Dziś wypożyczam to miejsce

Dziś wypożyczam to miejsce

Dziś swoje miejsce w PRZEGLĄDZIE ustępuję cytatom z artykułu prof. Stanisława Bielenia, jednego z najwybitniejszych i najbardziej niezależnych politologów w Polsce. Pisze on (w artykule „Wokół Ukrainy”, „Polityka Polska” nr 1, maj 2015): „Doświadczenia z konfliktem ukraińskim pokazują, że w analizach stosunków międzynarodowych trudno znaleźć takie narzędzia, które zapobiegłyby ideologizacji bądź zaangażowaniu w bieżącą politykę. Nauka z małymi wyjątkami stała się znów zakładnikiem odgórnego instruktażu i dogmatyzacji w imię pryncypiów ideologicznych, a nie w imię wierności faktom i zasadzie rzetelności. Nie trzeba być wyrafinowanym obserwatorem, aby stwierdzić, że w relacjach z sąsiadami Polska ma szanse na uczestnictwo w grze podmiotowej, podczas gdy w strategii amerykańskiej staje się przedmiotem gry. Na te tematy potrzebna jest szeroka dyskusja w środowiskach politycznych, medialnych i akademickich. Tymczasem występuje zjawisko zamykania ust »dysydentom«, zaś oficjalnie promuje się tylko jedną, niepodważalną narrację. Obserwacja polskiego społeczeństwa skłania do konstatacji, że zwyczajni ludzie zachowują o wiele więcej zdrowego rozsądku i krytycznego dystansu niż wszyscy analitycy, eksperci i doradcy razem wzięci. Polscy komentatorzy wydarzeń międzynarodowych pretendują do fachowości, a w istocie są prymitywnymi amatorami sięgającymi do infantylnych analogii historycznych, czarnowidztwa i wojennego katastrofizmu. Eskalowanie strachu i lęku przed Rosją stało się specjalnością większości polityków i dziennikarzy, a nawet profesorów uniwersyteckich. Mamy do czynienia z absurdalną demonizacją Rosji Putina, zamiast racjonalną analizą i diagnozą interesów skonfliktowanych stron. (…) Żeby podważyć odmienne racje, używa się epitetów i etykietek, a nie argumentów, stygmatyzuje się »zdrajców«, »ruskich agentów«, »chórzystów Putina«, »poputczyków«, »pożytecznych idiotów« i »moskiewskich trolli«. Zarzuty medialne pod adresem »rozumiejących Rosję« przypominają najgorsze dziennikarstwo z czasów PRL (…). A chodzi przecież o tematy i problemy mające żywotne znaczenie dla narodu i państwa polskiego. Dziennikarze piszą w duchu »atomowej zadymy z Ruskimi«, co powinno obudzić opinię publiczną, która tak jak w okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch wojny 1914 r. żyje w jakimś irracjonalnym entuzjazmie i euforii prowojennej. (…) Kolejny raz okazało się, że gdy dochodzi do wybuchu propagandy prowojennej, pacyfiści milkną i znikają z ulic. »Wojenny magnetyzm« prowokowany przez rozmaite kręgi militarystyczne i zbrojeniowe lobbies uzasadnia sięganie do wojny jako »normalnego« instrumentu rozstrzygania sporów międzynarodowych. Obecnie najwięcej głosów przeciw wojnie dobiega z Niemiec, które z oczywistych powodów zachowują powściągliwość w eskalowaniu klimatu konfrontacji. Niemcy niekoniecznie są przyjaciółmi Putina, ale potrafią bronić swojego punktu widzenia. Gdy kilkadziesiąt niemieckich prominentnych osobistości życia publicznego (m.in. były prezydent, byli kanclerze, ministrowie, przemysłowcy, naukowcy, artyści, pisarze) wystosowało apel pt. »Znowu wojna w Europie? Nie w naszym imieniu« (»Die Zeit«), ostrzegając przed eskalacją konfliktu i opowiadając się za dialogiem z Rosją, to niemal z góry ten szlachetny gest uznano (w Polsce) za anachroniczny, a publicysta »Polityki« (A. Krzemiński) zdezawuował go już samym tytułem swojego artykułu (»Klęska niemieckich starców«, »Gazeta Wyborcza«). (…) Zachód wbrew pozorom nie ma instrumentów do powstrzymania Rosji. Jego bezwarunkowe wsparcie dla Ukrainy (polityczne, finansowe i militarne) nie jest niestety oparte na żadnych gwarancjach, że tak daleko idące zaangażowanie przyniesie oczekiwane rezultaty. (…) W Europie, ale i w USA pojawia się coraz więcej głosów o konieczności powrotu Ukrainy do roli państwa buforowego, które musi utrzymywać zrównoważone relacje zarówno z Rosją, jak i z Zachodem. (…)
Tymczasem polskie elity polityczne przyjęły w 2014 r. przygotowania do wojny za priorytet. Medialna euforia z powodu rosnących wydatków na zbrojenia i eskalacja pomysłów na zakup superkosztownych rodzajów broni dla polskiej armii dowodzi kolejnego porywania się z motyką na słońce. Koszty owej »polityki pokojowej« są coraz wyższe, a militaryzacja myślenia i życia publicznego wcale przecież nie gwarantuje większego bezpieczeństwa na wypadek globalnego konfliktu”.

Wydanie: 23/2015

Kategorie: Bronisław Łagowski

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy