E-fikcja ministra Piontkowskiego

E-fikcja ministra Piontkowskiego

Całą odpowiedzialność za zdalne nauczanie minister edukacji zrzucił na dyrektorów szkół i samorządy, nie dając żadnych podpowiedzi, jak pracować

Poprzednia minister edukacji, Anna Zalewska, topiła miliardy złotych w deformie. Jej następca, Dariusz Piontkowski, stał się godnym kontynuatorem niszczenia systemu, który ledwie dyszy. W ciągu pięciu lat PiS nie zrobiło z programem e-podręczników nic. Co prawda, koronawirus nie tylko na nauczycielach wymusił z dnia na dzień zmianę formy kontaktu z klientem, petentem, pacjentem, kontrahentem, ale w tych branżach nikt nie oczekuje, że staną się cuda. Nikt nie oczekuje, że w parę dni – bez szkoleń, sprzętu, przeglądu możliwości technicznych – obydwie strony odniosą sukces. Nikt, oprócz Ministerstwa Edukacji Narodowej, dającego nauczycielom, dyrektorom i samorządom wątpliwe finansowe i moralne wsparcie, które czasem trudno odróżnić od pogardy.

Podwójne standardy

Przygotowane na szybko rozporządzenie o nauczaniu zdalnym obnaża całą mizerię systemu edukacji, który nagle przeszedł z ręcznego sterowania na decentralizację – za wszystko są odpowiedzialni dyrektorzy szkół i samorządy. Chcieliście decentralizacji, to ją macie, radźcie sobie sami. Proste?

– Kiedy się pali, szkołom daje się autonomię oraz niemal wszystko zrzuca na dyrektora i samorząd. Kiedy zaś dyrektorzy próbowali zrobić coś samodzielnie, choćby tęczowe piątki, wtedy wytaczało się na nich cały aparat kontrolny. W etyce nazywamy to podwójnymi standardami – mówi Przemysław Staroń, Nauczyciel Roku 2018, pracujący w II LO w Sopocie, który znalazł się wśród 50 finalistów prestiżowego międzynarodowego konkursu Global Teacher Prize.

Staroń przypomina, że Nauczyciele Roku i Superbelfrzy od lat apelowali o nauczanie cyfrowe z prawdziwego zdarzenia. – Nasze głosy nie były jednak słyszane. Gdy Nauczyciel Roku 2013 Marcin Zaród nie mógł dotrzeć na spotkanie, minister Zalewska nie zgodziła się na wideokonferencję, a po strajku zablokowała nas na Facebooku – opowiada. – E-learning został wprowadzony tylko dlatego, że rządzący nie widzą innego wyjścia. Nie dość, że w trakcie strajku władze były głuche na nasze wołania, to jeszcze demonstrowały wobec nas pogardę. A teraz wszystko ma się udać dzięki tej opluwanej grupie.

Staroń, podobnie jak wielu nauczycieli, zastanawia się nad skalą stresu, w jakim obecnie żyją dyrektorzy, którzy muszą to wszystko sami udźwignąć. Czy ktoś pomyślał, jaki jest i jaki będzie za chwilę ich stan zdrowia? – Teraz najważniejsze jest zadbanie o biologiczne przetrwanie społeczeństwa, o zdrowie, o poczucie emocjonalnego bezpieczeństwa i bezpieczeństwo ekonomiczne obywateli – podkreśla Nauczyciel Roku 2018. – Rozporządzenie o edukacji online nasuwa obraz tonącego „Titanica”, na którym ktoś rozpaczliwie sprawdza karty pokładowe. To, co widzimy, to ledwie objaw nowotworu toczącego od lat polską edukację. Obawiam się, że nawet gdyby minister Piontkowski został zdymisjonowany, jego następca nie okaże się uzdrowicielem, bo musiałaby się zmienić władza – na taką, która nie pogardza i nie wyklucza. Jednak teraz trzeba robić wszystko, żeby nie mnożyć, zwłaszcza dzieciom, stresów. I mam nadzieję, że jeśli będziemy solidarni i mądrzy, być może nie tylko przetrwamy, ale także zadamy cios temu choremu, anachronicznemu, lękotwórczemu systemowi edukacji.

Odfajkowane rozporządzenie

Minister Dariusz Piontkowski uważa, że nauczyciel powinien prowadzić lekcje w formie telekonferencji. Potrzeba jednak do tego oprogramowania. TeamSpeak do 32 użytkowników jest za darmo, ale co ma zrobić nauczyciel, jeśli w klasie są 33 osoby? Kupić, zainstalować, skonfigurować? Szkoła mu kupi i na szybko załatwi licencję, a polonista doskonale da sobie radę z instalacją i konfiguracją? Gdy w środę, 25 marca, gdy zaczęło obowiązywać rozporządzenie, kilka milionów uczniów i kilkaset tysięcy nauczycieli odpaliło serwery, padły systemy Librus i Vulcan. Nikt nie policzył, jaka przepustowość sieci jest wymagana do nauczania online. Nie sprawdziły się co prawda przepowiednie, że cały internet w Polsce wyleci w kosmos, ale utrudnienia mogą się pojawiać każdego dnia.

A co na zdalne nauczanie uczniowie? Wielu z nich traktuje ten czas jako koronawakacje, trudno ich zmobilizować do tej formy nauki, nie traktują jej poważnie, nie czytają wysłanych przez e-dziennik mejli o lekcjach online, udają, że o nich nie wiedzieli. Dla świętego spokoju umawiają się na zajęcia z nauczycielem na godz. 10, po czym nie ma ich przy komputerze. Tłumaczą się rozbrajająco: „Wstałem o 11, właśnie piję kawę”.

Jedynie maturzyści i ósmoklasiści poważniej podchodzą do sprawy. Niektórzy nauczyciele pracują z nimi za pomocą Messengera. Bo egzaminy ósmoklasistów i matura wciąż nie zostały przełożone. I to jest dramat. – W trudnych czasach trzeba odważnych decyzji, więc już powinno zostać powiedziane, że matura i egzamin ósmoklasisty będą przełożone. Czy zastanawiamy się, co teraz przeżywają dzieci i całe rodziny? Nic by się nie stało, gdyby matury odbyły się w lipcu – przekonuje Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich.

– Jestem bardzo zawiedziony tym rozporządzeniem. Całą odpowiedzialność zrzucono na dyrektorów szkół i na samorządy, nie dając jednocześnie żadnych podpowiedzi, jak pracować. Plus tej sytuacji – decentralizacja systemu oświaty, minus – ogromna odpowiedzialność za egzaminy ósmoklasisty. Widzę, że nauczyciele chcą robić wszystko jak najlepiej, ale działają po omacku. Pogłębi się przepaść edukacyjna między szkołami. Nie każde dziecko ma w domu internet, a nawet jak ma, niekoniecznie otrzymuje wsparcie od rodziców. Bardzo dobry uczeń może takiego wsparcia nie mieć. Uczy się dobrze, bo ma mnóstwo pytań do nauczycieli. Kto mu teraz na nie odpowie? Jeśli dzieci mają być oceniane za testy online, to za co ma być ta ocena? Za umiejętność samodzielnej pracy czy raczej za radzenie sobie z obsługą nieintuicyjnej platformy edukacyjnej? Jedni nauczyciele zadają dzieciom na cały tydzień, drudzy dawkują coś codziennie. Jedni trzymają się kurczowo podręcznika, drudzy odwrotnie – podsyłają dzieciom linki do British Museum – wylicza Wójcik. – Czas pandemii wymusza myślenie o kształcie przyszłego systemu edukacji. A samo rozporządzenie zostało po prostu odfajkowane; w niczym nie pomaga, niczego nie doradza. Żałuję, że w krótkim procesie legislacyjnym choćby na parę godzin nie przysłano nam projektu do konsultacji. Ale jeszcze nie jest za późno, to rozporządzenie można i trzeba zmienić, bo dziś już widać, że zamknięcie szkół nie skończy się wraz ze świętami wielkanocnymi. Spróbujmy popracować nad nowelizacją. To nie wstyd coś poprawić. W domach panuje napięcie. Widziałbym większą rolę wsparcia psychologiczno-pedagogicznego. Skupmy się bardziej na zabawach logicznych, wspólnej rozrywce, a nie na stresowaniu dzieci egzaminem ósmoklasisty.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 14/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Gazeta

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy