Dziennikarze kontra sędziowie

Dziennikarze kontra sędziowie

Polowanie na sędziów i stronnicze komentowanie wyroków to codzienność w mediach. Ostatnio ich ofiarą padła sędzia Barbara Piwnik

Sędzia Barbara Piwnik wypuściła z aresztu siedmiu bezwzględnych bandytów, którzy dokonali kilkunastu porwań dla okupu. Gang ma na sumieniu co najmniej 20 uprowadzeń i trzy zabójstwa – ogłosili, chwaląc się, że są pierwsi, dziennikarze tygodnika „Wprost” Piotr Krysiak i Rafał Pasztelański. Dziennikarze śledczy z „Wprost” ustalili (to ich określenie), że „bandyci byli wyjątkowo brutalni w stosunku do ofiar. Sekatorem obcinali im palce i wysyłali rodzinom. Krewni płacili setki tysięcy, a czasem nawet miliony euro okupu. (…) Decyzja sędzi Piwnik wprawiła w osłupienie policjantów, porwanych i ich rodziny”.
Na decyzję sędzi prokuratura złożyła zażalenie do sądu apelacyjnego. Wyższa instancja utrzymała w mocy decyzję sądu okręgowego.
Gdyby dziennikarze z „Wprost” chodzili na rozprawy sądowe w tej sprawie, wiedzieliby, że o „gangu obcinaczy palców” można było ewentualnie mówić w marcu ub.r., gdy proces się zaczynał. Bo wtedy wyglądało to groźnie: na ławie oskarżonych młodzi „napakowani” mężczyźni w czerwonych drelichach, jakie noszą wyjątkowo niebezpieczni aresztanci; w czasie przeprowadzania przez sądowe korytarze spętani łańcuchami od rąk do nóg.
Ale pół roku później sprawa, która miała być jednym z największych sukcesów stołecznej policji i prokuratury, zaczęła zmierzać ku wielkiej kompromitacji. Na ławie oskarżonych brakowało czterech podejrzanych, za którymi prokurator rozesłał listy gończe. Z 20 porwań w akcie oskarżenia nie znalazła się nawet jedna trzecia. O obcinaniu palców już w ogóle nie było mowy. Żaden zarzut nie dotyczy też zabójstwa (dwie ofiary porwań wciąż się nie odnalazły).
Wszystko to wypunktowała sędzia Barbara Piwnik jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Chciała zwrócić sprawę prokuraturze, by ta uzupełniła braki śledztwa, opierającego się głównie na wyjaśnieniach dwóch członków gangu, z których jeden wszystkie zeznania odwołał, a drugi jeszcze przed procesem po prostu zniknął.
Ale wtedy, na początku ubiegłego roku, sąd apelacyjny stanął po stronie organu ścigania. Proces się zaczął. Obawy przewodniczącej składu sędziowskiego potwierdziły się.
Nie było rozprawy – spośród kilkunastu – na której nie wyszłyby na jaw kolejne niedociągnięcia śledczych. Zdarzało się, że prokurator miał do powiedzenia tylko jedno powtarzane jak mantrę zdanie: – Nie wiem, wysoki sądzie.
A funkcjonariusz CBŚ na zarzuty, że nie ma podpisu pod protokołami przesłuchań czy rewizji, odpowiadał: – Ja jestem człowiekiem ugodowym, jak oskarżony tak mówi, to niech mówi.
Tymczasem zeznania świadków ujawniały coraz to nowe fakty. Jak choćby taki, że ofiara jednego z porwań już po przestępstwie użyczyła swojego mieszkania ojcu policjanta prowadzącego śledztwo. Również samo porwanie i jego przebieg wyglądały dziwnie. Po niektórych zeznaniach ofiary odnosiło się chwilami wrażenie, że uprowadzenie mogło być sfingowane przez rzekomo porwanego.
Dziennikarze tygodnika „Wprost” ustalili (bo jako nieobecni w czasie rozpraw nie mogli zaobserwować) co innego. Napisali więc pod dyktando prokuratury: „»Arcyzbrodniarze« pozostaną na wolności”. W sukurs pospieszyli im koledzy z dziennika „Polska” w artykule „Sędzia Piwnik za dobra dla bandytów”. Oto cytat z tej publikacji: „– Nigdy nie widziałem sędziego, który zwracałby się do oskarżonych, i to o tak poważne przestępstwa, po imieniu – relacjonuje jeden z policjantów. – Panie Krzysztofie, panie Grzegorzu… To niebywałe – dodaje”.
Sędzia Piwnik zaprzeczyła temu w TVN 24. I nawet nie była specjalnie zbulwersowana – takie kłamstwo można łatwo zweryfikować, gdyż rozprawy są nagrywane. A w odpowiedzi na pytanie, gdzie jest gang obcinaczy palców, wyraziła nadzieję, że może „kiedyś prokuratura i policja pokażą materiały dowodowe, co będzie się łączyło z wniesieniem nowego aktu oskarżenia”.
Oszczercze publikacje tygodnika „Wprost” zdementował w Sejmie wiceprokurator generalny Andrzej Pogorzelski, wyjaśniając, że „w sprawie obcinania palców toczy się odrębne postępowanie wobec innych osób; listem gończym poszukiwane są cztery osoby, którym prokuratura chce postawić takie zarzuty; nie jest to żadna z osób oskarżonych w sprawie gangu”.
Daremnie by jednak oczekiwać pokajania się kłamliwych dziennikarzy. Nie odwołają tego, co napisali, bo za ich plecami stoi ważny protektor Jarosław Kaczyński. Były premier, lider PiS, nadal twierdzi, że sędzia zwolniła z aresztu arcyzbrodniarzy, którzy obcinali ludziom palce. Co dla niego nie jest zaskoczeniem, bo „(…) sędzia Piwnik była też ministrem sprawiedliwości i to wszystko chyba składa się w jakąś całość”.
Problem, którego egzemplifikacją jest zaatakowanie sędzi Barbary Piwnik, dostrzega również Krajowa Rada Sądownictwa. – Nie ulega wątpliwości, że sądy i sędziowie podlegają krytyce – zauważa rada. – Jednakże krytyka powinna być poprzedzona rzetelnymi ustaleniami opisywanych faktów i nie powinna naruszać dóbr osobistych.

