Efekt motyla

Efekt motyla

Kilka dni temu minęła pierwsza rocznica odwołania ze stanowiska dyrektora generalnego służby zagranicznej Andrzeja Papierza, zwanego też na korytarzach na Szucha JP2.

W historii MSZ mało było urzędników, którzy narobiliby tyle szkód i nieszczęść i tak bardzo nie nadawali się na pełnione stanowisko. To opinia nie tylko szeregowych pracowników ministerstwa, ale i ważnych postaci z aktualnego obozu władzy. Był w tym licznym gronie nawet Witold Waszczykowski, który nazywał Papierza Rasputinem MSZ.

Kierując resortem spraw zagranicznych, Waszczykowski jakoś hamował ambicje Papierza i stojącej za nim kamaryli, ale jego następca, Jacek Czaputowicz, już nie był w stanie. I to on mianował Papierza dyrektorem generalnym. Co ciekawe, Papierz wcześniej był wiceministrem. Zszedł więc szczebel niżej, ale tylko w teorii, bo jako dyrektor generalny zyskał władzę nad ludźmi, finansami i strukturami MSZ.

Specyfiką tego resortu jest stała rotacja, zmiana stanowisk, tu raz się jest dyrektorem, innym razem ambasadorem, podwładny może stać się szefem lub przeciwnie – szef podwładnym. Wymaga to od ludzi pracujących w MSZ elementarnej kindersztuby – nawet jak kogoś trzeba zbesztać, należy to robić grzecznie, nie przekraczając pewnych granic.

Andrzej Papierz nigdy tego się nie nauczył i bezustannie obrażał. Nie tylko urzędników, których i tak chciał wyrzucić, nie tylko pracujące z nim panie, ale i ludzi mniej lub bardziej związanych z PiS. Obrażał swoim zachowaniem, odnoszeniem się do pracowniczek/pracowników, nieodpowiadaniem na pisma służbowe np. od ambasadorów. Ma za takie postępowanie kilka spraw sądowych.

Ostatecznie, po fiasku nowelizacji ustawy o służbie zagranicznej, którą sam przygotowywał, a w której nie oszacował skutków finansowych jej wprowadzenia, został odwołany. I wszystko się rozsypało.

Przypomnijmy, Papierz sam dla siebie wymyślił i umieścił w ustawie stanowisko szefa służby zagranicznej. Ale został nim Arkady Rzegocki, były ambasador w Londynie. Plan B przewidywał więc, że Papierz zostanie ambasadorem w Pradze albo konsulem generalnym w Stambule czy Szanghaju lub przedstawicielem przy FAO w Rzymie. Nic z tego! A dlaczego?

Wspomniany w tytule motyl zadziałał podczas dorocznego spotkania ambasadorów w 2019 r. Otóż Andrzej Papierz tak intensywnie celebrował spotkania ze swoimi akolitami, że kilka razy, z dnia na dzień i godziny na godzinę, przesuwał to wcześniej wyznaczone z ambasadorami. Ostatnia jego propozycja wybiegała daleko poza daty i godziny zaplanowanego, kilkudniowego zjazdu. Wtedy to ówczesny ambasador w Londynie Arkady Rzegocki zwrócił się, bardzo grzecznie, w imieniu grupy ambasadorów, którzy mieli wcześniej wykupione bilety lotnicze, o przywrócenie poprzedniej godziny. I co się stało? Został potraktowany przez Papierza brutalnie i obelżywie, ustnie i na piśmie, w obecności kilku kolegów. Teraz przyszedł czas rewanżu.

Attaché

Wydanie: 19/2022

Kategorie: Aktualne, Kronika Dobrej Zmiany

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy