Dzień Gombrowicza

Dzień Gombrowicza

Polskie teatry na festiwalu w Petersburgu

Tego jeszcze nie było: na tegorocznym międzynarodowym festiwalu teatralnym Bałtycki Dom w Petersburgu (30 września-11 października) jeden dzień został poświęcony Witoldowi Gombrowiczowi. W ramach dnia rosyjscy teatromani mogli wysłuchać wykładu prof. Niny Kirai (z Węgier) „Teatralne czytanie Gombrowicza”, obejrzeć świetną wystawę fotogramów „Piszę sztuki, ale do teatru nie chodzę. Teatr Witolda Gombrowicza”, przygotowaną przez Agnieszkę Koecher-Hensel, a na koniec obejrzeć głośny spektakl Teatru Narodowego – „Kosmos” w inscenizacji Jerzego Jarockiego.

Gombrowicz jeszcze na dobre nie zadomowił się w Rosji.

Wprawdzie bez trudu można kupić jego książki – niektórzy widzowie przygotowali się do „Kosmosu”, czytając najpierw świeżo wydaną powieść – ale w teatrze istnieje właściwie jedynie „Iwona, księżniczka Burgunda”. Tak więc „Kosmos” pachnie nowością. – Kiedy zaczynałem wystawiać Gombrowicza przed kilkudziesięciu laty – była to wówczas absolutna awangarda – mówił Jerzy Jarocki na spotkaniu z rosyjskimi krytykami i teatroznawcami. – Dzisiaj powiadają, że to jest klasyka. A ja przecież się nie zmieniłem. Ani te teksty!
Krytycy jednak uspokajali Jarockiego, że dla rosyjskiego widza Gombrowicz nadal jawi się jako awangardysta, którego języka dopiero przychodzi się uczyć.
Dzień Gombrowicza – najważniejszy element tzw. akcentu polskiego (tak oficjalnie nazywała się ta edycja festiwalu: Bałtycki Dom z akcentem polskim) – zakończył się sukcesem. Publiczność przyjęła inscenizację Jarockiego owacyjnie – rzecz inna, że Jarocki ma tutaj doskonałą opinię, dobrze pamięta mu się „Płatonowa”. Ale nawet ci, którzy języka Gombrowicza nie akceptują, pozostali pod wrażeniem kunsztu aktorskiego, zwłaszcza Anny Seniuk i Zbigniewa Zapasiewicza (doceniono także jego kreację w pokazywanym w Petersburgu spektaklu z Teatru Powszechnego „Zapasiewicz gra Becketta”). Ale podobali się także młodzi aktorzy, a krytycy rosyjscy o ich zawodowym przygotowaniu mówili z zazdrością. Ciekawe, że nierzadko polscy krytycy zazdroszczą kunsztu Rosjanom, zwłaszcza umiejętności wywiedzionych z wielkiej tradycji realistycznej…
Skądinąd, jak to zwykle bywa,

recenzenci nie doceniają tego, co mają najbliżej.

W Petersburgu na przykład można było zobaczyć – włączony do programu festiwalu – spektakl Andrieja Moguczija „Nie-Hamlet”, osnuty na sztuce Sorokina „Dismorfomania”. To opowieść o pacjentach szpitala psychiatrycznego. Cierpiący na dismorfomanię (natrętna niechęć do jakiejś rzeczywistej czy urojonej wady fizycznej) poddawani są przez psychopatycznego Doktora osobliwej terapii. Polega ona na wcielaniu się w postacie szekspirowskie – powstaje świat zaludniony tymi postaciami, w którym mieszają się wątki z wielu sztuk. Na czoło wysuwa się Hamlet-nie-Hamlet, który kocha, cierpi i odczuwa odrzucenie, ale daremnie szuka porozumienia ze światem, który pogrążył się w szaleństwie. Bardzo poruszający spektakl, także dzięki zastosowanym środkom wyrazu. Doktora gra wyśmienicie zawodowy klown (Anwar Libabow) – jego technika nakłada się na doświadczenia aktorskie zespołu i krzyżuje dodatkowo z występami zespołu punkowego Strachuidiot… Rodzi się w ten sposób opowieść o Rosji na rozdrożu, Rosji szukającej drogi.
Ciekawe artystycznie propozycje zaprezentowali w Petersburgu także Litwini. Przyjechał zespół Rimasa Tuminasa z „Trzema siostrami”, niedawno pokazywanymi w Warszawie – spektakl nadmiernie rozszalały pomysłami, rozsadzającymi tradycyjny rytm czechowowskiej dramaturgii. Przyjechał też zespół Eimuntasa Nekrosiusa, który dawał premierę „Fausta”, skromnie zwaną przez artystę „szkicem”. Są w tym spektaklu sceny wielkiej piękności, nawiązujące do niegdysiejszych osiągnięć Nekrosiusa (jak choćby pamiętnego „Makbeta”). Zwłaszcza scena Nocy Walpurgii ze stosem pohańbionych książek czy też scena splatania bohatera linami, jak w kosmicznej matni, robiły wielkie wrażenie. Czterogodzinne, monumentalne przedstawienie przemawiało przede wszystkim plastyczną siłą wyrazu i niepowtarzalnym, zdyscyplinowanym aktorstwem Vladasa Bagdonasa. Jego skupiony Faust był wiecznym badaczem, który usiłuje zgłębić zagadkę świata, zrozumieć jego sens.
Na dobrą pamięć zasługuje też przedstawienie Teatru Nowego z Rygi. Ceniony już reżyser średniego pokolenia, Alvis Hermanis, przedstawił „Długie życie”, spektakl właściwie bez słów – przez dwie godziny widzowie –

niczym podglądacze „Big Brothera”

– obserwowali życie starych ludzi w kołchozowym mieszkaniu. Biedni, schorowani ludzie, z ułomnościami fizycznymi, przyzwyczajeniami, brzydotą – wbrew temu, co widzimy, wbrew rumowisku ohydnych pamiątek z lat minionych i wyleniałych ze starości przedmiotów, objawiają naiwną ciekawość świata, niewygasły erotyzm i przemożną wolę życia. Poezja w tym hiperrealistycznym spektaklu pojawia się nagle we wspólnie śpiewanej (fałszywie, ale co z tego) piosence, w nierealnym marzeniu o życiu pięknym, a odeszłym. Najciekawsze, że role staruchów – bez charakteryzacji! – sugestywnie grali bardzo młodzi aktorzy. Grali w taki sposób, że nie było w tym nic z przedrzeźniania, ale jakaś przedziwna czułość, zmieszana z mimowolnym humorem. Był to więc spektakl oswajający z tym, co nieuchronne, z przemijaniem i ubywaniem sprawności – mądry i na przekór samemu sobie – krzepiący.
To był udany festiwal, a polski w nim udział utwierdził gospodarzy w przekonaniu, że nad Wisłą jest nadal ciekawy teatr.

 

Wydanie: 43/2006

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy