Od złego bohatera do obrońcy Amazonii

Od złego bohatera do obrońcy Amazonii

Jestem fanem Instagrama – dzięki niemu można dobrze żyć i kontrolować swój wizerunek

Vincent Cassel – francuski aktor, reżyser i producent filmowy, laureat Cezara, znany z ról w takich filmach jak „Nieodwracalne”, „Purpurowe rzeki”, „Ocean’s Twelve: Dogrywka” i „Ocean’s Thirteen”, a także „Czarny łabędź”.

Film z pana udziałem zamykał z pompą tegoroczny festiwal w Cannes. Gwiazdy w koliach za setki tysięcy euro oglądały społeczną komedię o autykach, w której wcielił się pan w rolę pracownika organizacji pozarządowej. Czy to nie paradoks?
– Owszem, lecz paradoks bardzo pożyteczny – w końcu stowarzyszenia pozarządowe istnieją w dużej mierze dzięki darom osób prywatnych. Początkowo zgodziłem się na udział w filmie „Poza normą” ze względu na osobowość reżyserów – Érica Toledana i Oliviera Nakache, ale ostatecznie przekonało mnie do niego spotkanie z wolontariuszami działającymi w stowarzyszeniu zajmującym się osobami dotkniętymi autyzmem. To wspaniali, bezinteresowni ludzie, którzy potrafili nadać sens swojemu życiu. Wszyscy powinniśmy od nich się uczyć.

W tym roku premierę mają cztery filmy z pana udziałem. Czy po 30 latach kariery aktorskiej nie potrafi pan zwolnić?
– Wszyscy uważają, że kręcę jeden film za drugim – nic bardziej mylnego! To często kwestia terminów, tak było i tym razem. Niektóre filmy czekają na premierę, innym udaje się je wyprzedzić w kolejce – to meandry umów z dystrybutorami. Nie we wszystkich tytułach zagrałem też główną rolę – to wiele zmienia. Kino nie wypełnia całego mojego życia i naprawdę często jestem na wakacjach. Nie narzekam.

Należy pan do nielicznych aktorów we Francji, poza Marion Cotillard, którym udało się zrobić karierę w Stanach Zjednoczonych. Hollywood to dla pana spełnione marzenie?
– Nie mogę powiedzieć, abym zrobił wielką karierę w Hollywood – w Ameryce zagrałem w filmach Davida Cronenberga i w „Czarnym łabędziu” Aronofsky’ego, który wprawdzie triumfował w trakcie Oscarów, ale na pewno nie zalicza się do typowych produkcji hollywoodzkich. W Stanach grywałem często role, które mnie interesowały, ale które nie miały nic wspólnego z gwiazdorstwem. Nigdy nie liczyłem zresztą na jakąś wielką amerykańską karierę. Nieważne, gdzie się pracuje, liczy się to, z kim i przy jakich dziełach. Wybrałem inną drogę – zamiast czekać na superprodukcje zza oceanu, które obejrzą miliony widzów na świecie, wolę grać w filmach realizatorów z całego świata. Dzięki tym rolom, nawet drugoplanowym, udało mi się dotrzeć do publiczności Australii, Azji czy Indii. I Chin, które są ogromnym potencjalnym rynkiem, gdzie ludzie znali dotąd wyłącznie Sophie Marceau. Nie pamiętam już nawet, w ilu językach grałem – oczywiście uczyłem się dialogów w sposób fonetyczny, ale osiągnąłem zamierzony cel: jestem znany i otwierają się przede mną wciąż nowe drzwi. Dzięki rolom poznałem niezwykłych ludzi i zakątki świata, których zapewne nigdy sam bym nie odkrył. Uwielbiam różnorodność – ludzi i kultur. To ciągła przygoda, pozwalająca mi zachować entuzjazm i pasję. W najbliższym czasie rozpoczynam zdjęcia do chińskiego filmu w Australii.

Co po tylu latach pana motywuje?
– Wybrałem ten zawód, ponieważ nie znoszę powtarzalności i rutyny. Nawiasem mówiąc, wcześniej próbowałem cyrku, pragnąłem panować nad moim ciałem. Jestem pasjonatem – niosą mnie pasja życia i pasja twórcza. Aktorstwo pozostaje dla mnie wyzwaniem, ucieczką od stabilności i nudy. Dzięki niemu mogę też eksplorować nieznane mi strony mojej osobowości, odnawiać się i wciąż odkrywać – siebie i innych. Daje mi to poczucie wolności twórczej i osobistej. Muszę czuć się wolny. Poza tym to także świetna zabawa. Wie pani, mam 52 lata i nie chcę już sobie zaprzątać głowy problemami – chcę się bawić i zachować moją ciekawość i radość życia.

Mieszkał pan przez wiele lat w Brazylii – to również ucieczka od rutyny?
– Brazylia przyszła do mnie wraz z filmem „Czarny Orfeusz”, który jako dziecko obejrzałem z ojcem. To był wstrząs – tak narodziła się moja ogromna fascynacja tym krajem. Kiedy po raz pierwszy poleciałem tam w wieku 19 lat, powtarzałem sobie tylko: oby Brazylia była taka jak na ekranie, oby mnie nie zawiodła. Na szczęście okazało się, że jest jeszcze wspanialsza niż w filmie, że rzeczywistość przerasta moje wyobrażenia. Za każdym razem kiedy opuszczam Brazylię, myślę: Boże, pozwól mi tu powrócić. To mój raj na ziemi. Obecnie zanosi się na dłuższą nieobecność.

Od niedawna bowiem znowu jestem rezydentem Francji i tu mieszkają moje dzieci (dwie córki z małżeństwa z Monicą Bellucci – przyp. JO).
Niedawno też się ożeniłem, moja żona jest Francuzką i na świat przyszła nasza córeczka Amazonie. Zanosi się więc, że stanę się na nowo Francuzem i osiądę tu na dłużej.

Często gra pan postacie kontrowersyjne. Czy dlatego, że fascynuje pana ciemna strona ludzkiej natury?
– To wspaniałe, że już po 35 latach wyciąga się taki wniosek (śmiech). Tak, mogę powiedzieć, że pociągają mnie bohaterowie noszący w sobie tajemnicę, z wewnętrznymi ranami, tacy, którymi kierują często mroczne instynkty. Nie lubię osób gładkich. W aktorstwie fascynuje mnie to, że poprzez postacie mogę docierać do najgłębszych i często najciemniejszych zakamarków ludzkiej psychiki, które ukrywamy także przed samymi sobą. Manipulacja, przemoc, gra w dominację – nikt nie chce o tym mówić, ale takie instynkty drzemią w prawie każdym człowieku. Wszyscy jesteśmy wielką zagadką. Fascynuje mnie docieranie do źródeł zła, również do moich własnych cech, których istnienia nawet nie podejrzewałem. Uwielbiam szukać katalizatorów ujawniających nasze tajemnice, szczególnie nieakceptowane przez nas samych. Może to być pozornie banalny wypadek losowy, spotkanie. To nad tym pracuję w moich rolach, jednocześnie starając się za każdym razem odnaleźć w nich cząstkę samego siebie, wykorzystać cechy mojej osobowości, które często są dla mnie odkryciem. Zadaję sobie wtedy pytanie, jak to się stało, że reżyser wiedział o czymś, czego sam nie podejrzewałem. Być może na tym polega geniusz twórczy? To tego szukam w aktorstwie – pragnę zgłębiać tajemnice ludzkiej natury.

Pana bohaterowie nie posługują się jakimkolwiek kodem moralności. Są nielojalni, zdradzają.
– Aby kogoś zdradzić, trzeba najpierw kogoś kochać albo być kochanym. Inaczej nie mamy do czynienia ze zdradą. Tak czy owak od samych początków cywilizacji ludzie zdradzają albo są zdradzani – moi bohaterowie nie są więc wyjątkami. Zgadzam się jednak, że w ich przypadku mamy często do czynienia z kondensacją zła – odbija się w nich jak w krzywym zwierciadle. Oczywiście wszystko jest kwestią proporcji i motywacji, nie zapominajmy, że tzw. normalny świat też bynajmniej nie jest rajem.

We Francji nakręcił pan ostatnio „Władcę Paryża”, w którym zagrał pan bandytę Vidocqa, jedną z najważniejszych postaci systemu władzy.
– Tytuł zainteresował mnie, ponieważ nawiązuje do tradycji nieco zapomnianych już dziś filmów z gatunku płaszcza i szpady. Jest jednak dużo bardziej współczesny – mroczny i przewrotny. Tego typu filmów – epickich, kostiumowych, opowiadających o przygodach niebanalnych bohaterów, już się nie robi. Zdecydowałem się na zagranie roli Vidocqa, ponieważ jego postać pozostaje wyjątkowa jeszcze i dziś. Trudno sobie przecież wyobrazić, żeby współczesny bandyta został przewodniczącym Senatu.

Wcześniej zagrał pan gangstera Mesrine’a. Mesrine i Vidocq są we Francji postaciami mitycznymi. Skąd ta fascynacja?
– Mesrine był gangsterem totalnym – wrogiem publicznym numer jeden, który rzucił na kolana aparat całego państwa. Ono z kolei zemściło się, zabijając go jak psa. Vidocq to z kolei bandyta, któremu udała się rzecz niesłychana – stanął na czele tajnej policji. To legenda. Już w XIX w. Balzak i Victor Hugo używali go w swoich dziełach jako archetypu – Vidocq stał się mitem już za życia, uosabiał marzenie. Był kimś absolutnie wolnym, nie znał przeszkód – nikomu innemu nie udało się uciec 27 razy z najcięższego więzienia we Francji! To nie był bandyta w pełnym tego słowa znaczeniu – oscylował na pograniczu dwóch światów, ale wybrał służbę państwu, aby wykupić swoją wolność. Dodam, że w tamtej Francji, za czasów Dyrektoriatu, było to możliwe, ponieważ po rewolucji francuskiej wiele ważnych stanowisk zajmowali ludzie wywodzący się z najniższych warstw społecznych. Dziś, mimo że mamy demokrację, jest inaczej.

We „Władcy Paryża” pada stwierdzenie: „złodziej pozostanie na zawsze złodziejem”. Ludzie mogą się zmienić czy pozostają na zawsze sobą? Czy pan sam ewoluował jako artysta i człowiek?
– Nie sądzę, żebyśmy mogli radykalnie się zmienić, w każdym razie nie bez wytężonej pracy i wielu poświęceń. To wyjątkowo trudne wyzwanie. Jak bowiem zmienić naszą naturę, wszystko, co sprawia, że jesteśmy sobą? Myślę raczej, że z wiekiem i z upływem czasu uczymy się akceptować samych siebie, ewentualnie korygując tę czy inną cechę. Czasami udaje nam się schować pazury, wytonować, ale nasze głębokie „ja” pozostaje wciąż to samo. Aby móc stać się kimś innym, w założeniu lepszym, należałoby móc rozpocząć wszystko od nowa: zmienić otoczenie i kontekst, skorygować schematy, według których działamy. Czy można jednak np. całkowicie wyleczyć się z traum dzieciństwa? To bardzo skomplikowane pytanie, na które nie znam odpowiedzi. Ja sam staram się pozostać sobą – być wiernym temu, co odczuwam, mojemu wewnętrznemu „ja”. Nie zawsze bywało to proste, ale dziś mogę powiedzieć, że osiągnąłem wewnętrzny spokój i idę drogą, którą wybrałem. To najważniejsze.

Czym kieruje się pan przy wyborze ról? Co jest ważne – postać czy reżyser?
– Bez najmniejszej wątpliwości – reżyser. Pragnę, aby mnie zaskoczył. Musi być kimś wyjątkowym, posiadającym swój własny świat i wizję rzeczywistości. Kimś, kogo nie muszę rozumieć – jego tajemnica staje się dla mnie wyzwaniem. Chodzi o to, aby mnie z sobą porwał. Z biegiem lat dochodzę jednak do wniosku, że nawet najbardziej fantastyczne role należy budować, opierając się na rzeczywistości – należy starać się nadać im realność, muszą zawierać prawdę zdeterminowaną przez psychologię postaci. Zadanie polega na zbliżeniu się do prawdy istoty ludzkiej jako takiej, nawet jeśli wizerunek nas samych, jaki posiadamy, rzadko odpowiada wizerunkowi naszej osoby, który posiadają inni.

Pomówmy o wizerunku – jest pan bardzo często obecny na Instagramie, sam i w towarzystwie żony (ślub z młodszą o ponad 30 lat modelką Tiną Kunakey wywołał wiele krytycznych uwag – przyp. JO). Czy w ten sposób prowadzi pan swój intymny dziennik?
– Instagram jest jednym z wirtualnych narzędzi, które oferuje nam współczesny świat. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że można dzięki niemu zupełnie dobrze żyć i że pozwala, co bardzo ważne, na kontrolę naszego wizerunku. Dzięki Instagramowi mogę np. wyeliminować paparazzich – zamieszczam w sieci zdjęcia i wideo, które sam wybieram i które przedstawiają estetyzującą, wysublimowaną stronę mojego życia. Image stanowi nieodłączną część kariery każdego aktora. Instagram ma przy tym coraz więcej odbiorców – dziennikarze i publiczność często operują wybranymi przeze mnie zdjęciami, a po kolejnych takich działaniach zgłasza się do mnie coraz więcej osób – właśnie o to chodzi. Instagram dostarcza mi też przeżyć czysto artystycznych – organizuje konkursy filmów, festiwale, jest ludyczny, wciąż się rozwija. Korzystają z niego osoby, które nigdy nie chodzą do kina, dzięki niemu można więc nawiązać z nimi kontakt. Naprawdę jestem jego fanem!

Istnieje też Vincent Cassel, który walczy z barbarzyńską eksploatacją amazońskiej puszczy i sprzeciwia się budowie zapory wodnej Belo Monte w Brazylii. Jak narodziło się to zaangażowanie?
– Jak już powiedziałem, od 35 lat mieszkam w Brazylii. Kocham ten kraj, mimo że boryka się z mnóstwem problemów. Jeśli skorumpowane władze zniszczą Amazonię i naturalne środowisko, Brazylia, jaką znałem, przestanie istnieć. Dlatego z moim przyjacielem reżyserem Janem Kounenem zrealizowaliśmy krótki film na ten temat – to moja cegiełka w walce o przyszłość, nie tylko Brazylii, ale również moich dzieci.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 29/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy