Jurczyk wygrał z lustracją

Jurczyk wygrał z lustracją

Czy ktoś czuje wstyd i winę za ustawę, która trzy lata życia zamieniła w koszmar?

Marian Jurczyk nie jest kłamcą lustracyjnym – orzekł w ubiegłym tygodniu Sąd Najwyższy. Tym samym uchylił wcześniejszy prawomocny wyrok Sądu Lustracyjnego, niekorzystny dla legendy polskiego Sierpnia. – To najpiękniejszy dzień w moim życiu – mówił wzruszony Jurczyk, pytany, co czuje w chwili, w której został oczyszczony z zarzutów świadomej współpracy z SB.
Jurczyk trzy lata walczył o dobre imię. Oskarżenie zniszczyło go politycznie, odebrało mu przyjaciół, poniżyło w oczach wielu Polaków. Musiał w upokarzający sposób zrzec się mandatu senatora.

W wielu środowiskach był pariasem,

osobą, do której odwracają się plecami.
– Trzy ostatnie lata były dla mnie koszmarem, wobec którego lepsza wydawała się kara śmierci i pójście do piachu – mówił, nie kryjąc wzruszenia, dziennikarzom. – Ludzie pluli mi pod nogi, a w kościele podczas przekazywania sobie znaku pokoju nie podawano mi ręki. Napięcia nie wytrzymała moja żona, która ciężko się rozchorowała.
Wcześniej, zanim sprawa trafiła do Sądu Najwyższego, Sąd Lustracyjny czterokrotnie wyrokował na niekorzyść Jurczyka. W ubiegłym tygodniu Sąd Najwyższy poddał te wyroki miażdżącej krytyce. W uzasadnieniu podkreślił, że Sąd Apelacyjny „w sposób rażący naruszył reguły” w ocenie dowodów sprawy, a także „dokonał ustaleń faktycznych w sposób bardzo istotny, pomijając szereg elementów”, które powinny być wzięte pod uwagę.
Jakich?
Dziś mniej więcej wiemy, na podstawie jakich informacji Sąd Lustracyjny uznawał, że Jurczyk był kłamcą lustracyjnym. Otóż jeszcze w latach 70. był on siłą zmuszony przez SB do współpracy. Miał być wywieziony do lasu i tam pod groźbą pistoletu zmuszony do podpisania zobowiązania do współpracy. Wiemy też, że Jurczyk współpracę markował – napisał kilka bezwartościowych notatek, po czym zaprzestał kontaktów z oficerami SB. Ten fakt, zdaniem Sądu Najwyższego, był decydujący. – Według sądu, do uznania danej osoby za kłamcę lustracyjnego konieczne jest między innymi, by przekazywane służbom specjalnym PRL informacje były im przydatne – uzasadniał sędzia Piotr Hofmański, przewodniczący składu sędziowskiego. Tymczasem nie udowodniono, by informacje Jurczyka w czymś pomogły SB, by komuś zaszkodziły.
Orzeczenie Sądu Najwyższego

wprowadziło więc nowe kryterium oceny,

czy ktoś był agentem służb specjalnych PRL, czy nie. Wcześniej Trybunał Konstytucyjny określił, że współpraca ta powinna być „dobrowolna, jawna i świadoma”. Sąd Najwyższy dorzucił do tego jeszcze jeden element: szkodliwość działania.
Czy słusznie? Przypadek Mariana Jurczyka pokazuje, że tak. Bo jest głęboko niesprawiedliwe, by człowiek siłą zmuszony do współpracy (pamiętajmy, że były to lata głębokiego PRL-u), który tę współpracę udawał i bardzo szybko z niej się wymigał, a potem stanął na czele zwycięskiego strajku, dającego Polsce „Solidarność”, miał być oceniany jako ktoś gorszy od ludzi, którzy przez całe życie nic nie zrobili i nikomu się nie narazili, a teraz ferują wyroki.
Pomińmy humorystyczną postać sędziego Nizieńskiego. 27 sierpnia 2000 r. w 20. rocznicę powstania „Solidarności” na główne uroczystości w Szczecinie Marian Jurczyk nie został zaproszony. Wysłania zaproszenia odmówił Zachodniopomorski Zarząd „Solidarności”, tłumacząc to tym, że ciąży na nim (ówczesny) wyrok Sądu Lustracyjnego oraz że w radzie miejskiej zawarł koalicję z SLD. Uroczystości odbyły się więc bez Jurczyka, za to był ówczesny wicepremier Longin Komołowski, Andrzej Milczanowski i ówczesny wojewoda Andrzej Lisewski…
Zresztą kazus Jurczyka pozwala podejrzewać, że lustracja była w ostatnich latach narzędziem, za pomocy którego rozprawiano się z przeciwnikami politycznymi.
Tak było z Januszem Tomaszewskim, pierwszym szefem MSWiA w rządzie Buzka, typowanym na następcę Krzaklewskiego. Tymczasem sędzia Nizieński oskarżył go o kłamstwo lustracyjne i Tomaszewski w atmosferze partyjnej dintojry musiał podać się do dymisji.
Podobnie było z Jurczykiem. Zaczęto oskarżać go o współpracę z SB, gdy zaczął konstruować ugrupowanie, które mogło odebrać głosy AWS. Był senatorem, gdy wszedł w koalicję z SLD i został prezydentem Szczecina.
– Mamy lustrację i teraz już wiemy, dlaczego Marian Jurczyk po 1989 r. wchodził w koalicję z szefową OPZZ, Ewą Spychalską czy z trockistami typu Sierpień ’80 – mówił Marian Krzaklewski w grudniu 1999 r. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że przemawia przez niego logika „kto nie ze mną, ten agent” oraz że

lekką ręką skazuje kogoś na śmierć cywilną

i lata pogardy, tylko dlatego, że ten ktoś jest jego politycznym przeciwnikiem.
Czy teraz po orzeczeniu Sądu Najwyższego Marian Krzaklewski przeprosi Jurczyka?
Wielu polityków prawicy w ogóle nie czuje winy i wstydu za to, że ustawa przez nich uchwalona zniszczyła życie człowieka. Były prezes Sądu Najwyższego, Adam Strzembosz, twierdzi, że Sąd Najwyższy nie powinien uniewinniać Jurczyka, a wprowadzając kryterium przydatności przekazywanych informacji, tworzy prawo pozaustawowe. – Zastanawiający wyrok – komentuje Zbigniew Wassermann z Prawa i Sprawiedliwości. – To wszystko zmierza do zablokowania lustracji.
A czemu nie? Po co utrzymywać ustawę, która nic nie rozwiązała, za to była pałką na politycznych wrogów? Lech Wałęsa, pytany po orzeczeniu sądu przez „Rzeczpospolitą” odpowiedział jednoznacznie: – Czas lustracji się skończył. To, co teraz się dzieje, jest śmieszne i nieprawdziwe. Zbyt dużo ludzi bawiło się przy teczkach. I to dla celów politycznych. Ci, co mieli więcej doświadczenia i pieniędzy, wymigali się. Trzeba zakończyć tę robotę i iść do przodu.

 

 

Wydanie: 40/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy