Dryfowanie po bezmiarze sprawiedliwości

Dryfowanie po bezmiarze sprawiedliwości

Nowy film Wiesława Saniewskiego to rzadki w polskim kinie dramat sądowy

Zanim weszli do mieszkania Dominiki, trzeba było wyważyć drzwi. Mężczyzna podążał pierwszy. Za nim rodzice dziewczyny z jej siostrą.
W pokoju ciemno i pusto. Zajrzał do kuchni. Tam również nikogo nie było. Wszedł do łazienki i natychmiast cofnął się, blokując wejście. Poprosił, aby pozostali tam nie wchodzili. Mimo to matka dziewczyny weszła do środka. W wannie leżała rozebrana Dominika. Miała liczne siniaki na twarzy i szyi. Nie żyła.
To jedna ze scen w filmie „Bezmiar sprawiedliwości”. Film, który powstaje przy współudziale TVP oraz Instytutu Sztuki Filmowej, reżyseruje Wiesław Saniewski, autor znanego „Nadzoru”.
Scenariusz „Bezmiaru sprawiedliwości” powstał na bazie wydarzeń autentycznych. Latem 1990 r. środowisko intelektualne i artystyczne Wrocławia poruszyła wiadomość

o zabójstwie 25-letniej dziennikarki TVP.

Fakt tym bardziej wstrząsający, że kobieta była w ósmym miesiącu ciąży. W tej sprawie oskarżono, a następnie skazano jej kolegę z pracy, z którym od kilku lat pozostawała w zażyłym związku. Dziewczyna łączyła z nim plany na przyszłość. Dziennikarz, żonaty mężczyzna, ojciec dwojga dzieci, dobrze znany w środowisku jako lekkoduch, łatwo nawiązywał przygody z kobietami. Zamordowanej obiecywał rozwód z żoną i małżeństwo. Słowa nie dotrzymał i – jak wykazało śledztwo – nie miał zamiaru dotrzymać.
Oskarżony dziennikarz nigdy nie przyznał się do winy. Policyjne śledztwo, prowadzone niedbale i nonszalancko – nie wykazało niezbitych dowodów winy.
– Nie podejmuję próby rozstrzygania i zajęcia autorytatywnego stanowiska w kwestii winy i kary – mówi reżyser. – Interesują mnie ludzkie postawy, szczególnie w sytuacjach ekstremalnych, wówczas, gdy pojawiają się poważne dylematy etyczno-moralne.
Prokurator prowadzący śledztwo w tej sprawie (w tej roli Artur Barciś) mimo szeregu wątpliwości (ubogi i niespójny materiał dowodowy) decyduje się na proces poszlakowy i oskarżenie kochanka zamordowanej kobiety. Decyzja taka zapadła najprawdopodobniej pod naciskiem i wpływem niektórych środowisk wrocławskich. W akcie oskarżenia wykazał poniekąd logiczny ciąg zdarzeń, które miały wskazywać na bezsprzeczną winę dziennikarza.
Sąd skazał mężczyznę na 25 lat więzienia.
– Mój bohater niewątpliwie jest człowiekiem wewnętrznie rozdartym, a w związku z tym – zestresowanym – uważa Artur Barciś. – Z jednej strony zdaje sobie sprawę, że w śledztwie popełniono wiele uchybień, które dyskwalifikują materiał dowodowy, z drugiej – pod wpływem nacisków i oczekiwań zwierzchników decyduje się na oskarżenie człowieka. Decyduje się, choć sam ma wiele wątpliwości.
Scenariusz filmu Saniewskiego, mimo niewątpliwych podobieństw akcji, nie jest ani realistyczną próbą rekonstrukcji tamtych wypadków ani nawet próbą rozwiązania zagadki śmierci młodej dziennikarki. Wątki kryminalne są tu mniej ważne. Mimo to lektura scenariusza trzyma w napięciu niemal do ostatniej sceny.
„Bezmiar sprawiedliwości” to film o szeroko wyeksponowanym podłożu psychologicznym i społecznym. Ten filmowy proces dla reżysera stał się pretekstem do pokazania Temidy – podatnej na manipulację.
Akcja filmu toczy się równolegle w dwóch wymiarach czasowych: we wczesnych latach 90., gdy wydarzyła się tragedia i toczył proces, oraz współcześnie. Daje to bohaterom szansę obiektywnego spojrzenia na własną przeszłość oraz oceny wyborów, jakich kiedyś dokonali. Mogą też zadać sobie pytanie, czy proces dziennikarza był

procesem sprawiedliwym.

A o tym, jak łatwo pobłądzić w bezmiarze sprawiedliwości, reżyser przekonuje, obsadzając Jana Frycza w kilku rolach. Poznajemy go jako współczesnego, starzejącego się prawnika, znużonego monotonią spraw sądowych, nadużywającego alkoholu i zblazowanego zawodowym sukcesem. Wkrótce aktor przeistacza się w postać o 15 lat młodszego, początkującego prawnika, zaangażowanego w charakterze oskarżyciela posiłkowego przez rodziców zamordowanej. Meandry scenariusza każą mu także grać rolę sędziego orzekającego w tej sprawie oraz adwokata zaangażowanego w obronę oskarżonego dziennikarza. We wszystkich tych wcieleniach Jan Frycz przekonuje, że racja jest po stronie postaci, którą odtwarza. A więc potrójna interpretacja sprawiedliwości. Ale czy prawdziwa i obiektywna?
– Mimo klarowności postaci w scenariuszu jest miejsce na odrobinę swobody w ich interpretacji – uważa Jan Frycz, który ceni sobie dobrą współpracę z reżyserem, przyjazną atmosferę na planie filmu i duże zaangażowanie całej ekipy. A to codziennie średnio 60 osób pracujących w tworzeniu kolejnych scen filmu. Każda scena jest kilkakrotnie dublowana po to, by w ostatecznym efekcie uzyskać dynamiczny, ciekawy montaż.
Reżyser obserwuje realizowane ujęcia na dużym ekranie monitora. Przed drugim monitorem – autor zdjęć, debiutujący w fabule, młody operator, Mariusz Palej. Na planie kolejna scena retrospektywna. Przeszłość w filmie eksponuje się dynamiką zdjęć robionych głównie „z ręki”.
Mariusz Palejowi pomaga na planie znakomita „hollywoodzka” ekipa oświetlaczy, ludzi znanych ze współpracy ze Sławomirem Idziakiem, autorem zdjęć do „Helikoptera w ogniu”.
Przed klapsem – konsultacje i próby z aktorami. Artur Żmijewski gra rolę oskarżonego dziennikarza. Na planie widać, że będzie to postać tajemnicza, zdruzgotana dramatyczną sytuacją. To człowiek, który przechodzi psychiczną metamorfozę. Czy jest winien? Na to pytanie widz nie doczeka się jednoznacznej odpowiedzi. W pozostałych rolach zobaczymy m.in. Danutę Stenkę, Ewę Błaszczyk i Jana Englerta oraz Roberta Olecha w roli studenta prawa, któremu prawie udało się rozwikłać zagadkę winy lub niewinności w procesie sprzed 15 lat.
Film – w technice HD ma skromny budżet, w którym nie ma miejsca na pomyłki realizacyjne. Pełnometrażowy film kinowy oraz trzy godzinne odcinki telewizyjne powstaną zaledwie w 45 dni zdjęciowych we Wrocławiu i Warszawie. Koniec realizacji przewidziano latem 2006.

 

Wydanie: 1/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy