie porty sprostają wyzwaniu. Wszak nie są z gumy.

Opróżnić magazyny przed żniwami

Już pojawiły się oferty z Kłajpedy i Rygi, która po rezygnacji Rosji z usług przeładunkowych ma sporo wolnych mocy. Podobnie jak koleje łotewskie, które także muszą sobie radzić z rosyjskim bojkotem. Niestety, oznacza to wzrost kosztów i wydłużenie terminów dostaw.

W przypadku skorzystania z oferty Litwy i Łotwy ukraińscy pośrednicy będą musieli zaoferować znaczne upusty w cenach, by wszyscy mogli na handlu zbożem zarobić.

Poszukiwane są też inne rozwiązania. W zachodnich mediach pojawiły się spekulacje o poufnych rozmowach z Rosją na temat zdjęcia blokady morskiej portu w Odessie. W zamian Zachód miałby zaoferować złagodzenie sankcji. Gdyby tak się stało, z pewnością udałoby się opróżnić ukraińskie magazyny przed tegorocznymi zbiorami.

Lecz jeśli nawet Kreml zgodziłby się na takie warunki, nie wiadomo, jak by zareagował na wiadomość, że amerykańskie, brytyjskie lub tureckie trałowce mają się zająć rozminowaniem podejść do odeskiego portu. O oczyszczenie z min Morza Czarnego już w kwietniu do obu stron bezskutecznie apelowała Międzynarodowa Federacja Pracowników Transportu.

W ocenie Moskwy nie ma żadnych powodów, by pomagać Ukrainie i jej zachodnim sojusznikom. Zwłaszcza że oskarżają oni Rosjan o wszystkie możliwe zbrodnie, w tym o rabunek 500 tys. ton zbóż z silosów, które znajdowały się na zajętych przez nich terenach obwodów chersońskiego, zaporoskiego i mikołajewskiego.

W połowie maja CNN informowała o rosyjskim masowcu „Matros Pozynich”, który miał transportować ukradzione w Ukrainie zboże do Egiptu. Władze tego kraju nie wpuściły statku do portu w Aleksandrii, więc popłynął do Bejrutu, ale i tam mu podziękowano. Ostatecznie zawinął do syryjskiego portu Latakia. Amerykanie podejrzewają, że zboże z „Matrosa Pozynicha” zostanie w nim przeładowane na inne jednostki i sprzedane.

Ukrainę jako kraj spoza Unii Europejskiej obowiązują surowsze zasady, jeśli chodzi o normy fitosanitarne i dokumentację wymaganą na granicach z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią. 16 maja br. odbyły się w Warszawie czterostronne rozmowy z udziałem wicepremiera, ministra rolnictwa i rozwoju wsi Henryka Kowalczyka, ministra polityki rolnej i żywności Ukrainy Mykoły Solskiego, sekretarza rolnictwa USA Toma Vilsacka oraz komisarza UE ds. rolnictwa Janusza Wojciechowskiego. Na zakończenie ministrowie Kowalczyk i Solski podpisali wspólne oświadczenie o ułatwieniach w eksporcie ukraińskiego zboża. – Przewidziane w oświadczeniu działania znacznie przyśpieszą i zwiększą eksport zboża, co w tej chwili jest dla nas priorytetem – oświadczył minister Solski.

Strona polska zobowiązała się do rewizji (czytaj: zmniejszenia) wymagań dotyczących kontroli fitosanitarnej tranzytowych ładunków zboża z Ukrainy. Ma to zwiększyć możliwości przewozu zboża przez nasz kraj. Obiecano też skierowanie na przejścia graniczne dodatkowych inspektorów fitosanitarnych, by przyśpieszyć odprawę ładunków.

Minister Kowalczyk zapewniał, że nasze porty – Gdańsk, Gdynia, Szczecin i Świnoujście – są w pełni przygotowane do obsługi ładunków ukraińskich i mogą stanowić alternatywę dla zablokowanych przez Rosjan portów mórz Azowskiego i Czarnego. Czasu zostało niewiele. Za dwa miesiące w Ukrainie rozpoczną się żniwa i będą potrzebne przestrzenie magazynowe, które dziś są pełne zboża z ubiegłego roku.

Między nami partnerami

Rosjanie i Ukraińcy dobrze znają przysłowie „Komu wojna a komu mat’ rodna”, które znaczy, że dla jednych wojna to śmierć, strach, łzy i zniszczenie, a dla drugich okazja, by się wzbogacić.

To dzieje się na naszych oczach. Poza pszenicą Ukraina jest światowym liderem w produkcji ziaren słonecznika – rocznie zbierało się tam ponad 15 mln ton. Zbiory rzepaku to ponad 3 mln ton, a soi 3,5 mln ton.

Po utracie Krymu oraz części obwodów donieckiego i ługańskiego, a następnie wprowadzeniu przez Rosję embarga na import ukraińskich wyrobów przemysłu maszynowego, chemicznego itp., w bilansie handlowym kraju wzrosło znaczenie produkcji rolnej, która szybko znalazła rynki zbytu w Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Europie. Bardzo dobre gleby i tania siła robocza sprawiły, że cena ukraińskich produktów rolnych okazała się konkurencyjna. Problem w tym, że Ukraina eksportuje głównie produkty nieprzetworzone. Na przykład przed wybuchem wojny wartość eksportu oleju rzepakowego wynosiła ok. 120 mln dol., a eksportu ziarna rzepaku – 1,3 mld dol. W przypadku oleju sojowego było podobnie – ukraińscy eksporterzy oleju uzyskiwali 241 mln dol., a eksporterzy ziaren soi – 1,2 mld dol.

Mało kto był zainteresowany inwestycjami w przetwórstwo produktów rolnych. Tak popularne w krajach Unii Europejskiej, w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii dopłaty do rolnictwa są w Ukrainie śmiesznie niskie. Dziś to się mści. Bo poza rynkiem pszenicy, o której mówią wszyscy, wojna miała wpływ na rynki olejów – słonecznikowego, rzepakowego i sojowego. W Polsce tego nie odczuwamy, bo nasze rolnictwo świetnie sobie radzi, lecz na południu Europy, a nawet w Niemczech zaczęły być odczuwalne kłopoty z podażą oleju słonecznikowego.

Wszystko to sprawia, że pojawiły się osoby i firmy, które chcą zarobić na chaosie wywołanym na rynkach produktów rolnych wojną w Ukrainie. Deficyt dotyczy nie tylko pszenicy, ziaren soi, słonecznika i rzepaku, lecz także wagonów kolejowych i ciężarówek, możliwości szybkiego przekroczenia granicy, załatwienia transportu morskiego oraz, co najważniejsze, gwarancji, że umówiona kwota wpłynie na konto bankowe sprzedawcy.

Ci, którzy będą w stanie rozwiązać wszystkie te problemy, mogą liczyć na wyjątkowo wysokie zyski. Chodzi nie tylko o ukraińskich, ale również rosyjskich sprzedawców.

Rosja w ubiegłym roku wyeksportowała ponad 36 mln ton pszenicy. Dziś rosyjskie masowce nie są wpuszczane do europejskich portów. Pieniądze będące zapłatą za dostarczone zboże mogą zostać zablokowane na rachunkach bankowych, a następnie zamrożone, jak luksusowe jachty rosyjskich oligarchów. Dziś w handlu międzynarodowym nikt niczego nie może być pewny. Nim nowe szlaki dostaw i przepływy środków zostaną sprawdzone, minie trochę czasu. Którego bardzo brakuje mieszkańcom wielu afrykańskich krajów.

Nie tylko Ukraina, lecz cała Europa liczy na nasz kraj, przez który mają popłynąć miliony ton pszenicy, ziaren soi, rzepaku i słonecznika. Część zostanie nad Wisłą, co z pewnością nie uraduje naszych rolników. Ukraińska pszenica będzie przecież tańsza od polskiej. Ale może dzięki temu cena bochenka chleba w Polsce nie przekroczy zimą bariery 10 zł?

Włosi, Francuzi i Hiszpanie wiedzą, że jeśli ziarno na czas nie trafi do Afryki Północnej, krajów Sahelu i dalej, na południe Afryki, przyjdzie im zmierzyć się z kolejnymi falami migrantów uciekających przed wojną i głodem.

Bardzo trudno przewidzieć, czy Komisja Europejska, polski rząd, władze PKP Cargo i naszych głównych portów poradzą sobie z tymi wyzwaniami. Na pewno będą próbowali. Tak jak będą próbowały zarobić osoby i spółki mające dobre relacje po obu stronach granicy.

Fot. Shutterstock

Wydanie: 22/2022

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy