Od złego bohatera do obrońcy Amazonii

Od złego bohatera do obrońcy Amazonii

Ocean's Twelve: Dogrywka (2004) Materialy prasowe

Jestem fanem Instagrama – dzięki niemu można dobrze żyć i kontrolować swój wizerunek Vincent Cassel – francuski aktor, reżyser i producent filmowy, laureat Cezara, znany z ról w takich filmach jak „Nieodwracalne”, „Purpurowe rzeki”, „Ocean’s Twelve: Dogrywka” i „Ocean’s Thirteen”, a także „Czarny łabędź”. Film z pana udziałem zamykał z pompą tegoroczny festiwal w Cannes. Gwiazdy w koliach za setki tysięcy euro oglądały społeczną komedię o autykach, w której wcielił się pan w rolę pracownika organizacji pozarządowej. Czy to nie paradoks? – Owszem, lecz paradoks bardzo pożyteczny – w końcu stowarzyszenia pozarządowe istnieją w dużej mierze dzięki darom osób prywatnych. Początkowo zgodziłem się na udział w filmie „Poza normą” ze względu na osobowość reżyserów – Érica Toledana i Oliviera Nakache, ale ostatecznie przekonało mnie do niego spotkanie z wolontariuszami działającymi w stowarzyszeniu zajmującym się osobami dotkniętymi autyzmem. To wspaniali, bezinteresowni ludzie, którzy potrafili nadać sens swojemu życiu. Wszyscy powinniśmy od nich się uczyć. W tym roku premierę mają cztery filmy z pana udziałem. Czy po 30 latach kariery aktorskiej nie potrafi pan zwolnić? – Wszyscy uważają, że kręcę jeden film za drugim – nic bardziej mylnego! To często kwestia terminów, tak było i tym razem. Niektóre filmy czekają na premierę, innym udaje się je wyprzedzić w kolejce – to meandry umów z dystrybutorami. Nie we wszystkich tytułach zagrałem też główną rolę – to wiele zmienia. Kino nie wypełnia całego mojego życia i naprawdę często jestem na wakacjach. Nie narzekam. Należy pan do nielicznych aktorów we Francji, poza Marion Cotillard, którym udało się zrobić karierę w Stanach Zjednoczonych. Hollywood to dla pana spełnione marzenie? – Nie mogę powiedzieć, abym zrobił wielką karierę w Hollywood – w Ameryce zagrałem w filmach Davida Cronenberga i w „Czarnym łabędziu” Aronofsky’ego, który wprawdzie triumfował w trakcie Oscarów, ale na pewno nie zalicza się do typowych produkcji hollywoodzkich. W Stanach grywałem często role, które mnie interesowały, ale które nie miały nic wspólnego z gwiazdorstwem. Nigdy nie liczyłem zresztą na jakąś wielką amerykańską karierę. Nieważne, gdzie się pracuje, liczy się to, z kim i przy jakich dziełach. Wybrałem inną drogę – zamiast czekać na superprodukcje zza oceanu, które obejrzą miliony widzów na świecie, wolę grać w filmach realizatorów z całego świata. Dzięki tym rolom, nawet drugoplanowym, udało mi się dotrzeć do publiczności Australii, Azji czy Indii. I Chin, które są ogromnym potencjalnym rynkiem, gdzie ludzie znali dotąd wyłącznie Sophie Marceau. Nie pamiętam już nawet, w ilu językach grałem – oczywiście uczyłem się dialogów w sposób fonetyczny, ale osiągnąłem zamierzony cel: jestem znany i otwierają się przede mną wciąż nowe drzwi. Dzięki rolom poznałem niezwykłych ludzi i zakątki świata, których zapewne nigdy sam bym nie odkrył. Uwielbiam różnorodność – ludzi i kultur. To ciągła przygoda, pozwalająca mi zachować entuzjazm i pasję. W najbliższym czasie rozpoczynam zdjęcia do chińskiego filmu w Australii. Co po tylu latach pana motywuje? – Wybrałem ten zawód, ponieważ nie znoszę powtarzalności i rutyny. Nawiasem mówiąc, wcześniej próbowałem cyrku, pragnąłem panować nad moim ciałem. Jestem pasjonatem – niosą mnie pasja życia i pasja twórcza. Aktorstwo pozostaje dla mnie wyzwaniem, ucieczką od stabilności i nudy. Dzięki niemu mogę też eksplorować nieznane mi strony mojej osobowości, odnawiać się i wciąż odkrywać – siebie i innych. Daje mi to poczucie wolności twórczej i osobistej. Muszę czuć się wolny. Poza tym to także świetna zabawa. Wie pani, mam 52 lata i nie chcę już sobie zaprzątać głowy problemami – chcę się bawić i zachować moją ciekawość i radość życia. Mieszkał pan przez wiele lat w Brazylii – to również ucieczka od rutyny? – Brazylia przyszła do mnie wraz z filmem „Czarny Orfeusz”, który jako dziecko obejrzałem z ojcem. To był wstrząs – tak narodziła się moja ogromna fascynacja tym krajem. Kiedy po raz pierwszy poleciałem tam w wieku 19 lat, powtarzałem sobie tylko: oby Brazylia była taka jak na ekranie, oby mnie nie zawiodła. Na szczęście okazało się, że jest jeszcze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2019, 29/2019

Kategorie: Kultura