Zniesławiony dwa razy

„Gazeta Polska” w artykule pt. „Sędziowska Camorra” Grzegorza Wierzchołowskiego stwierdziła, że „polskim sędziom bliższa jest niż krwawa sycylijska Cosa Nostra neapolitańska Camorra. W mafii tej, jak w naszych sądach, o wszystkim decydują bowiem trzy czynniki: więzy rodzinne, pozycja w lokalnej sitwie oraz znajomość sztuczek prawnych. (…) Fakty są nieubłagane: sądownictwo w Polsce rozpada się pod ciężarem korupcji, nepotyzmu, bezprawia i niekompetencji (…). Metafora mafijna przestaje być przenośnią i zmienia się w kryminalną rzeczywistość”.
Na dowód autor przytacza m.in. sprawę prezesa Sądu Rejonowego w Toruniu, Zbigniewa Wielkanowskiego, który „regularnie bawił się przy wódce z szefem lokalnego gangu (…), a jego proces zakończyło skandaliczne umorzenie”.
Zakwestionowanie wyroku sądu bez wnikania w jego uzasadnienie to zapewne przejaw środowiskowej, fałszywie pojętej solidarności z koleżanką po fachu, Anną Marszałek, która w 2000 r. razem z Bertoldem Kittelem opublikowała w „Rzeczpospolitej” artykuł pt. „Sędzia do wynajęcia” o powiązaniach Wielkanowskiego z szefem miejscowego gangu. Jakby na zawołanie od razu zostało wszczęte dochodzenie prokuratorskie. Za tę publikację autorzy dostali Watergate – prestiżową nagrodę SDP.
Wielkanowski przez siedem lat nie miał prawa założenia togi sędziowskiej. Dopiero w tym roku mocą wyroku Sądu Apelacyjnego, a wcześniej sądu okręgowego został uniewinniony z głównych zarzutów. Redakcja „Rzeczpospolitej” została zobowiązana do przeproszenia sędziego za oszczerstwo. „Pozwani dziennikarze nie przedstawili właściwie żadnych dowodów”, stwierdzono w uzasadnieniu wyroku.
Trudno, aby nie wiedział o tym naczelny „Gazety Polskiej”, nieraz zasiadający z Anną Marszałek w prezydium w czasie dysput (na przykład o dziennikarstwie śledczym) organizowanych przez Centrum Monitoringu Prasy. A mimo to dopuścił, aby w czołowej publikacji „Gazety” toruński sędzia został ponownie zniesławiony.

Gangu sędziów nie było

Dziennikarz „Gazety Polskiej” podaje kolejny przykład na istnienie w polskim sądownictwie camorry: „Wystarczy wspomnieć o trwającej do niedawna współpracy sądu w Bielsku-Białej z mafią paliwową”. Powołuje się przy tym na anonimowego mecenasa P. z Małopolski, który wie, jak działają „dojścia” w sądach. Są to np. „powiązania towarzysko-rodzinne. W Bielsku-Białej na czele sędziowskiej mafii stał sędzia sądu rejonowego”.
Z artykułu nie wynika, że Wierzchołowski penetrował akta sądowe, ale może chociaż przeczytał wycinki prasowe. Jeśli to zrobił, to bardzo wybiórczo. Bo wprawdzie 29 lutego ub,r. w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł Marcina Pietraszewskiego pt. „Sędzia sprzedała proces za wódkę i słodycze?”, ale kilka miesięcy później zawarte w nim rewelacje zostały sprostowane piórem innego dziennikarza „Wyborczej”.
Pietraszewski napisał bowiem: „Prokuratura nie ma już wątpliwości, że na Podbeskidziu działała grupa złożona z sędziów i prokuratorów. Jej członkowie w zamian za łapówki mieli załatwiać korzystne wyroki lokalnym biznesmenom. (…) W proceder jest zamieszanych co najmniej dziesięciu sędziów i prokuratorów z Podbeskidzia”.
11 maja ub.r. w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł Bogdana Wróblewskiego pod tytułem „Gangu sędziów nie było”. Autor zrzuca winę za wcześniejsze wprowadzenie czytelników w błąd na ówczesnego zastępcę prokuratora generalnego Jerzego Engelkinga. „Po siedmiu miesiącach śledztwa – informuje Wróblewski – jest kilkunastu podejrzanych, ale spośród pracowników wymiaru sprawiedliwości zarzuty usłyszeli tylko sędzia Grzegorz W. i wcześniej jego żona, była prokurator. Upadł też zarzut kierowania grupą przestępczą”.
W październiku ub.r. sytuacja w Bielsku-Białej zmieniła się o tyle, że Grzegorz W. poszedł na współpracę ze śledczym i otrzymał status tzw. małego świadka koronnego. Od tej pory oskarża o branie łapówek swoich kolegów po fachu. Nadal jednak nie ma mowy o osłanianiu przez sędziów mafii paliwowej, są natomiast duże wątpliwości – wyraża je rzecznik Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej, Jarosław Sablik – czy Grzegorz W. jest, choćby ze względu na swój stan zdrowia, wiarygodny.
Natomiast na zamieszczenie sprostowania informacji nie zdobył się „Newsweek Polska”, gdzie ukazała się publikacja Igora Ryciaka i Miry Suchodolskiej „Sądne dni dla sędziów”, niepozostawiająca cienia wątpliwości co do istnienia gangu w bielskim wymiarze sprawiedliwości. Informatorem dziennikarzy miał być anonimowy sędzia.
Sędzia Jarosław Sablik wysłał do tygodnika sprostowanie. Pisze, że autorzy swymi fantazjami zastąpili przedstawione im stanowisko prezesa SO w Bielsku-Białej, które nie znalazło się w artykule. Naczelny „Newsweeka” odmówił zamieszczenia sprostowania z kuriozalnego powodu – zakwestionował legitymację rzecznika prasowego sądu do domagania się opublikowania dementi. Zdaniem redaktora, „zostało ono wystosowane przez osobę, której nie dotyczą fakty przytoczone”.

Dwie różne opinie biegłych

Autor „Sędziowskiej Camorry” powołuje się na raport Transparency International. Zdaniem tej organizacji, również środowisko biegłych sądowych jest „przeżarte korupcją w stopniu najwyższym: ekspertyzy sporządzone przez dwóch „fachowców” mogą się różnić nawet w 80-90%, co stwarza idealne pole do prawnych manewrów”.
Jeśli rzeczywiście tak wynika z raportu TI, pozostaje tylko ubolewać nad brakiem kompetencji autorów tego dokumentu. Każdy bowiem biegły sądowy wie, że opinie – zwłaszcza psychologiczno-psychiatryczne dotyczące tego samego badanego – mogą się różnić. I z zasady są obarczone pewnym błędem. Jednakże najwyższym biegłym jest sąd. Jeśli ma wątpliwości, zamawia kolejną opinię i wybiera tę, która go przekonuje.
Pisząc o dwóch różnych opiniach dotyczących tego samego oskarżonego, dziennikarz „Gazety Polskiej” miał zapewne na myśli głośną sprawę sądową dwóch psychiatrów, Urszuli L. i Andrzeja Sz., ze szpitala w Tworkach, oskarżonych o wydanie stronniczej, za łapówkę, opinii dla przestępcy. Obecnie toczący się przed sądem w Pruszkowie ich proces z rozprawy na rozprawę obala zarzuty oskarżyciela.
Czy nie zdarzają się pomyłki? Owszem. Ale nie ma to charakteru zorganizowanej mafii. W Polsce jest około 600 biegłych psychiatrów (to najczęstsza specjalizacja) z list sądów okręgowych. Ostatni udowodniony drastyczny przypadek przekupienia biegłego zdarzył się w Dzierżoniowie w 2004 r. Tamtejszy biegły sądowy został złapany na wydaniu opinii, która miała chronić sprawcę przestępstwa przed odpowiedzialnością: Sąd Okręgowy w Świdnicy zwolnił z aresztu Mariana G., który zlecił zabójstwo konkubenta swej byłej synowej. Podstawą sądowej decyzji była opinia psychiatry Jerzego P., że żona Mariana G. ma depresję i wymaga stałej opieki. W tym czasie rzekomo chora kobieta prowadziła stragan z warzywami.

Spory sądowe to nie igrzyska

Medialna obsługa procesów sądowych wymaga jakiej takiej znajomości prawa. Dziennikarze zazwyczaj przychodzą na rozprawy w dniu rozpoczęcia procesu, a następnie na ogłoszenie wyroku. Nie znają przebiegu przewodu sądowego, który ciągnie się, jeśli nie latami, to co najmniej miesiącami, wiele faktów im się myli, a mimo to często już od progu sali rozpraw wiedzą, po której stronie ulokują sympatie czytelników. Jeszcze gorzej, gdy proces ma tło polityczne i na jego relacjonowaniu waży opcja gazety, z której jest sprawozdawca. Dochodzi do przekłamań, wyroki są złośliwie komentowane, merytoryczną dyskusję zastępują niewybredne – tak się dzieje zwłaszcza w tabloidach, ale nie tylko – epitety.
Dziennikarz i polityk Janusz Korwin-Mikke obraził w artykule sędziów SN, wymyślając im od „sk… synów”. Takie słowa znalazły się w komentarzu do wyroku Sądu Najwyższego, w którym sąd wyjaśniał, dlaczego nie można uznać Mariana Jurczyka, lidera „Solidarności” ze Szczecina, za kłamcę lustracyjnego.
Gdy naruszenie etyki dziennikarskiej jest szczególnie rażące, niektórzy rzecznicy prasowi sądów wysyłają sprostowania. Jednakże większość redakcji lekceważy prawo prasowe i nie zamieszcza dementi. Cytowana (skądinąd kuriozalna) odmowa „Newsweeka” nie jest sporadycznym incydentem. W odniesieniu do sądów odbywa się to w atmosferze szczególnej bezkarności. Bo chyba nie zdarzyło się dotąd, aby tak spostponowany przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości zareagował pozwem przeciwko dziennikarzowi. Być może w przekonaniu, że szkoda czasu albo z obawy, że każdy wyrok media solidarnie uznają za stronniczy.
Dziennikarze pozwalają sobie na wiele, tym bardziej gdy czują aprobatę rządzących. Było to bardzo czytelne za czasów premiera Kaczyńskiego, który sam dawał przykład: ilekroć przegrywał w procesach o pomówienia, zawsze obrzucał sądy inwektywami. Nie przypadkiem napastliwy artykuł „Sędziowska Camorra” ukazał się w „Gazecie Polskiej”, trybunie PiS – przynajmniej z czasu rządów tej partii.
Szczególną bezkarność, nieliczenie się z obelżywym słowem demonstrują tabloidy. Oto w dzienniku „Fakt” ukazuje się artykuł Małgorzaty Gleń o bezwzględnym krakowskim sądzie, który zabrał dziecko biednej matce. Publikacja ma wycisnąć łzy u czytelników. Służy temu, poza nieprawdziwymi informacjami, odpowiednie słownictwo: „Od matki oderwali ją bezduszni policjanci i sędzia. I choć jest niewinna, nie chcą jej oddać dziecka. (…). Czym sędzia Iwona Bujak umotywowała swoją bezduszną decyzję? Na jakiej podstawie? Nie wiadomo!”.
W rzeczywistości sprawy miały się tak: rodzicielka Martynki, Sabina U., została zatrzymana, gdyż była poszukiwana listem gończym przez Prokuraturę Rejonową w Nowym Targu. Ponadto sąd ustalił, że rok wcześniej Sabina U. zachowywała się nieodpowiedzialnie wobec dwuletniego syna Fabiana. Często zostawiała go na całe dnie samego, aż kiedyś dziecko wdrapało się na parapet okienny i wypadło z drugiego piętra. Jest kaleką. Sąd pozbawił matkę władzy rodzicielskiej.
W związku z poważnymi wątpliwościami, czy taka osoba może się opiekować małym dzieckiem, wniosek Sabiny U. o oddanie jej córki został oddalony. Wyznaczono termin badania w rodzinnym ośrodku diagnostyczno-konsultacyjnym.
W „Fakcie” wypowiedź rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Krakowie została wypaczona (już po autoryzacji). Następnego dnia temat ponownie znalazł się w gazecie. Redakcja zamieściła apel do krakowskich sędziów: „(…) Nikt nie kazał wam przestawać myśleć z chwilą, gdy wkładacie łańcuch i togę. (…) Temida ma być ślepa. Ale to nie znaczy, że do tego ma być głucha i głupia”.
Z atakowania pod publiczkę sędziów dziennik „Fakt” uczynił naczelną dewizę redagowania pisma. W jednym z numerów gazeta publikuje zdjęcia prezesa sądu okręgowego oraz psa policyjnego pod wspólnym tytułem: „Jeden wart drugiego”.
Z podobnie nienawistną reakcją spotkał się sędzia Sądu Rejonowego w Brzesku. Wojciech Biedroń w artykule pt. „Ma oddać dzieci za dług” pisze tak: „Skandal! (…) Pan nie ma sumienia, panie sędzio! Myśli pan, że jak są biedne, to może pan je bezkarnie krzywdzić? Te dzieci muszą pozostać przy ojcu, niezależnie od pana pokrętnych decyzji, sędzio Romanie Różanowski”. Są zdjęcia sędziego z podpisem: „Bezduszny sędzia ma za nic miłość, która panuje w rodzinie Knurowskich”.
– Ten dziennikarz – mówi mi prezes Sądu Rejonowego w Brzesku, Sławomir Świerczek – nie kontaktował się z sądem, wysłuchał tylko pretensji jednej strony. Sprawa K. ciągnie się już kilka lat i gdyby pan Biedroń zajrzał do akt sądowych albo przynajmniej przyszedł na rozprawę, poznałby prawdę.
Na sprostowanie sędziego redakcja nie zareagowała. To tylko rozzuchwaliło dziennikarza. Red. Biedroń podobnie potraktował sędziego, gdy obsługiwał proces toczący się w Sądzie Okręgowym w Krakowie. Chodziło o dziecko zgwałconej głuchoniemej Edyty B. (w artykule nazwisko w pełnym brzmieniu), które zdaniem sądu powinno być umieszczone w domu dziecka. Dziennikarz w reportażu pt. „Kocham Kacperka, a sąd mi go zabrał” podaje nazwisko sędzi jako osoby „bez serca, bezdusznej”.
Waldemar Żurek, rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie, usiłował wyjaśnić czytelnikom „Faktu”, że nim sąd wydał orzeczenie, wypowiedzieli się psycholodzy z rodzinnego ośrodka diagnostyczno-konsultacyjnego. Ich zdaniem matka nie jest w stanie samodzielnie zająć się synkiem, a babka Kacpra ma poważne problemy z własnymi dziećmi; właśnie toczy się w tej sprawie odrębne postępowanie sądowe. Dziecko jest zaniedbane, opóźnione w rozwoju psychosomatycznym. Dementi nie ukazało się.

Sędzia z przepaską na oczach

Łańcuch z godłem państwa na todze sędziego znaczy, że to nie pan Kowalski wydaje wyrok, ale zespół, a oskarżony odpowiada na pytania sądu, a nie konkretnego sędziego. Dla wielu dziennikarzy nie ma to jednak znaczenia.
Opowiada sędzia Sądu Okręgowego w Krakowie, Andrzej Almert: – Do pokoju asesora Rafała Ziętka z Sądu Rejonowego w Olkuszu wchodzi dwóch mężczyzn. Jeden z nich mówi, że jest z „Faktu”. Nie pokazuje jednak legitymacji prasowej, tylko domaga się od asesora wywiadu w związku z postanowieniem w sprawie oskarżonego Mirosława S. Gdy asesor kieruje swego rozmówcę do rzecznika prasowego, drugi mężczyzna wyciąga z plecaka aparat fotograficzny i bez pytania o zgodę robi kilka zdjęć. Na odchodnym mówi:
– Ludzie się was boją.
Potem ukazuje się pełen przekłamań i obelżywych komentarzy artykuł pod tytułem „Sędzia z Olkusza oszalał. Panie sędzio Ziętek, czy pan zwariował?”. Zamieszczone jest też zdjęcie asesora z zasłoniętymi oczami, co wcale zresztą nie utrudnia rozpoznania go w małym Olkuszu.
Nie tylko tabloidy polują na twarze sędziów, aby postawić ich pod pręgierz. Sędzia Almert prosił kiedyś reportera TVN, Macieja Kuciela, o wyłączenie kamery. Bez skutku: – Nie chciałem występować w tej audycji, bo odmówiłem udzielenia pewnych informacji, aby nie naruszyć tajemnicy państwowej i śledczej – tłumaczy się sędzia.
Rzecznik wielokrotnie spotykał się z nachalnością dziennikarską: – Nie jest do zaakceptowania – zauważa – aby sędziowie musieli się kryć przed krążącymi korytarzami ekipami telewizyjnymi i nie byli wolni od tego typu napaści również we własnych gabinetach.
Opisuje mi jeden z takich incydentów: Do pokoju sędzi wchodzi młody mężczyzna. Nie przedstawia się, dopiero tuż przed biurkiem wyciąga ukrywany do tej pory mikrofon. Za nim jak spod ziemi wyrasta kamerzysta. Ten pierwszy mówi, że jest z Polsatu (nie wyjął legitymacji) i od razu napastliwym tonem pyta sędzię, która dopiero co skończyła rozprawę, czy czuje się winna, że przestępcy wyszli z aresztu. – Nie mogę w trakcie procesu komentować wydanych przez siebie orzeczeń – usiłuje bronić się namierzona kamerą kobieta. Jej zdenerwowanie, panika w oczach, będzie w telewizyjnym programie ilustracją tezy, że sędziowie popełniają kardynalne błędy.

Na ławie oskarżonych

Nierespektowanie sądu jako instytucji wymiaru sprawiedliwości jest szczególnie rażące, gdy dziennikarz jest stroną w procesie i co gorsza, stroną przegraną. Coraz częściej się zdarza, że nawet szefowie poważnych tytułów prasowych, jeśli już są zmuszeni po przegranym procesie do przeproszenia na łamach pisma osoby skrzywdzonej publikacją, pozwalają jej autorowi na komentarz pod tekstem sprostowania. I wtedy rozeźlony dziennikarz śmiało sobie pisze, że prawomocny wyrok jest skandaliczny, prawdą bowiem jest, że… (tu powtarza się osądzone już oszczerstwo.)
Oto przykład: Sąd Apelacyjny, a następnie Najwyższy nakazał zamieszczenie w dzienniku „Rzeczpospolita” przeproszenia Waldemara Deszczyńskiego przez Małgorzatę Solecką i Andrzeja Stankiewicza – autorów cyklu „Leki za miliony dolarów”. Wyrok został wykonany, ale przegrani dziennikarze zamieścili równocześnie artykuł, w którym jeszcze raz powtórzyli swe oskarżenia.
Innym sposobem na sprowadzenie instytucji sądu do „poziomu krawężnika” jest po prostu zlekceważenie nakazanego wyrokiem obowiązku opublikowania sprostowania. Przekonał się o tym pewien prokurator z Poznania.
W „Super Expressie” ukazały się oszczercze artykuły Dariusza Bieleszczuka i Joanny Pęcherskiej-Rujnej o Tadeuszu Laudowiczu, prokuratorze okręgowym w Poznaniu. Tematem zniesławiającej publikacji był rzekomy związek pomiędzy nabyciem przez bohatera artykułu samochodu u dilera a umorzeniem postępowania przygotowawczego w sprawie wypadku drogowego, w którym uczestnikiem był ów sprzedający.
Zdeterminowany prokurator, nie mogąc wyegzekwować w redakcji opublikowania dementi, wystąpił do sądu, zarzucając dziennikarzom naruszenie jego dóbr osobistych. Po trzech latach procesu zapadł prawomocny, korzystny dla powoda wyrok. Redakcja „Super Expressu” została zobligowana do opublikowania odpowiedniego oświadczenia. Wyrok nie doczekał się wykonania.
Znamienna jest uchwała Zgromadzenia Sędziów Sądu Apelacyjnego w Białymstoku: „(…) Z ogromnym niepokojem sędziowie obserwują nieobiektywną i nieodpowiedzialną krytykę sądownictwa i sędziów. W medialnych relacjach nie zawsze są przedstawiane rzetelne motywy wyroku; zamiast bezstronnego wyjaśnienia, fachowej opinii, przytacza się komentarz niezadowolonej strony albo zdanie polityka sugerującego, że na treści wyroku zaważyły względy pozamerytoryczne.
Sędziowie nie protestują przeciw kamerom w salach rozpraw, ciekawości i aktywności mediów oraz w pełni popierają swobodę wypowiedzi. Jednocześnie oczekują rzetelnego przekazu i obiektywnej relacji. (…) Jeśli jednak dochodzi do ograniczenia niezależności władzy sądowniczej i niezawisłości sędziowskiej, najdotkliwiej odczuwają to obywatele”.

Wydanie: 9/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy