Ekologia i Przegląd

Od nadobnicy po łosia

Góry Świętokrzyskie, a zwłaszcza obszar Łysogór, narażone są na opady kwaśnych deszczów. Wiatry przynoszą jenawet ze Śląska

Rozmowa z dr. Dariuszem Wojdanem z Pracowni Naukowo-Badawczej Świętokrzyskiego Parku Narodowego

– Właśnie trafił do was w ciężkim stanie orzeł bielik. Czy często ratujecie dzikie zwierzęta?
– Zdarzenie z orłem bielikiem to odosobniony przypadek, gdyż w naszym parku nie ma gniazd tego ptaka. Za to często trafiają chore myszołowy, pustułki, jastrzębie, sowy. Pomagamy wszystkim chorym, rannym zwierzętom – sarnom, dzikom, jeleniom, borsukom. Najczęściej to ofiary kłusowników, którzy są plagą Gór Świętokrzyskich. Gdy zwierzęta wymagają dalszej opieki, zatrzymujemy je u siebie. Wprawdzie nie mamy dla nich lecznicy, ale możemy zapewnić opiekę weterynaryjną. W przyszłości chcemy utworzyć zwierzyniec, taką minilecznicę przy Ośrodku Edukacyjnym ŚPN. Robiliśmy wszystko, by uratować bielika. Zatrucie chemikaliami było groźne, ale dzięki naszej troskliwości ptak stanął na nogi, zaczął fruwać i niebawem wróci do swego środowiska.
– Jakie zwierzęta są charakterystyczne dla parku, które z rzadszych gatunków tutaj występują?
– W ŚPN żyje ponad 4 tys. gatunków bezkręgowców oraz 210 gatunków kręgowców, z czego 181 objętych jest prawną ochroną. Zaczynając od bezkręgowców, już wśród nich jest wiele rzadkich gatunków, jak nadobnica alpejska, jelonek rogacz, kozioróg dębosz czy paź żeglarz. Występuje też kilka rzadkich gatunków biegaczowatych. Wśród skorupiaków trafia się u nas rak szlachetny. Fauna ryb jest bardzo uboga, niewiele jest bowiem w parku wód, są to jedynie strumyki, czasami rozlewiska na nich. Najczęściej występuje tu strzebla potokowa. Typowym gatunkiem płazów jest traszka górska, której występowanie świadczy o górskim charakterze naszego parku. Spotkać ją można jeszcze tylko w Karpatach i Sudetach. W ostatnich latach coraz rzadszy jest kumak nizinny, mało odporny na zanieczyszczenia. W parku spotkać można gniewosza plamistego, którego turyści mylą czasami ze żmiją zygzakowatą, chociaż znacznie się od niej różni. Posiada charakterystyczne ciemne plamki na jaśniejszym tle. A dlaczego gniewosz? Bo jest dość agresywny, atakuje w chwili zagrożenia. Licznie występuje jaszczurka żyworodna, której sprzyja tutejszy klimat, ostrzejszy, chłodny, wilgotny. Jest jej znacznie więcej niż jaszczurki zwinki, odwrotnie niż w innych regionach kraju.
– A jakie ciekawe ptaki i ssaki możemy spotkać w parku?
– Bardzo liczne i charakterystyczne dla naszego parku są dzięcioły, między innymi największy z polskich, dzięcioł czarny. Jest także zielonosiwy, biało-grzbiety dzięciołek. Z sów zobaczyć można puszczyka uralskiego, a także sowę uszatkę czy płomykówkę. Z drapieżnych ptaków występuje pustułka, kobuz, myszołów włochaty, orlik krzykliwy. Z kuraków najrzadszy jest jarząbek, niestety przed kilkunastoma laty całkowicie na terenie parku wyginął cietrzew. Mamy u nas bociana czarnego, licznie występuje słonka, mychołówka żałobna, świergotek drzewny, pierwiosnek grubodziób. Wśród ssaków dużo jest ryjówek aksamitnych, mniej ryjówek malutkich – najmniejszych z naszych ssaków.
Fauna nietoperzy nie jest jeszcze wystarczająco zbadana, jest ich dziesięć gatunków, m.in. nocek rudy, gacek wielkouch, nocek mniejszy. Mroczek posrebrzony i mroczek późny zimują w piwnicach klasztoru na Świętym Krzyżu.
Do parku pod koniec lat 80. wprowadzony został największy z gryzoni, bóbr. Jedynym przedstawicielem psowatych jest lis. Chociaż występuje bardzo licznie, trudno go spotkać, gdyż jest bardzo ostrożny i prowadzi przeważnie nocny tryb życia. Podobnie zresztą jak borsuk. Zdarza się, że lisy zajmują borsucze nory i prawowity ich właściciel zmuszony jest się wyprowadzić. Oba gatunki zwierząt bardzo bowiem różnią się zachowaniem. Lis to straszny bałaganiarz, w przeciwieństwie do borsuka, który regularnie czyści norę z opadłych liści. Dość licznie zamieszkuje park sarna, natomiast sporadycznie pojawia się łoś i jeleń. W niżej położonych partiach Łysogór spotkać można dzika.
– Wspomniał pan, że zwierzętom żyjącym w parku zagrażają kłusownicy. Co jeszcze zagraża tutejszej faunie?
– Góry Świętokrzyskie, a zwłaszcza obszar Łysogór, narażone są na opady kwaśnych deszczów. Wiatry południowo-zachodnie przynoszą zanieczyszczenia nawet ze Śląska. Występujące tu opady powodują silne zakwaszanie wód powierzchniowych oraz gleby. Jest to szczególnie szkodliwe dla płazów, które odbywają gody i przechodzą rozwój larwalny w wodzie.
– Czym zajmuje się Pracownia Naukowo-Badawcza przy parku?
– Pracownia działa od 1982 roku i jak sama nazwa wskazuje, zajmujemy się działalnością naukową, badawczą, dokumentacją naukową, magazynujemy zbiory przyrodnicze, prowadzimy także działalność edukacyjną, publicystyczną. Popularyzujemy walory parku. Ważnym zadaniem jest przygotowywanie wniosków ochronnych.

Rozmawiał Andrzej Arczewski

Świętokrzyski Park Narodowy położony jest w centralnej części Gór Świętokrzyskich i obejmuje m.in. najwyższe ich pasmo, Łysogóry. Zajmuje obszar ponad 7,6 tys. ha. W parku utworzono pięć rezerwatów ścisłych na powierzchni 1,7 tys. ha, pozostały obszar to rezerwaty częściowe. W ubiegłym roku ŚPN obchodził 50-lecie powstania. O urokach tych zakątków, szczególnie o pięknie borów jodłowych Łysogór, już na początku ubiegłego wieku pisał Stefan Żeromski w poemacie „Puszcza Jodłowa”.


EKO-INFORMACJE

Pierwsze pojedyncze sztuki tzw. śledzi rzecznych, nazywanych też paproszami, niespotykanych w polskich wodach od ponad 50 lat, złowili bałtyccy rybacy. Śledzie rzeczne są większe od morskich, ważą nawet ponad kilogram. Charakteryzują się tym, że przebywając w Bałtyku, wpływają na tarło, m.in. przez Zalew Szczeciński, do pobliskich rzek, gdzie składają ikrę. Wyginięcie śledzi rzecznych spowodowane zostało silnymi zanieczyszczeniami wód – wymagają bowiem wyjątkowo czystej wody. Według opinii naukowców ze szczecińskiej WSM, odradzanie się stada tych ryb to rezultat stałej poprawy czystości wód wpływających do Bałtyku oraz jego stanu.
W Zakładzie Rybołówstwa Morskiego w szczecińskim WSM znalazł się też samogłów – ryba charakterystyczna dla strefy międzyzwrotnikowej Oceanu Atlantyckiego. Złowili ją rybacy z Ustki. Przypuszcza się, że ryba ta dostała się najpierw do Morza Północnego, a później przez cieśniny duńskie do Bałtyku. Samogłów złowiony w Bałtyku ważył ok. 15 kg. Dorosłe egzemplarze osiągają wagę do 2 ton. Z kolei w Zalewie Szczecińskim zadomowiły się ostatnio kraby, charakterystyczne dla wód chińskich. Prawdopodobnie przypłynęły przyczepione do kadłubów jednostek morskich.

Nowoczesną oczyszczalnię ścieków otwarto w Głogowie. Inwestycja budowana przez Szwedów kosztowała blisko 54 mln zł, z czego gmina wyasygnowała 18 mln zł. Obiekt spełnia normy ochrony środowiska i wymogi Unii Europejskiej. Budowa trwała trzy lata. Gmina zdobyła pożyczkę w wysokości 25 mln zł z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz 6 mln zł – w połowie dotację, w połowie pożyczkę z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Stara, dotychczas pracująca instalacja nie spełniała warunków wymuszonych przepisami ochrony środowiska. Za zanieczyszczanie środowiska miastu groziły wysokie kary. Teraz zrzucanie wody z oczyszczalni do Odry nie będzie zagrażać czystości rzeki. Przepustowość nowej instalacji, która będzie oczyszczać ścieki pochodzące z Głogowa i kilkunastu okolicznych miejscowości, wyniesie do 21 tysięcy metrów sześciennych na dobę.

Trzy firmy nagrodził w tym roku minister środowiska tytułem Lidera Polskiej Ekologii. Liderem Polskiej Ekologii zostało Przedsiębiorstwo Usług Chłodniczych „CiZ” z Bełku za utylizację i recykling urządzeń chłodniczych i sprzętu AGD. Elektrownia „Opole” została nagrodzona za system ochrony środowiska w procesie wytwarzania energii elektrycznej i ciepła. Trzecim nagrodzonym jest mielecka spółka MELNOX za proekologiczną technologię produkcji paneli podłogowych, zapewniającą racjonalne wykorzystanie zasobów.
Na ogólnopolski konkurs o tytuł Lidera Polskiej Ekologii wpłynęło 46 zgłoszeń. Obok uhonorowanych tytułem wyróżniono siedem firm, m.in. spółkę BIOVAC Kielc za oczyszczalnie ścieków.

35% nie oczyszczonych ścieków, rosnące zagrożenie hałasem i brak rzek w pierwszej klasie czystości – to wszystko sprawia, że województwo mazowieckie jest ciągle jednym z najbardziej zagrożonych ekologicznie regionów w Polsce. Wnioski te pochodzą z raportu o stanie środowiska na Mazowszu, który przedstawiono w piątek dziennikarzom w Ministerstwie Środowiska. Mimo że sytuacja ekologiczna Mazowsza poprawia się z roku na rok, pozostało jeszcze wiele do zrobienia – informuje raport. Wciąż niezadowalający jest stan czystości Wisły i jej dopływów. Tylko 2% cieków na Mazowszu zaliczanych jest do II klasy czystości, większość rzek ma charakter pozaklasowy. Natomiast poziom zanieczyszczeń powietrza na Mazowszu określa się jako średni lub niski. Warszawiakom najbardziej przeszkadza hałas. Na 100 mieszkańców przypada 50 samochodów. Bardzo źle jest również z oczyszczaniem ścieków. Sytuacja ekologiczna Mazowsza stopniowo się poprawia.


Czy zapory szkodzą

Giganty przecinające rzeki chronią przed powodzią. Ale degradują środowisko

Na świecie zbudowano około 37 tys. zapór i to licząc tylko te, których wysokość przekracza 15 m. Co setna ma najmniej 100 m wysokości (dla porównania: nasze zapory w Solinie i Czorsztynie mają 82 i 60 m). Są wśród nich takie giganty, jak Itaipú na rzece Parana w Brazylii o wysokości 196 m i długości 2,6 km. Beton zużyty do jej budowy wystarczyłby na zbudowanie autostrady z Lizbony do Moskwy.
Nowe wciąż powstają. Najsłynniejsza z nich to chińska Zapora Trzech Przełomów z największą elektrownią świata; zbiornik będzie miał długość 640 km! Spiętrzy wody na Jangcy i zaleje tysiące ha gruntów. Konstrukcja betonowa jest już gotowa, natomiast zakończenie budowy całości inwestycji planuje się na 2009 r.
Nie ulega wątpliwości, że

zapory były i są potrzebne,

podczas obfitych opadów chronią przed powodziami, w okresach suszy umożliwiają nawadnianie pól uprawnych, są też źródłem wody dla miast i przemysłu. W średniowieczu na tamach instalowano młyny, później zapory ułatwiały żeglugę śródlądową, w naszych czasach generatory zapór wodnych zaspokajają 20% zapotrzebowania na energię elektryczną.
Niektóre zapory korzystnie zmieniły życie na znacznych obszarach. Jeszcze pod koniec XIX w. Kalifornia była niemal ponurą pustynią, zamieszkałą przez około 10 tys. osób. Jej oblicze odmieniła zapora Hoovera, której budowę zakończono w 1936 r. Ogromna zapora zmieniła nieużytki i pustynię w krainę ogrodów, które dzisiaj pokrywają połowę zapotrzebowania mieszkańców USA na owoce i warzywa. Ludność Kalifornii liczy obecnie 30 mln. Zapora spełniła jeszcze jedną ważną rolę – budowano ją w okresie kryzysu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych i dała zatrudnienie tysiącom ludzi.
Zapory są i będą budowane, w najbliższych dziesięcioleciach najwięcej zapór powstanie w Azji, Europie południowej, Afryce i Ameryce Północnej. Jednocześnie budzą one coraz poważniejsze kontrowersje i gwałtowne protesty ekologów. Przykładem jest nasz spór w sprawie budowy stopnia wodnego w Nieszawie; jego przeciwnicy domagają się nie tylko rezygnacji z tej inwestycji, ale nawet likwidacji stopnia we Włocławku, uważając go za “szkodliwy relikt przeszłości”. Takie spory wybuchają nie tylko w Polsce, gdzie indziej są znacznie gwałtowniejsze, np. w Australii protesty przeciwko budowie zapory na Wild Franklin River były tak gwałtowne, że policja aresztowała 1500 osób.
Eksperci są bardzo krytyczni w ocenie kilkudziesięciu największych zapór, wzniesionych w ostatnich latach. Krytykują nawet najbardziej udaną zaporę Kousson na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Ponieważ jej budowa wymagała przesiedlenia aż 100 tys. osób, więc zwolennicy zapory zapowiadali, że tego rodzaju kłopoty, a także koszty inwestycji zwrócą się z nadwyżką za eksport energii elektrycznej do sąsiednich krajów. Okazuje się jednak, że nie można osiągnąć więcej niż 30% zapowiadanych korzyści.
30 tys. osób przesiedlono z powodu wspomnianej już zapory Itaipú: zalaniu uległy najżyźniejsze ziemie na pograniczu Brazylii i Paragwaju, zbiornik zapory pochłonął wodospady Guaira. Podobnie było w przypadku zapory Mun w Tajlandii: przesiedlono tysiące ludzi, utracono urodzajne ziemie i spowodowano wielkie szkody ekologiczne (jedna z nich to wymarcie 150 gatunków ryb w rzece). Chińska Zapora Trzech Przełomów pochłonie 160 mniejszych i większych miast, i zdewastuje środowisko naturalne.

Zdaniem wielu ekspertów,

budowa zapór, podobnie jak regulacja rzek i wycinanie lasów, jeśli nawet przynosi jakieś korzyści gospodarcze, to są one niewspółmierne do strat wynikających z degradacji środowiska. Szczególnie wymownym przykładem jest Tama Asuańska, która stała się katastrofą dla Egiptu.
Rozpoczynając jej budowę, liczono, że rozwiązane zostaną odwieczne problemy tego kraju, w tym brak lub nadmiar wody, niedostatek uprawnej ziemi, deficyt energii elektrycznej. Zamiast zlikwidować te plagi egipskie, Tama Asuańska zrodziła nowe.
Życiodajny muł już nie użyźnia doliny Nilu, lecz osadza się na dnie zbiornika i pola uprawne trzeba zasilać nawozami sztucznymi. Rolnicy muszą też stosować pestycydy, które zatruwają środowisko. Od wieków muł był również surowcem do wyrobu cegieł, teraz trzeba je sprowadzać.
Zapora umożliwiła nawadnianie gruntów, ale też spowodowała podniesienie się wód podziemnych do takiego poziomu, że dochodzi do zalania wodą roślin uprawnych, trzeba więc budować kosztowny system odwadniania. Klęską stało się zasolenie ziemi.
Nowe plagi dotknęły deltę Nilu: ponieważ już nie jest zamulana, więc cofa się przed atakami morza (w ciągu 12 lat przylądek Rosette cofnął się o 3 km), co powoduje utratę najbardziej urodzajnych ziem.
Jest mnóstwo przykładów świadczących, że budowa zapory to niemal zawsze brutalna

ingerencja w środowisko
naturalne.

Jakby nie dość było tych szkód i strat, zapory grożą katastrofami tragicznymi dla ludzi. W latach 20. minionego stulecia woda wypłukała gipsowe podłoże zapory San Francis w pobliżu Los Angeles, co skończyło się śmiercią 150 osób. W 1959 r. we Francji runęła zapora Malpasset, niszcząc portowe miasteczko i powodując śmierć 400 osób. Podobnie było we Włoszech w październiku 1963 r. Z nieustalonych definitywnie przyczyn olbrzymie masy wody przelały się przez tamę Vaiont – jedną z największych na świecie – wdzierając się do doliny rzeki Piawy w pobliżu miasteczka Logarona w Alpach Włoskich. Rozszalały żywioł zmiótł z powierzchni ziemi pobliskie osiedla i cała dolina zamieniła się w “gigantyczny cmentarz błotny”. Śmierć poniosło około trzech tysięcy osób (zwłoki niektórych znajdowano nawet 20 km od miejsca tragedii). Całkowitemu zniszczeniu uległo miasteczko Longarona i osiem innych miejscowości.
W Wietnamie może dojść do katastrofy z powodu zapory wzniesionej na Rzece Czerwonej w odległości 80 km od stolicy kraju. Mimo że obiekt liczy sobie dopiero ćwierć wieku, w 1995 r. doszło do pęknięcia zapory, a ponadto nastąpiła erozja gleby na jej krańcach. Jeśli nie uda się zapobiec katastrofie, to zatopione zostaną znaczne obszary delty rzeki i niektóre dzielnice Hanoi.
Oto powody, dla których nie brakuje przeciwników zapór. Ich

protesty bywają skuteczne.

Sprzeciw ekologów był przyczyną rezygnacji z budowy zapór w Tajlandii i Papui-Nowej Gwinei, w Austrii i w Stanach Zjednoczonych. W USA zaniechano budowy dwóch zapór, w tym jednej na Elway River (stan Waszyngton). Jej przeciwnicy wyliczyli, że więcej warte są ryby żyjące w rzece niż energia, której miała dostarczać zapora. Doszłoby też do dewastacji rolniczych regionów Cree i Inuit, zniszczeniu uległyby siedliska wielu zwierząt i szlaki wędrowne renów. Udowodniono też, że 1000 MW, które miała dostarczać zapora, można uzyskać drogą oszczędności energii. Kontrakt w wysokości 12,6 mld dolarów został unieważniony.
Zapory mają długą historię. Najstarsza znana tama o wysokości 9 m została zbudowana w Jordanii przed 5 tysiącami lat. Nie należy się łudzić, że ich czas dobiega końca. Rzecz tylko w tym, żeby ich nie budować tam, gdzie nie są konieczne, a po drugie – jeśli już się je buduje, to tak, aby możliwie najbardziej minimalizować szkody, jakie wyrządzają naturalnemu środowisku.

Władysław Misiołek


Sezon ogniowy

W ciągu ostatnich lat średni pożar obejmował zaledwie 0,35 ha lasu

Jak wynika z badań Zakładu Ochrony Przeciwpożarowej w Instytucie Badawczym Leśnictwa, polskie lasy płoną najczęściej w lutym, marcu i kwietniu. W tym roku stopień zagrożenia już w na początku marca był wysoki z powodu braku… śniegu. Szybciej wyschły trawy na skrajach lasów i sąsiadujących z nimi łąkach. Już zaczęło się – mimo głoszonych od lat apeli strażaków i leśników – tradycyjne i groźne wypalanie traw oraz zarośli przy drogach i w rowach odwadniających na łąkach. Tylko w styczniu spłonęło prawie 20 hektarów młodego lasu i łąk w Nadleśnictwie Chełm w województwie lubelskim.
W 2000 r. w Lasach Państwowych – na szczęście tylko obszarze 878 ha –

odnotowano 5052 pożary,

czyli o 11% więcej niż w roku poprzednim. Nie miały rozmiarów kataklizmu, ponieważ w połowie przypadków ogień strawił runo leśne. Jednak straty wyliczono na 8,6 mln zł. Najwięcej – 640 pożarów zdarzyło się w lasach pod zarządem Regionalnej Dyrekcji LP w Katowicach, a na terenie RDLP w Zielonej Górze – 612. Więcej pożarów na 10 tys. ha odnotowano w dyrekcji LP w Warszawie i Radomiu. Mniej pożarów było na terenach dyrekcji Lasów w Łodzi, Olsztynie, Pile, Szczecinie, zaś największe pożary miały miejsce w Lasach Dolnego Śląska – prawie 270 ha, w dyrekcji radomskiej – 174,5 ha oraz w białostockiej – 171,6 ha, podaje inż. Janusz Bardan, główny specjalista ds. ochrony ppoż. z Wydziału Ochrony Lasu w Dyrekcji Generalnej LP w Warszawie.
Przyczyny pożarów w zeszłym roku były, zdaniem leśników, takie same jak w ciągu kilku poprzednich lat. Długie okresy suszy, krótki okres zalegania pokrywy śnieżnej, niewiele opadów deszczu wiosną i latem – to zjawiska groźne dla lasów. – Odnotowujemy dalszy wzrost liczby pożarów, ale pocieszające jest zmniejszenie ich powierzchni. Najbardziej niebezpieczna jest łatwopalność i szybkie zmiany małych zarzewi w większe pożary. Udało się, po wyciągnięciu wniosków z tragedii koło Rud Raciborskich i w Potrzebowicach, zwiększyć sprawność krajowego systemu ochrony, a także poprawić kondycję zdrowotną lasów w niektórych regionach kraju – dodaje J. Bardan.
Od wielu już lat martwieją przepisy ustaw o ochronie przeciwpożarowej, ale w nowej ustawie o ochronie przyrody, obowiązującej od 2 lutego 2001 r. jest nadal art. 59 (“Kto wypala roślinność na łąkach, pastwiskach, nieużytkach, rowach, pasach przydrożnych, szlakach kolejowych, strefie oczeretów lub trzcin, podlega karze aresztu lub grzywny”). Problem wypalania odżywa co roku – namacalnym dowodem są straty w lasach – ale żadna władza w gminie czy powiecie, jak kraj długi i szeroki, nie zadaje sobie trudu zwalczania procederu wypalania resztek suchych roślin. Podpalacze są bezkarni.
Ciekawe wnioski wynikają z analizy ilości i wielkości pożarów lasu. Otóż w latach 1991-1995 podpalenia stanowiły 35%, a w następnym pięcioleciu 26% przyczyn wybuchu pożarów. W pierwszym z tych okresów lasy paliły się z powodu “przejścia” ognia z jego otoczenia do lasu w 13% zdarzeń, zaś w latach 1995-2000 tylko w 5%. W ubiegłym roku miało miejsce 3% takich przypadków. Katastrofalne pożary lasów w ostatnich latach wydarzyły się

z powodu iskrzenia

niesprawnych hamulców pociągów. Ostatni duży “pożar kolejowy” w ciągu kilku godzin strawił 5 tys. ha lasu w rejonie Potrzebowic, potwierdza dyrekcja LP w Pile. W latach 1995-2000 liczba pożarów przypisywanych transportowi kolejowemu zmalała z 3% do 1,3%.
Leśnicy i specjaliści od ochrony pożarowej lasów za duży uznają pożar obejmujący ponad 10 ha. W 2000 r. było ich tylko siedem (w tym trzy z powodu podpalenia i jeden “kolejowy”) i objęły 160,4 ha. Największy zeszłoroczny pożar strawił w czerwcu prawie 100 ha w Nadleśnictwie Bielsk, w dyrekcji białostockiej. Bez udziału straży pożarnej służba leśna ugasiła prawie 470 małych pożarów z 2302 w całym kraju. Mimo oczywistego zmniejszenia poligonowej aktywności jednostek Wojska Polskiego notowane są tzw. pożary wojskowe – 42 w 2000 r. Zanotowano cztery takie duże pożary w lasach, po jednym w RDLP Łódź i Lublin oraz dwa w RDLP Białystok. Ten lubelski zniszczył las obok poligonu w Nowej Dębie. Pomimo ostrzeżeń leśników odbywały się ostre strzelania i trzeba było ratować przesuszony las, używając samolotów gaśniczych. Komisja leśników i wojskowych oceniała szkody na około 150 tys. zł. Wojsko w rozliczeniu pokryło koszt odbudowy wieży obserwacyjnej i remonty dróg.
Leśnicy i strażacy od kilku lat posługują się swoistym “kalendarzem pożarów lasów” gdyż w ciągu roku są okresy, gdy liczba pożarów rośnie. Najwięcej pożarów i największe ubiegłoroczne straty w lasach zanotowano w kwietniu (aż 710) – i maju, było to 61% wszystkich pożarów. I chociaż w czasie wakacji w lasach przebywa mnóstwo ludzi, straty były stosunkowo niewielkie – w lipcu spłonęło 150 ha, a w sierpniu (uznawanym za rekordowy pod względem palności) tylko 135 ha starodrzewu i młodych upraw leśnych, co stanowiło tylko 11% wszystkich pożarów w 2000 r.

Rekordowe liczby

pożarów zanotowano w podstołecznym Nadleśnictwie Drewnica – 185 w Lasach Państwowych i 134 w lasach prywatnych właścicieli, w zielonogórskim Nadleśnictwie Przytok – 93 i w górnośląskim Nadleśnictwie Świerklaniec 83 pożary. W całym kraju w zaledwie 40 na 438 nadleśnictw nie było w 2000 r. ani jednego pożaru. Nadal jednak do “pierwszej ligi pożarowej” należą województwa: Lubuskie – 768 pożarów na 126 ha, Mazowieckie – 720 na 256 ha, Dolnośląskie – 413 na 151 ha, Śląskie – 408 na 171 ha. Najbardziej sprzyjająca pożarom była tzw. wysoka palność w województwach zachodniopomorskim – 399, w wielkopolskim – 397 i w kujawsko-pomorskim – 363 pożary. Tymczasem według danych Komendy Głównej Państwowej Straży Pożarnej, w całym kraju odnotowano we wszystkich lasach – a więc także poza Lasami Państwowymi – 12.359 pożarów.
Największe trudności są podczas gaszenia terenów podmokłych i zabagnionych. – Trudno do nich dojechać, często nie ma dostępu do ujęć wody do gaszenia, brakuje utwardzonych dróg. W 2000 r. mieliśmy 10 takich trudnych pożarów, pięć na podmokłych terenach koło Szczecinka, cztery w okolicach Warszawy i jeden w pobliżu Poznania. Takie pożary, choć niewielkie, wyrządzają ogromne szkody w przyrodzie, zwłaszcza w okresie wiosennym, czyli podczas lęgu cennych gatunków ptaków – podkreślają leśnicy z Wydziałów Ochrony Lasu i specjaliści z Zakładu Ochrony Przeciwpożarowej Lasu w Instytucie Badawczym Leśnictwa.
Spośród 438 nadleśnictw w 1993 r. 152 zaliczono do pierwszej kategorii zagrożenia pożarowego. Ich liczba się zmienia wraz z lepszym wyposażeniem w sprzęt ratowniczy, po analizie zagrożeń pożarowych w ciągu ostatnich 10 lat, po uwzględnieniu zmian w wieku i składzie gatunkowym drzewostanów, a nawet składu gatunkowego traw w podszyciu i rodzaju zanieczyszczeń przemysłowych w powietrzu. Na kategorię zagrożenia ma wpływ rozbudowa środków, takich jak drogi dojazdowe, punkty poboru wody, rozwinięcie systemu łączności. Nadleśnictwo musi mieć “na pierwszy ogień” 400 litrów wody do gaszenia pożaru. Na terenach leśnych jest już ponad 9,3 tys. punktów jej czerpania. Dziś leśnicy dysponują 9153 radiotelefonami i prawie 200 samochodami patrolowymi. Ale o postępie bardziej świadczy to, że w ciągu ostatnich lat średni pożar obejmował zaledwie 0,35 ha lasu.

GRZEGORZ T. TYLMANIAK


Gdzie są brzozy z dawnych lat

Kiedyś ich białe pnie były w Polsce powszechne. Dziś zaczyna ich trochę brakować

Do drzew najłatwiej rozpoznawanych w naszym krajobrazie należy brzoza biała. Ale jest także bardzo zagadkowy gatunek brzozy, zaliczany do najrzadszych w polskiej przyrodzie. To brzoza karłowata, unikat wśród naszych drzew, choć drzewa nie przypomina. Najwyższe z nich w naszych warunkach sięgają człowiekowi do kolan. Botanicy znaleźli w Polsce zaledwie trzy miejsca, w których brzoza karłowata rośnie na naturalnych stanowiskach. Dlatego miejsca te uznano u nas za rezerwaty przyrody, a sama brzoza jest zaliczana do przyrodniczych reliktów epoki lodowcowej.
Brzoza karłowata należy do roślin popularnych, często rosnących w północnych rejonach Szwecji i Norwegii, na Islandii, w Szkocji oraz Finlandii i północnych terenach Rosji. Ta niewielka, trudna do zauważenia roślina jest typowym składnikiem zbiorowisk roślinnych surowej strefy klimatycznej, jaką jest tundra podbiegunowa, gdzie nie ma drzew. Charakterystyczne są jej osadzone blisko gałązek, owalne listki, po kilkadziesiąt na każdej, których krawędzie wyglądają jak kruche ciastko z ząbkowanymi brzegami. Ale ich kształt i wielkość w niczym nie przypomina liści innych, popularnych u nas odmian brzozy.
Trzy naturalne stanowiska brzozy karłowatej w Polsce znajdują się w bardzo dziwnych – jak na nasze warunki – miejscach, gdzie jest wiele innych rzadkich i osobliwych roślin o rodowodzie sprzed wielu tysięcy lat. Są to tzw. stanowiska wyspowe, oddalone od siebie o kilkaset kilometrów. Najbardziej znane są dwa z nich w Sudetach oraz jedno w centralnej części kraju – na Pojezierzu Chełmińskim.
Ta wielka rzadkość w naszej przyrodzie przyczyniła się, oprócz wielu innych nietypowych roślin w jej otoczeniu, do objęcia ścisłą ochroną terenów zaliczanych do grupy rezerwatów torfowiskowych. Najbardziej zastanawia botaników bardzo bogate stanowisko tej brzozy w zaledwie sześciohektarowym rezerwacie torfowiskowym, “Linie”, na pagórkowatym Pojezierzu Chełmińskim (woj. kujawsko-pomorskie, w dolinie dolnej Wisły). Zaskoczeni badacze stwierdzili, że w tym rezerwacie na powierzchni około jednego hektara rośnie kilka tysięcy okazów brzozy karłowatej, a najwyższe z nich sięgają zaledwie metra wysokości, zaś ich korzenie otulone są warstwą miękkiego mchu torfowego. Z małymi, niepozornymi brzozami sąsiaduje typowe dla podmokłych terenów torfowiskowych, wiosną kwitnące na biało bagno (popularnie zwane bagnem od moli, z powodu zapachu odstraszającego te dokuczliwe owady od naszych szaf i szuflad), a także żurawina, która ma smakowite, bogate w cenne witaminy, ciemnoczerwone jagody. Znaleźć tam można także wełniankę – roślinę z grupy turzyc, typowych dla okolic arktycznych, ale pięć gatunków wełnianek to rośliny pospolite na naszych łąkach i bagnach.
Oddalone o ponad 500 km od jedynego stanowiska brzozy karłowatej w centrum kraju są dwa rezerwaty torfowiskowe w Sudetach. Największy z nich ma powierzchnię 157 ha. Znany jako “Torfowisko pod Zieleńcem” albo “Topielisko”, położony jest na wysokości ponad 800 m n.p.m. w niecce skalnej w Górach Orlickich.
Niezwykle rzadkie występowanie brzozy karłowatej nieodparcie nasuwa wniosek, iż jest to roślina zagrożona zupełnym wyginięciem. Dlatego tam, gdzie występuje, jest głównym powodem ochrony rezerwatowej i została wpisana do Polskiej Czerwonej Księgi Roślin jako przedstawiciel organizmów – dosłownie – z innej epoki. Zachowanie zaledwie trzech stanowisk brzozy karłowatej w tak odmiennych rejonach świadczy o tym, że na niewielkim obszarze utrzymują się od dawna warunki środowiskowe, sprzyjające jej rozwojowi, odmienne od “macierzystych”. Podobna sytuacja trwa już od wielu tysięcy lat, po przejściu przez te tereny lodowca. Szczególnie zastanawiające jest zachowanie izolowanego stanowiska brzozy karłowatej na terenach nizinnych. W Górach Izerskich stanowiska brzozy w rezerwatach znajdują się na wysokości 800-900 m n.p.m., gdzie utrzymują się surowe warunki klimatyczne podobne do panujących w tundrze. W Zieleńcu, w którym nawet w końcu kwietnia (ale nie w tym roku!) można zażywać przyjemności uprawiania narciarstwa zjazdowego i wędrówek na nartach śladowych, m.in. w okolice rezerwatu “Torfowisko pod Zieleńcem”, pokrywa śniegu utrzymuje się po obfitych opadach zimowych nawet przez około 150-180 dni w roku. Okoliczne, należące w Polsce do rzadkości na takich wysokościach, torfowiska górskie zachowują przez znaczną część roku spore zapasy wody.
Naukowców zastanawia nie tylko mała liczba stanowisk w naszych warunkach klimatycznych. Zauważono, że roślina ta lubi mieć dużo światła. Na północy Europy, czyli tam, skąd pochodzi, przez część roku ma go znacznie mniej, a w naszych rezerwatach jest bardzo często zagłuszana, wręcz poplątana z rzucającymi przez cały rok cień roślinami. Mimo to nie marnieje i nie zanika, przeciwnie – ma się doskonale. Być może sprawiają to warunki klimatyczne w Górach Izerskich, gdzie cały rok utrzymuje się duża wilgotność powietrza na dość sporej wysokości w maleńkich zakątkach górskich.
Przy okazji warto wspomnieć o innych gatunkach brzóz, choć nie wszystkie są jednakowo powszechne i typowe dla naszej przyrody i krajobrazu. Botanicy odróżniają około 40 gatunków drzew z rodziny brzozowatych, w Polsce znanych jest siedem. Oprócz reliktowej – a więc bardzo rzadkiej – karłowatej, powszechnie znana i łatwa do odróżnienia jest brzoza brodawkowata, z pniem pokrytym spękaną biało-czarna korą. Popularne jest przekonanie, że płyną w niej ożywcze bioprądy, jej sok ma właściwości lecznicze, a wiosną należy się do niej po prostu przytulić. Drzewa te tworzą nawet zwarte kompleksy leśne. W Wielkopolsce czy na Zamojszczyźnie, w lasach brzozowych drzewa osiągają 25-30 metrów wysokości, a ich drewno ma znaczenie gospodarcze. Na terenach podmokłych pospolita jest brzoza omszona, podobna do opisanej wcześniej, ale zazwyczaj od niej niższa o około 5-10 metrów. Jeszcze bardziej podobna do brodawkowatej jest brzoza czarna. Wyróżnia się ciemną korą i znacznie trudniej znaleźć ja w lasach bagiennych, głównie olchowych. Do osobliwości należy – tak jak brzoza karłowata – brzoza ojcowska, opisana przez przyrodników dopiero w 1805 r. Występuje w Ojcowskim Parku Narodowym, w okolicach Ojcowa i Krzeszowic, na terenie Jury Krakowskiej. Wybitnie górskie upodobania ma brzoza karpacka, która rośnie w paśmie lasów regla górnego w Tatrach i Sudetach, po sąsiedzku z kosodrzewiną. Natomiast odmienne, nizinne warunki są odpowiednie dla brzozy niskiej, sięgającej do trzech metrów, która często występuje na Pomorzu, w Wielkopolsce oraz w Puszczy Niepołomickiej w okolicach Krakowa.

Tomasz Kowalik


PRZYRODNICZE SKARBY UNESCO

Zagrożone siedlisko

Jezioro Srebyrna nie jest wielką atrakcją turystyczną, ale to lepiej dla tysięcy tutejszych ptaków. Nad tym niedużym i płytkim zbiornikiem (powierzchnia – 370 ha, średnia głębokość – 1,5 m), o brzegach porośniętych sitowiem i zaroślami trzcinowymi można spotkać większość gatunków ptaków żyjących w Bułgarii. Około 100 gatunków to ptaki stale tutaj gniazdujące i żyjące, dla pozostałych 80 Srebyrna jest ważnym przystankiem i żerowiskiem podczas sezonowych wędrówek.
Ozdobą tutejszego ptactwa są coraz rzadsze w Europie pelikany kędzierzawe. Żyje ich tutaj około stu par, co jest jednym z największych skupisk tego gatunku. Wielkie ptaki o rozpiętości skrzydeł do półtora metra co raz podnoszą straszliwy krzyk. Tak bronią swoich gniazd przed lisami, dzikami i innymi wrogami. Krzyki pelikanów słyszy się zwłaszcza od czasu, gdy na jeziorze Srebyrna pojawiły się pływające, trzcinowe wysepki, które ułatwiają drapieżnikom przedostawanie się do pelikanich gniazd.
Srebyrna jest również ulubionym miejscem pobytu rybitw czarnych i to nie tylko tutejszych; aż dwie trzecie przebywających tu rybitw to przybysze z pozostałych regionów Europy. W szuwarach otaczających jezioro chętnie gnieżdżą się kormorany małe, warzęchy i ibisy kasztanowate. Są także łabędzie nieme (spotykane zazwyczaj tylko w odludnych miejscach), czaple białe, kaczki i inne ptaki wodne.
Jezioro i jego bagniste brzegi to ulubione siedlisko 33 gatunków ssaków, w tym tchórzy i wydr. Po całodziennym wygrzewaniu się w słońcu wieczorem na polowanie wyrusza żółw błotny. Oprócz niego zadomowiło się tutaj 20 gatunków gadów i płazów.
Srebyrna jako ostoja ptactwa wodnego została odkryta i zbadana w 1863 r. przez austriackiego podróżnika i uczonego, Felixa P. Kanitza. Penetrując niemal 4-metrowej wysokości trzcinowiska, pierwszy zorientował się, że tutejszym ptakom zagrażają kłusownicy i handlarze rzadkimi gatunkami. Z czasem pojawiły się również inne zagrożenia, a jednym z największych dla jeziora i jego mieszkańców okazał się zbudowany w 1949 r. kanał łączący Dunaj ze Srebyrną.
Nieprzemyślane inwestycje, zanieczyszczenia powietrza i inne plagi spowodowane działalnością człowieka wyrządziły znaczne szkody. Szczególnie groźne jest obniżanie się lustra wody, co sprawiło, że znaczna część jeziora zamieniła się w stały ląd. Chcąc ratować ptasi raj, władze Bułgarii ustanowiły Srebyrnę i przyległe mokradła (łącznie 1143 ha) rezerwatem biosfery. W 1983 r. Srebyrna została zaliczona do światowego dziedzictwa naturalnego.
WŁAD


Najbardziej samotny ptak świata

Na uratowanie ginącej papugi wydano setki tysięcy dolarów – daremnie

Przez dziesięć lat piękna, duża papuga ara spix krążyła nad strumieniem w sawannie Caatinga w północno-wschodniej Brazylii. Ptak o lśniących, błękitnych skrzydłach, szarej głowie i długim, imponującym ogonie, niemal codziennie krzyczał przenikliwie: “Krrraa! Arra!”, szukając partnera do rozrodu. Daremnie. Papuga była ostatnim żyjącym na wolności przedstawicielem swego gatunku.
Brytyjski dziennik “The Independent” nazwał tę arę “najbardziej samotnym ptakiem świata” i porównał ją do człowieka, który jako jedyny z całej ludzkości ocalał z wojny atomowej.
Ekolodzy mieli nadzieję, że ten ostatni Mohikanin ptasiego rodu da początek nowemu pokoleniu. W szeroko zakrojony program ocalenia ginącego gatunku papug zainwestowano ogromne kwoty. Jedna tylko fundacja ratowania zagrożonych zagładą zwierząt, “Loro Parque” z Teneryfy, przeznaczyła na ten cel 600 tysięcy dolarów. Jak się zdaje, wszystkie te wysiłki zakończyły się niepowodzeniem. Jesienią 2000 roku ostatnia ara spix zniknęła jak kamfora.
Papugę tę po raz pierwszy opisał w 1819 roku bawarski przyrodnik, Johann von Spix, penetrujący tropikalną dżunglę Brazylii na zlecenie cesarza Austrii. Ptak otrzymał łacińską nazwę Cyanopsitta Spixii na cześć swego odkrywcy. Ale gatunek ten

od początku był nieliczny.

Ara spix zakłada gniazda tylko na wysokich drzewach caraibeira, rosnących jedynie nad brzegami kilku rzek i strumieni w pokrytej kolczastymi krzewami sawannie w regionie Caatinga. W okolicy miasta Curaçá, gdzie odkryto ostatniego przedstawiciela gatunku, nigdy nie żyło więcej niż 60 egzemplarzy ary spix. Los papug dopełnił się, gdy w sawannie zjawili się ludzie – drwale, myśliwi i pasterze. Masowo wycinano drzewa na opał, tysiące wiecznie głodnych kóz pożerały wszystko co zielone. Na domiar złego zamożni kolekcjonerzy ptaków nie zawahali się zapłacić nawet 60 tysięcy dolarów, aby mieć tę niezwykle rzadką arę w swoich zbiorach. Rzesze traperów uganiały się więc po lasach, żeby chwytać niezwykłe ptaki. Większość z papug, które wpadły w pułapki i tak nie przeżyła. W latach 80. ara spix uznana została za wymarłą. W 1990 roku Międzynarodowa Rada na rzecz Uratowania Ptaków (International Council for Bird Preservation), organizacja, skupiająca grupy ekologów usiłujących ocalić ginące gatunki ptaków na całym świecie (obecnie nosząca nazwę Birdlife International), wysłała do Brazylii ostatnią ekspedycję. Dwaj ornitolodzy, Tony Juniper z Wielkiej Brytanii i Carlos Yamashita z Brazylii, przez długie tygodnie jeździli po leśnych drogach pojazdem terenowym z napędem na cztery koła, penetrując ekosystemy, w których mógł jeszcze przetrwać najrzadszy ptak świata – początkowo bez rezultatu. Dopiero w okolicach miasta Curaçá, gdy oglądali w barze zdjęcia papugi, pewien wieśniak spojrzał na fotografie i rzekł: “Wiem, gdzie są te ptaki. Moja żona ogląda je codziennie”. Następnego dnia, 8 lipca 1990 roku, ornitolodzy usłyszeli przenikliwe krzyki papugi nad wskazanym przez rolnika strumieniem. “Chryste Panie, mamy go”, wyszeptał przejęty Yamashita.
Ale ara była tylko jedna. Analiza genetyczna zgubionych przez nią piór wykazała, że to samiec. “Mimo wszystko byliśmy uradowani. Ten ptak żył przecież na wolności. Jako jedyny mógł przekazać młodym swoje doświadczenie, pokazać im, jak szukać wody, pożywienia i unikać niebezpieczeństwa”, opowiada Yara de Melp Barros, koordynator projektu ekologicznego “Ararinha Azul” (Mała błękitna ara) w mieście Curaçá. Rząd Brazylii powołał stały Komitet Ocalenia Ary Spix. Postanowiono namówić prywatnych kolekcjonerów w Szwajcarii, na Wyspach Kanaryjskich, w samej Brazylii i na Filipinach, aby udostępnili swoje ptaki (w niewoli żyło około 60 papug spix) w celu uratowania gatunku. I rzeczywiście udało się uzyskać młodą samiczkę. Po długich przygotowaniach do życia na wolności papuzia dama została w marcu 1995 roku uwolniona w sawannie Caatinga. Ale do ptasiego wesela nie doszło. Samica miała wprawdzie ogromną ochotę na gody, ale ostatni

Mohikanin wolał flirtować

z przedstawicielką spokrewnionego gatunku, arą czerwonogrzbietą. Dwie różne przecież papugi rozpoczęły nawet budowę gniazda. Biolodzy byli zrozpaczeni – na skutek różnic genetycznych, nie było szans na potomstwo z tego związku. Kiedy wreszcie “najbardziej samotny ptak świata” zainteresował się odpowiednią partnerką, doszło do katastrofy. Samiczka nagle zakończyła życie na drutach wysokiego napięcia. Ekolodzy nie tracili jeszcze nadziei. Z pomocą pospieszył filipiński milioner, Antonio DeDios, które ze swej prywatnej kolekcji ofiarował aż pięć młodych samic. Papugi te miały zostać wypuszczone na wolność na początku 2001 roku. Alternatywny projekt przewidywał uzyskanie piskląt w inkubatorze i podrzucenie ich do gniazda “mohikanina” i ary czerwonogrzbietej w nadziei, że papugi zgodzą się na odegranie roli przybranych rodziców. I te plany spaliły na panewce, bowiem “najbardziej samotny ptak świata” zniknął bez śladu. Ostatni raz widziano go 5 października 2000 roku. “Ara spix jakby zniknęła z powierzchni ziemi. Zapewne padła łupem jastrzębia albo zakończyła życie ze starości”, przypuszcza Yara de Melp Barros. Jeszcze w grudniu 2000 roku ekspedycja 15 ornitologów przeczesywała sawanny i lasy nad rzeką Sao Francisco – ale papugi nie udało się odnaleźć. Istnieje wciąż cień nadziei. Okres rozrodu ary spix trwa od grudnia do marca. Być może zmęczony samotnością samiec w poszukiwaniu partnerki odleciał w inne okolice i na początku kwietnia powróci. Jest to jednak mało prawdopodobne. W ciągu ostatnich dziesięciu lat ptak nie oddalał się od swego strumienia na odległość większą niż 15 km. Jak się wydaje, “ostatni Mohikanin” zakończył życie. Hołd oddał mu ornitolog Tony Juniper: “Przez ponad dziesięć lat ten ptak zdołał wymknąć się drapieżnikom, przeżyć susze, uniknąć pułapek i znaleźć dostateczną ilość pożywienia – i to wszystko w całkowitej samotności. To ogromne osiągnięcie. Mogę nawet powiedzieć, że ostatnia ara spix znosiła swój los ze stoickim spokojem, zaś dla okolicznych mieszkańców stała się symbolem wytrwałości i męstwa”.
Nawet po zniknięciu ostatniej papugi ornitolodzy nie załamali rąk. Powstały już plany budowy pod miastem Curaçá wielkiego ośrodka, w którym urodzone w niewoli ary spix będą przygotowywane do życia w stanie dzikim. Zapewne podjęte zostaną również próby podrzucenia piskląt do gniazd ptaków pokrewnych gatunków. Kiedy jednak zabrakło ostatniego żyjącego na wolności samca, szanse na ocalenie papugi Cyanopsitta Spixii stały się znacznie mniejsze.

Krzysztof Kęciek


WYDAWNICTWA

Wyrok na puszczę?

t Pomimo wcześniejszych publicznych zapewnień rząd wycofuje się z zamiaru objęcia całej Puszczy Białowieskiej ochroną od początku 2001 r. Świadczy o tym projekt budżetu, zgodnie z którym środki przewidziane na „rozbudowę Białowieskiego Parku Narodowego” są zbyt małe, aby ten cel osiągnąć. Tym samym Polska narażona zostaje na bezpowrotną utratę jednego z największych skarbów – ostatniej pierwotnej puszczy Europy. Czy ocaleje jedynie jej białoruska część? Koalicja na rzecz Ochrony Puszczy Białowieskiej w trzecim numerze czasopisma „Eko i My” apeluje do Sejmu i Senatu RP o uwzględnienie w budżecie środków umożliwiających objęcie ochroną puszczy. Utworzenie parku narodowego na całym jej obszarze będzie decyzją rozumną, godną naszego kraju na progu trzeciego tysiąclecia, dającą Polsce wyjątkowy atut w rodzinie krajów europejskich.
t Na łamach czwartego numeru dwutygodnika „Las polski” Karol Murat po raz kolejny podejmuje ciekawą tematykę – jak wyglądał tur? Dotąd żadna ekipa specjalistów nie podjęła metodycznych badań w celu wydobycia szkieletu tura, a w ostatnich latach znajdowano jego szczątki m.in. pod Wałczem, Ornetą, Skierniewicami. W kraju nie ma szkieletu tura, nawet jego rekonstrukcji. Można tylko przypuszczać, że tur był prawie czarny i ze wszystkich dzikich gatunków bydła miał najgroźniejszy wygląd. Z rogami ustawionymi wprost na przeciwnika musiał budzić respekt. Ilość znalezisk tura sprawia wrażenie, że na ziemiach polskich było to zwierzę pospolite. Autor ocenia, że w różnego rodzaju instytutach, uczelniach, muzeach i w rękach prywatnych zgromadzono około setki czaszek i możdżeni z terenu Polski. Szczątki tego zwierzęcia ciągle czekają na dokładne zbadanie przez naukowców.
t Obecnie głośno jest o polskiej drodze do Unii Europejskiej. Niestety, droga ta okazuje się mozolna i długa. Starania widoczne są także w warzywnictwie. Piąty numer dwutygodnika „Owoce. Warzywa. Kwiaty” porusza ważny temat prób naśladowania holenderskiej drogi rozwoju produkcji szklarniowej w Polsce. Obserwuje się tendencję do budowy szklarni nieraz o znacznych rozmiarach, szczególnie przy wykorzystaniu technologii produkcji w wełnie mineralnej. Stosowane są coraz częściej energooszczędne techniki produkcji. Niestety, stan techniczny nowo powstających obiektów szklarniowych pozostawia w dalszym ciągu wiele do życzenia.
ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Wydanie: 13/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy