Dygot w słuchawce

Mieszkaniec Sandomierza za telefony do “linii spotkań” dostał rachunek na 70 tys. zł

Już wcześniej wykręcał numery zaczynające się na 0-700, ale tylko sporadycznie. Domyślał się, że po drugiej stronie odbierają jakieś podstawione dziewczyny. Kiedy jednak w lokalnych gazetach zobaczył ogłoszenie o “linii spotkań”, pomyślał, że wreszcie będzie mógł zawrzeć poważną znajomość. Liczył na romantyczną miłość. Piotr ma już 25 lat i nadal mieszka z rodzicami.
Niecierpliwie zaczął więc wykręcać numery, reklamowane w ogłoszeniu jako bardzo tanie połączenia. Po kilku próbach udało się.
– Witamy na “linii spotkań” – usłyszał miły głos na tle muzyki. Podał swoje dane: imię, nazwisko, wiek, dokładny adres. Automatycznie przyznany został Piotrowi numer skrzynki oraz PIN, czyli osobisty numer dostępu do niej. Słuchał dalej. Teraz

mógł wejść na tzw. karuzelę.

Przedstawiały się kolejno. – Cześć! Jestem Beata. Mam 19 lat, chętnie poznam mężczyznę od 18 do 22 lat. Bardzo lubię blondynów, szczególnie w okularach – po tej informacji podała swój numer skrzynki. – Cześć! Tu Karolina, bardzo chciałabym z Tobą porozmawiać… bardzo, bardzo. Czy skorzystasz z mojej oferty? – przymilał się następny głosik. I tak kolejnych trzydzieści kilka dziewczyn zachęcało Piotra do skontaktowania się z nimi. Kiedy wszystkie już się przedstawiły, karuzela zaczynała się od początku. Piotr słuchał prezentacji kilka razy, skrupulatnie zapisywał imiona i numery skrzynek. – Kręciłem się wtedy po karuzeli może pół godziny, może godzinę – opowiada – W pewnym momencie otrzymałem wiadomość, że mam od kogoś informację w skrzynce.
Dziewczyna, która zostawiła wiadomość, zapewniła Piotra, że mieszka niedaleko, w Opatowie. Mogliby więc nawiązać znajomość. Tylko czekał na taką propozycję! Znów połączył się z “linią spotkań”. Aneta okazała się bardzo rozmowna. Szczegółowo opowiadała Piotrowi o sobie. Minuty uciekały, a za jedną trzeba płacić 4,22 zł. – Mój ojciec jest Włochem – chwaliła się. – Ma prywatną linię lotniczą na Sycylii. Niczego mi nie brakuje. Jestem jego ukochaną, jedyną córunią. Nic się nie martw kosztami połączenia ze mną. Jak tata przyjedzie, wszystko ureguluje.
Nie zapomniała też pochwalić się, że jest studentką psychologii. Piotr powiedział, że jest agentem ubezpieczeniowym. Aneta zaraz to podchwyciła. – Wykupię u ciebie polisę – zapewniała. – Skontaktuję cię z moimi znajomymi, którzy też u ciebie się ubezpieczą.
Kiedy więc rodzice denerwowali się, że

cały czas rozmawia przez telefon,

z czystym sumieniem odpowiadał, że umawia się z klientami. I znów łączył się z “linią spotkań”. Najdłuższa rozmowa ze znajomą z Opatowa trwała 22 godziny. Po kilku dniach Aneta wyznała, że poprzez “linię spotkań” chce z nim rozmawiać jej siostra cioteczna Anka, też z Opatowa. Teraz coraz bardziej zaczęła mu odpowiadać Anka. Szczera, otwarta, uczuciowa. Takiej właśnie szukał. Mówiła przeciągłe: “ach”, “och”. Chłopak nagrał nawet rozmowę z Anką, aby puszczać cały czas te miłosne zapewnienia, że go bardzo, bardzo kocha. – Nikt nam nie przeszkodzi w naszej miłości – zapewniała. Jednak nagabywana o termin spotkania ciągle znajdowała jakąś wymówkę. Najlepszą była choroba. Podobno dokuczały jej korzonki. Nie skorzystała też z numeru jego domowego telefonu.
Pod koniec listopada na linii została tylko Anka. Wytłumaczyła Piotrowi, że Aneta musiała wyjechać do Włoch. Był nawet z tego zadowolony, bo teraz swoją przyszłość planował już tylko z Anką. Myślał o wspólnych świętach, sylwestrze..
Rewelacje Pauliny były jak kubeł zimnej wody. W skrzynce zostawiła mu wiadomość, by koniecznie się z nią skontaktował. Wyznała, że ruszyło ją sumienie: Aneta i Anka nie są tymi, za które się podają. Nie chcą się z nim umówić, bo to po prostu ich praca, by naciągać naiwniaków na długie rozmowy. – To był dla mnie szok – mówi Piotr. – Nogi się pode mną ugięły. Kiedy jednak spokojnie o wszystkim pomyślał, zrozumiał, że cały czas był manipulowany.
13 grudnia ub. roku dał na linii ogłoszenie:

Naiwniak żegna

i życzy więcej takich osób.
Anka poznała go po głosie i zaraz się zgłosiła. – Co to znaczy? – spytała zdenerwowana. Powiedział jej, że wie o wszystkim. Początkowo zaczęła zaprzeczać. To zajęło dwie “piętnastki”. Przy trzeciej ze śmiechem przyznała, że Paulina miała rację. Przy czwartej “piętnastce” zaczęła bardzo płakać. Piotr naciskał, by powiedziała mu prawdę. Gdzie mieszka, co robi, jaki jej numer telefonu. Zaczęła jednak kręcić, że mieszka z koleżankami. Zaraz potem zmieniła wersję. Wyznała, że jest u ciotki, ciężko chory wujek leży w szpitalu. Wreszcie podała mu swoje nazwisko i adres: Nowe Miasto, ulica Ogrodowa. Piotr zadał sobie trud, by sprawdzić, czy w tym mieście jest ulica Ogrodowa. Rzeczywiście, była, ale budynku o takim numerze – nie.
Nie wiadomo, jak długo jeszcze dzwoniłby, gdyby telekomunikacja zdziwiona taką ilością połączeń 0-700 od jednego abonenta, nie zablokowała wyjścia poza miasto. Przed świętami przyszedł rachunek za listopad – dokładnie 44.690,80 zł. Piotr zaczął przeliczać, ile wydzwonił w grudniu. Z jego rachunków wynika, że za swoją naiwność będzie musiał zapłacić 70 tys. zł. Potwierdziła to telekomunikacja.
Zaraz po otrzymaniu rachunku matka Piotra skontaktowała się z adwokatem. To, co usłyszała,

brzmiało jak wyrok.

TP S.A. mogłaby nawet zabrać działkę z domkiem, dorobek ich życia. Napisała zaraz prośbę o całkowite lub częściowe umorzenie albo rozłożenie należności na raty. Teraz czeka na odpowiedź.Piotr za wszelką cenę starał się skontaktować z dziewczynami. Telefonicznie już nie mógł. Wysłał więc do nich list polecony na adres skrzynki pocztowej podany w ogłoszeniu. List z powrotem wrócił do niego z adnotacją: “skrytka zlikwidowana”. – Może dla zatarcia śladów zwinęli interes, na którym nieźle się obłowili – przypuszcza. – Bo takich jak ja znam przynajmniej kilkunastu.
Myśli o utworzeniu stowarzyszenia osób poszkodowanych przez linie z ogłoszeń. Chodzi o takich, którzy stracili powyżej 10 tys. zł. Swoją opowieścią chce przestrzec innych przed telefoniczną pułapką. Złożył do prokuratury zawiadomienie o przestępstwie. – Dobrze, że przynajmniej nagrałem rozmowy – mówi. – Inaczej nie miałbym żadnych szans na odzyskanie czegokolwiek. A tak mogę dochodzić swoich spraw na drodze cywilnej. Pod warunkiem jednak, że podam dokładne dane tych dziewczyn. Prokuratura w ciągu 30 dni zbada sprawę. Piotr jednak wie, że ma niewielkie szanse na dotarcie do uwodzicielek.

Imię bohatera zmieniono

 

Wydanie: 3/2000

Kategorie: Społeczeństwo

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy