Dziecięce podróże po lekturze

Dziecięce podróże po lekturze

Chodzi o to, żeby rodzic nie usnął przy czytaniu bajki, tylko żeby sam miał zabawę
„Hu, hu, ha! Nasza zima zła! Szczypie w nosy, szczypie w uszy, mroźnym śniegiem w oczy prószy, wichrem w polu gna! Nasza zima zła!” – brzmi znajomo? Zaskoczeniem może być nazwisko autora tego wierszyka – Maria Konopnicka. Zwykle tego typu literatura dociera do dzieci w formie mówionej – wierszyk, wyliczankę, kołysankę czy piosenkę słyszymy z ust rodziców, nauczyciela albo przedszkolanki.
Na kartach książeczki dla malucha taki tekst nie zajmuje wiele miejsca, bo towarzyszy mu bogata ilustracja. Ale zanim dziecko sięgnie po „Dzieci z Bullerbyn”, „Anię z Zielonego Wzgórza” czy przygody Harry’ego Pottera, słowo pisane jest równie ważne jak rysunki. Wierszyki odkryją przed dzieckiem świat literatury i zachęcą do dalszych podróży po nim.
„Stawiamy szlaban medialnym śmieciom! Pora na książki – czytajmy dzieciom!” – takie zgrabne hasło towarzyszyło wystawcom na targach książki. Dużo mówiło się w ubiegłym roku o potrzebie czytania maluchom, głównie za sprawą kampanii „Cała Polska czyta dzieciom”, organizowanej przez fundację Ireny Koźmińskiej. Codzienna lektura wzbogaca słownictwo, kształtuje wrażliwość dziecka i uczy myślenia. Jest źródłem wiedzy i najprostszą drogą do ukształtowania nawyku czytania. Wszystkie te prawdy są tak powszechne, że trącą banałem, ale warto je powtarzać. Zwłaszcza że – jak podkreśla psycholog Anna Ożyńska-Zborowska, autorka wydanej przez KAW antologii literatury dla najmłodszych „Patataj, patataj, pojedziemy w cudny kraj” – polskie dzieci są w coraz większym stopniu zaniedbywane, jeśli chodzi o głośne czytanie. – Wieczorną lekturę zastępuje bierne słuchanie kasety. To raczej metoda usypiania malca niż budzenia fascynacji literaturą.

Żeby się nie znudzić
Edukację literacką powinno zacząć się od rymowanek recytowanych przez dorosłego podczas różnych zabaw. – Dla starszych dzieci ważne jest również przyzwyczajanie ich do odbioru tekstu czytanego: wierszowanego, prozatorskiego – twierdzi Anna Ożyńska-Zborowska. – Warto przy tym zaznaczyć, że czytanie domowe rządzi się innymi prawami niż np. w przedszkolu czy szkole. W domu dziecko może dzięki książce wielokrotnie powracać do tekstu, zadawać pytania i stopniowo przyswajać jej treść.
Antologię „Patataj, patataj…” skonstruowano tak, by rodzice i nauczyciele znaleźli odpowiednie dla wieku małego odbiorcy kołysanki, wyliczanki, a nawet wierszyki do rysowania. Autorka zwracała uwagę, aby dało się do nich dobrać rekwizyty i pomoce graficzne, które pomagają skupić uwagę i ułatwiają przyswojenie tekstu.

Jak pisać dla dzieci?
– Kiedyś mówiło się, że dla dzieci trzeba pisać tak jak dla dorosłych, tylko lepiej. Ja mówię inaczej. Dla dzieci trzeba pisać tak, żeby dorośli nie nudzili się przy czytaniu – mówi znana autorka, Wanda Chotomska. Chodzi o to, żeby rodzic nie usnął przy czytaniu bajki, tylko żeby sam miał zabawę – dodaje pisarka i terapeutka dziecięca, Agnieszka Galica. Ponadto – zgodnie z obiegową opinią – piszący dla najmłodszych muszą sami mieć w sobie coś z dziecka, zachować dziecięce widzenie świata. Pisarka Małgorzata Strzemkowska przyznaje, że czuje tak jak dzieci. – To animizacja świata: patrzy się na drzewo i ono nie tylko jest drzewem. Jak w dzieciństwie. Zewnętrzność świata szalenie inspiruje, a ja, podobnie jak dziecko, myślę obrazami.
Literatura dla najmłodszych zmienia się. Ale mimo to stare ludowe wierszyki z archaicznymi wyrażeniami, np. „Idzie rak nieborak”, tak samo bawią dzieci w XXI w. jak wiele poprzednich pokoleń – zauważa Anna Ożyńska-Zborowska.
Kolorowe okładki, piszczące zwierzaki
Efektowna szata graficzna to najbardziej wyraźna zmiana, jaka zaszła w literaturze dla najmłodszych. Z półek wabią kolorowe okładki. Wystające główki zwie-rzaczków piszczą po naciśnięciu. Kubuś Puchatek zaprasza do stawiania z nim pierwszych kroków. Ale rodzice chętnie kupują pięknie wydane zbiory wierszy klasyków: Brzechwy i Tuwima.
Język wierszyków zbytnio się nie zmienił. Z wyjątkiem tłumaczeń, które budzą największe kontrowersje z powodu licznych błędów. – Kiedyś nawet przy pisaniu dla najmłodszych trzeba było się liczyć ze słowami – wspomina Wanda Chotomska. – I nie chodzi tu o wulgaryzmy. Na przykład w okresie, kiedy nie było mięsa, nie można było w radiu puszczać mojej piosenki: „Gdyby tygrysy jadły irysy, to by na świecie nie było źle. Bo każdy tygrys irysy by gryzł, a mięsa wcale nie”.
Psychologowie i pedagodzy wiele już powiedzieli i napisali o znaczeniu ilustracji w książkach dla dzieci. Wiadomo, że kształtują wyobraźnię i wrażliwość, a dla najmłodszych stanowią często główny bodziec do zainteresowania książką i tekstem czytanym przez dorosłego. W książkach królują postaci z kreskówek Disneya, na co narzeka wielu publicystów i naukowców. Z nostalgią wspominają „Kubusia Puchatka” z ilustracjami Ernesta Sheparda. Jednak lepszy kiczowaty Disney niż zdeformowane postacie i zniekształcone twarze, które często pojawiają się na kartach bardziej „nowoczesnych” publikacji. Aż strach pomyśleć, jakie sny można mieć po takiej lekturze.
Miłość do fascynujących opowieści z kart książki wynosimy z domu. – Rodzicami czytającymi są najczęściej ci, którzy mają takie doświadczenia z własnego dzieciństwa. Tutaj zjawisko tzw. dziedziczenia społecznego jest bardzo widoczne – mówi Anna Ożyńska-Zborowska.
Warto więc poświęcić trochę cennego czasu i poczytać dzieciom, że „Siała baba mak” lub „tańcowały dwa Michały”. Inaczej świat ich pociech będzie o wiele uboższy. A więc czytajmy dzieciom książki. Podróże po lekturze wspomina się najcieplej i pamięta się najdłużej.
współpraca Joanna Jasikowska

Ilustracje do tekstu pochodzą z antologii “Patataj, patataj…” wydanej przez Krajową Agencję Wydawniczą. Ich autorami są dzieci z warszawskiego szpitala przy ul. Litewskiej.

 

Wydanie: 1/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy