Te dzieci mogły żyć

Te dzieci mogły żyć

Krakowska klinika ratuje noworodki z jedną komorą serca. Lekarze, którzy o tym nie wiedzą, wydają wyroki śmierci „Nie mam z kim porozmawiać. Najpierw wszyscy mi współczuli, a teraz mówią tylko: „Weź się w garść, musisz żyć dalej”. Nikt nie rozumie, że nie mam po co żyć. Proszę o kontakt” – ten e-mail dostałam od Joli z Siemianowic, matki, która tak jak ja tuż po urodzeniu straciła swoje dziecko (o swojej tragedii pisałam w 42. numerze „P” w ubiegłym roku). n23 godziny szczęścia Gdy Jola urodziła Aleksandra, pielęgniarka powiedziała do jej rodziców: – Patrzcie, jakiego macie silnego i zdrowego wnuka. Karol, mąż Joli, przeciął pępowinę i wykąpał malca. Po położeniu do łóżeczka Olek złapał metalowe szczebelki i nie chciał ich puścić. – Karmiłam synka, a on tak dziwnie oddychał. Pomyślałam, że sapie tak samo jak mąż – Jola pokazuje mi fotografię berbecia rzeczywiście wyglądającego na okaz zdrowia. Są to jedyne zdjęcia Aleksandra. Więcej nie będzie. Żył tylko 23 godziny. Umarł, bo miał jedną komorę serca. Jola nie była na pogrzebie swojego dziecka. Leżała w szpitalu, gdy Karol do niej zadzwonił, że „już po wszystkim”. Wpadła w histerię. Cały czas uważa, że to nie jej dziecko umarło. Jola długo czekała na to dziecko. W wieku 20 lat musiała poddać się usunięciu części jajnika. Wiadomość o ciąży małżonkowie przyjęli z olbrzymią radością. – Przez prawie całą ciążę – opowiada Jola – leżałam na zwolnieniu lekarskim, bo miałam skurcze. Jadałam tylko to, co zdrowe dla dziecka, dbałam o siebie aż do przesady. Najbliższa Wigilia miała być radosna, z niemowlęciem. A była smutna, z wizytą na cmentarzu. Wszystkie rzeczy Olka jego mama spakowała do łóżeczka i zamknęła w pokoju przygotowanym dla dziecka. Stara się ponownie zajść w ciążę, ale jednocześnie czuje wyrzuty sumienia wobec swojego pierworodnego. To tak, jakby chciała starą rzecz zastąpić nową. Jola stała się ofiarą niekompetencji lekarzy. Najpierw błędne badania USG, potem nikt na czas nie rozpoznał wady serca płodu i nikt nie podjął decyzji o operacji, która mogła uratować dziecko. Wszystko w porządku U Kasi i Darka wystąpił konflikt serologiczny. Kasia, szczuplutka blondynka, w czasie ciąży była tak opuchnięta, że nie otwierała jednej powieki. Lekarka uważała, że za bardzo się objada. – Przez całą ciążę męczyłam moją panią doktor setkami pytań; gdy tylko kichnęłam lub poczułam się źle, zaraz do niej dzwoniłam. Traktowała mnie z pobłażliwością, jak dobra ciocia. Wiadomo, kobieta w ciąży jest przewrażliwiona. Angelika przyszła na świat w krakowskiej klinice przy ul. Galla, w której nie ma oddziału pediatrycznego. Urodziła się lekko opuchnięta, jej skóra była fioletowo-popielata. Nie wzięła od razu pierwszego oddechu. Odjęto jej za to dwa punkty w skali Apgar. Gdy zaczęły się trudności z oddychaniem, wsadzono noworodka do inkubatora, w którym był zepsuty wąż podający tlen. Dziecko zaczęło się dusić, sinieć. Umierało. Nadal jednak twierdzono, że odwiezienie jej do jednej z klinik dziecięcych jest nieuzasadnione. – Wykonywano jej mnóstwo badań krwi – mówi Darek – całe piętki miała pokłute jak sitko. Dostała od tego zakażenia. Gdy w końcu po wielu zabiegach rodziców Angelika trafiła do szpitala w Krakowie-Prokocimiu, lekarze stwierdzili skomplikowaną wadę serca bez jednej komory i niedorozwój prawego płuca. Z powodu zakażenia krwi operację odwlekano, w końcu nie można było dłużej czekać. Powiodła się, jednak Angelika była tak osłabiona i wycieńczona, że nie podjęła samodzielnego oddychania. Po dwóch miesiącach cierpień umarła. – Skierowaliśmy sprawę do prokuratury – płacze Kasia. – Nic nie zwróci nam córeczki, ale może uchronimy innych przed niekompetentnymi lekarzami. Pokazują mi wynik jedynego badania USG, które było wykonane dopiero w 34. tygodniu ciąży. Lekarz w uwagach dopisał: „L/L R ponad 1, co przemawia za dojrzałością tkanki płucnej dziecka”. Po drugiej operacji Mała Tosia miała więcej szczęścia, chociaż lekarze w Opolu, gdzie się urodziła, położyli na niej krzyżyk. – Przez całą ciążę czułam się rewelacyjnie, miałam rutynowe badania, nie skierowano mnie na żadne badania genetyczne, chociaż skończyłam 36 lat – opowiada Teresa. – Tosia urodziła się z sinymi nóżkami. Miała trudności

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 20/2003, 2003

Kategorie: Kraj