Elity i minister kultury

Elity i minister kultury

Profesor Bronisław Łagowski jest autorem, od którego rozpoczynam lekturę „Przeglądu”. Podziwiam trafność jego ocen, trzeźwość i oryginalność sądów. Felieton „O kulturze” („P” nr 13) poruszył mnie jednak w nieco innych sposób niż zwykle, skłaniając może nie tyle do polemiki, co dla zaznaczenia „zdania odrębnego”, podejrzewam, podzielanego nie tylko przez kilka osób. Nie odmawiam oczywiście profesorowi prawa do apoteozy ministra: „We wszystkich zaistniałych i mogących się pojawiać konfliktach między ministrem Andrzejem Celińskim i „ludźmi kultury” bez namysłu staję po stronie ministra, a po namyśle jeszcze bardziej”.
Trudniej przychodzi mi pogodzić się z puentą felietonu, że: „Minister Celiński (…) ma wystarczającą przewagę intelektualną, by nie tylko odpowiadać swoim kulturalnym interesantom, ale także stawiać im pytania”. Chciałoby się postawić z kolei pytanie – kto i na jakich przykładach wykazał, że minister góruje intelektualnie nad „ludźmi kultury”, nad swoją kulturalno-artystyczną klientelą, bo na razie niemało oznak wskazuje, że apologetyczna teza profesora nie jest oparta na niewzruszonych podstawach.
Z treści felietonu (i spoza jego ram) wysłania mi się taki z grubsza obraz. Oto pojawia się na scenie publicznej prężny, wykształcony,

reformatorsko nastawiony polityk

o rodowodzie lewicowym z najlepszych humanistycznych tradycji, który postanawia uzdrowić, postawić z głowy na nogi sferę kultury, która nieporuszona tkwi w zmurszałych, „mincowskich” (od Hilarego M.) okowach. Natychmiast ruszają przeciwko niemu, nie bacząc na jego najlepsze intencje, nie przyjmując ich do wiadomości, kohorty pieczeniarzy – „ludzie kultury”. Z jednym, rozpisanym w różnych sprawdzonych poetykach, lecz niezmiennym postulatem – daj pieniądze! Daj nam pieniądze, bo jesteśmy artystami, bo dzięki nam tożsamość, bo jesteśmy jedynym towarem eksportowym, nam się należy, niesiemy kaganek, jesteśmy wybitni itd., itp. Samotny bohater odmawia. Odmawia nie osobiście, nie w trakcie płochego picia herbaty z luminarzami sztuki, bo na to nie ma czasu, pracując gorączkowo przez kilka miesięcy, wraz z 400 urzędnikami swego ministerstwa, nad rewolucyjnym planem uratowania kultury. Odmawia urząd, budżet, dziura budżetowa, zdrowy rozsądek wreszcie. Nic nie pomaga, wybucha konflikt minister – „ludzie kultury”. Przy tak zarysowanych frontach sympatia porządnego człowieka może być tylko po jednej stronie.
Felieton „O kulturze” odnosi się do zjawisk i prądów umysłowych towarzyszących sztuce współczesnej. Przebija w nim sceptycyzm do roli elit i ich bezstronności w spełnianiu misji względem społeczeństwa. Nawet jeśli często źle się dzieje w sztuce aktualnej, nie daje to prawa do lekceważenia en bloc sztuki ambitnej, nowatorskiej, niekomercyjnej (bo przecież taka wciąż powstaje). Niebezpieczne są coraz częściej podnoszone „prawa podatnika” do swej podmiotowości, decydowania o przeznaczeniu swych pieniędzy – nie na pornografię, zwyrodnienie! W tym kontekście niepokoi wywód profesora: „W społeczeństwie liberalnym, demokratycznym mają do tego prawo (literatura i sztuka – przyp. mój), ale nie zostało nigdy wyjaśnione, dlaczego ten pogardzany i wyrafinowanie ośmieszany przeciętny człowiek miałby do tego wszystkiego masochistycznie dopłacać jako podatnik. Dlaczego państwo zmusza go do tego?”. Można by odpowiedzieć, że nawet klasyczny ortodoksyjny liberalizm uznaje w swej doktrynie tzw. błąd rynkowy, market failure, tkwiący w tym, że święte prawo podaży i popytu nie obejmuje całej sfery aktywności człowieka, że na pewne dobra, po to, by powstały, trzeba zawrzeć rodzaj społecznej umowy. Do tych dóbr należą kultura i sztuka. Tak się dzieje przynajmniej w przodujących cywilizacjach, do których chcemy się zbliżać, a nie oddalać.
Projekty ustaw organizujących prawnie i finansowo działalność kulturalną, przygotowane przez ministra Celińskiego, mogą być pewną szansą dla polskiej kultury i sztuki. Mają w sobie jak dotąd zbyt wiele luk, niedopowiedzeń i szlachetnego, nie przeczę, ale chciejstwa. Rzeczywiście potrzebna jest wokół nich surowa i rzeczowa debata. Reklamowaną i nagłaśnianą cechą tych ustaw jest kultura jako społeczne przedsięwzięcie, jako jeden z najistotniejszych elementów organizacji życia społeczności lokalnej, regionalnej, narodowej. To decentralizacja, demokratyzacja poprzez kulturę. Skostniałe, biurokratyczne struktury organizacyjne są hamulcem w upodmiotowaniu społeczeństwa. A w tym samym czasie minister kultury w wywiadzie dla „Trybuny” („T” nr 81, 5-6 kwietnia br.) mówi: „Gdyby w tym roku dostępne były takie instrumenty finansowe, jakich spodziewać się można w wyniku proponowanych właśnie zmian, to zadzwoniłbym do marszałka i upublicznił treść tej rozmowy. A byłaby ona taka: panie marszałku, zmienia pad dobre na gorsze i ma pan do tego prawo. Ale w tej sytuacji pana instytucje nie dostaną ani grosza i pana wyborcy będą o tym poinformowani, bo pańskie działania szkodzą kulturze”. No, no, Król słońce mógłby się czegoś nauczyć…
Można było rzeczywiście być nieco zdegustowanym elitami, gdy siedziało się pod „Bitwą pod Grunwaldem” na triumfalnym benefisie ministra Celińskiego „Szansa dla kultury”. Gdy jeden po drugim stawali przed mikrofonem ludzie kultury, dziękując ministrowi, podziwiając ministra, wyrażając wdzięczność ministrowi. A w relacji telewizyjnej słyszę i widzę, że ci sami ludzie w sali obok mówią do kamery coś wręcz przeciwnego.
Ponad rok temu w Zamku Królewskim minister kultury i narodowego dziedzictwa, Kazimierz M. Ujazdowski, prezentował wspaniały budżet kultury w 2001 r. Asystowali mu, rozpływając się w panegirykach i podziękowaniach, m.in. prof. A. Rottermund i dr J. Purchla. 6 kwietnia 2002 r. z podobnymi zachwytami nad projektami ministra Celińskiego wystąpili m.in. prof. A. Rottermund oraz dr J. Purchla. A za rok, czy dwa…
Wszyscy z troską pochylają się nad kulturą. Dobre i to, może na tyle nas stać.

Autor jest redaktorem naczelnym czasopisma „Sztuka”

Wydanie: 16/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy